banner ad

Matuszewski: Covid-19 jako test naszej wolności

| 23 lipca 2020 | 0 Komentarzy

I.

Czas, w którym znajdujemy się obecnie, jest niewątpliwie bardzo szczególny. Z jednej strony żyjemy w warunkach pandemii, co zawsze budzi obawy o zdrowie i otoczenie społeczne, w jakim funkcjonujemy. Z drugiej – wprowadzane są (w tempie ekspresowym) ograniczenia swobód obywatelskich i osobistych na skalę dotąd niespotykaną.

Pytanie, które sobie i Państwu stawiam, brzmi: co tak naprawdę unaoczniła nam obecna pandemia? I jak to się ma do tego, co będzie po niej?

II.

Po pierwsze: trudno o lepszą lekcję tego, jak kruche są odmieniane przez wszystkie przypadki prawa i wolności, o których nas zapewniano. Prawica, zwłaszcza ta bardziej dogmatyczna, nie miała tu wprawdzie złudzeń (giganci tacy, jak Facebook czy YouTube, prowadzą cenzurę treści, jakie zamieszczamy, już od dawna), jest to jednak mniejszość. Generalnie społeczeństwa zachodnie do głębi przeświadczone są o nienaruszalnym charakterze przysługujących im swobód i uznawały za rzecz oczywistą, że  wolność osobista stanowi dogmat nie do podważenia, gdyż broni jej prawo i konstytucje.  

Tymczasem wszystko to legło w gruzach w przeciągu kilku dni. Całe pakiety nakazów i zakazów, przygotowane przez rządy poszczególnych krajów, wprowadzano błyskawicznie z całą mocą aparatu przymusu, jakim dysponuje państwo. I oto nagle służba zdrowia, na którą każdy z nas płaci podatki, realnie przestała być dostępna. Dzieci nie mogą iść do szkół. Właściciele większości firm z dnia na dzień dowiedzieli się, że bez zgody państwa nie wolno im pracować.  Korzystanie z różnego typu infrastruktury, którą wszyscy utrzymujemy, grozi drakońskimi mandatami lub sprawą w sądzie. Wolno przemieszczać się tylko tam, gdzie pozwala państwo i na warunkach, jakie ono ustaliło. Państwo decyduje o tym, czy w ogóle wolno nam wyjść z domu. Realnie (przynajmniej w warunkach polskich) każdy policjant stał się sędzią, od którego dobrej woli zależy to, co jest dla nas konieczne, a co nie i który nie musi nam niczego wyjaśniać.

Szczególnie ciekawy jest wymóg poddania się osób skierowanych na kwarantannę całodobowemu monitoringowi przy pomocy cyfrowej smyczy, której podstawą jest ich własny telefon lub tablet. Państwa wykorzystują w tym przypadku prywatne urządzenia nie pytając nikogo o zgodę, niejako automatycznie wpisując je w system działania służb porządkowych – nazwijmy rzecz po imieniu – prawem kaduka. W różnych krajach wygląda to inaczej, zatem przywołajmy kilka przykładów.

Na Tajwanie stosowanie wprowadzonej przez władze aplikacji jest obligatoryjne. W razie jakiegokolwiek problemu w przesyłaniu sygnału (np. w wypadku przerwy wywołanej wyładowaniem baterii) system natychmiast powiadomi policję. W tym samym mniej więcej czasie podobne oprogramowanie zaczęła stosować Korea Południowa.

Na nieco inny model zdecydowały się Chiny. Aplikacja, którą tam wprowadzono,  przyznaje użytkownikowi (na podstawie wprowadzonych informacji i w oparciu o dane znajdujące się w posiadaniu państwa) odpowiedni status: zielony (można przebywać na zewnątrz), pomarańczowy (7 dni kwarantanny) lub czerwony (14 dni kwarantanny). Rzecz jasna każda osoba poddana kwarantannie musi pozostać w stałym kontakcie z władzami.

Kolejnym przykładem, o którym warto wspomnieć, jest Polska. Tu mamy do wyboru: niespodziewane wizyty policji lub codzienne wysyłanie wykonanych swoim telefonem selfie. Co istotne, zaprojektowana przez rząd aplikacja analizuje zarówno zdjęcia (które skanuje i bada system porównywania wizerunku) jak i lokalizację, z której wysłano wiadomość, co pozwala na weryfikację miejsca przebywania właściciela telefonu. Aplikacja może zażądać wykonania i wysłania kolejnego zdjęcia kilka razy dziennie, a w razie braku odpowiedzi w ciągu 20 minut powiadamiana jest policja.

Niedawno prawo, które pozwala na wykorzystanie telefonów do śledzenia osób zarażonych wirusem Covid-19, przegłosował Izrael. Analogiczne rozwiązanie, choć może mniej restrykcyjne, opracował brytyjski NHS.

Odtąd nie wolno nam mieć złudzeń. Naszych praw, jakże kruchych, nic nie gwarantuje. Ich zachowanie lub zniesienie zależy wyłącznie od państwa. Przekonujemy się właśnie, że może ono nałożyć wszelkie ograniczenia, jakie poszczególnym jego organom wydadzą się odpowiednie. Lub też jakie uznają za właściwe działający zza kulis mocodawcy tych, którzy wydają oficjalne decyzje administracyjne. Państwo nie jest już zwieńczeniem życia społecznego i politycznego wolnych jednostek, rodzin i zrzeszeń.  Zamiast tego oddzieliło się od społeczeństwa, uzurpuje sobie rolę spoglądającego z góry, bezosobowego i bezdusznego suwerena. W konsekwencji nasza wolność i nasze prawa przypominają wystawioną na łaskę wiatru chorągiewkę – i to jest dla nas pierwsza lekcja na przyszłość.

III.

O ile działania rządów wzburzyły niektórych obserwatorów (czy to w mediach, czy też na portalach społecznościowych), o tyle działania międzynarodowych korporacji z branży IT przeszły niemal bez echa. Tymczasem firmy takie, jak np. Google dysponują wiedzą o każdym z nas w zakresie, którego prawdopodobnie nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

Dla przykładu: od czasu wybuchu obecnej pandemii Google, korzystając ze swoich aplikacji i baz danych, monitoruje i udostępnia władzom (zarówno na szczeblu lokalnym, jak i krajowym, np. Wielkiej Brytanii) informacje, dotyczące przemieszczania się ludzi i miejsc odwiedzanych przez mieszkańców rejonu stanowiącego w danej sytuacji przedmiot zainteresowania. Podobno chodzi jedynie o anonimowe analizy, oparte na Google Maps. Niestety, są to dane bardzo szczegółowe, pozwalają bowiem określić ilość mieszkańców miasta lub regionu w środkach transportu publicznego, sklepach, zakładach pracy, etc.

Prośbę o takie same dane rząd w Londynie wystosował już do największych krajowych operatorów sieci komórkowych.

By podać inny przykład: największa w Azji platforma handlowa, Alibaba, ściśle współpracuje rządem Chin. To właśnie ta firma obsługuje aplikację, za pomocą której osoby poddane kwarantannie komunikują się z władzami lub otrzymują jeden z trzech wspomnianych wyżej statusów.

Każdy użytkownik Internetu wie, że międzynarodowe koncerny informatyczne prowadzą monitoring naszej działalności w Internecie celem profilowania preferencji klientów i kalibrowania na tej podstawie akcji marketingowych. I godziliśmy się na to. Nikt nie protestował. Co więcej: sami na potęgę instalujemy dziesiątki aplikacji, opartych na systemie Android – od kupna biletów w autobusie aż po gry i zamawianie posiłku. W konsekwencji, dzięki danym, jakich sami dostarczamy, Google wie o nas prawie wszystko.  

A jeżeli nie Google – to Facebook, Twitter lub inne media społecznościowe, banki, operatorzy platform telefonicznych, sklepy, a także dziesiątki innych miejsc w sieci, do których się logujemy, w których kupujemy, gdzie nawiązujemy kontakty i przez które wysyłamy wiadomości – czasem również te, zawierające dane poufne. Używamy ich wszystkich widząc w tym ułatwienie w wielu sferach życia i sposób na spędzanie czasu. Broczymy w ten sposób danymi na skalę niewyobrażalną, a to, o czym nie pamiętamy lub co ignorujemy, to że dane te nie znikają. Są gromadzone i analizowane.

Poseł Grzegorz Braun stwierdził w jednym z nagrań na kanale YouTube, że o ile kiedyś bezpieka musiała niemało się natrudzić celem pozyskania kontaktów, zgromadzenia odpowiednich danych, ich analizy i ustalenia powiązań, o tyle dzisiaj my odpowiednik ubeckich teczek zakładamy sobie sami i sami je wypełniamy wszystkim, o czym korporacje i służby mogą marzyć. Co najwyżej muszą jeszcze tylko napisać jedną czy dwie aplikacje, które jednym rozporządzeniem załadują na nasze telefony.

I tu dochodzimy do drugiej lekcji na przyszłość: jedyną metodą na to, by nas w ten sposób nie inwigilowano, jest zaprzestanie karmienia systemu danymi, na których bazuje. Łatwiej nie znaczy bezpieczniej. Czy doprawdy tak trudne jest wyjście na spacer lub zakupy bez telefonu? Zapłacenie gotówką zamiast kartą? Umówienie się na rozmowę na spacerze, a nie na czacie? Lub czy zamiast maila nie lepiej powierzyć pewne informacje dobrej, sprawdzonej kartce papieru? 

IV.

Nie mam złudzeń, że wyjdziemy z tej pandemii ubożsi w sferze wolności osobistej i bardziej nieufni.  

W chwili, kiedy piszę ten tekst, nikt nie wie ile czasu zajmie pokonanie pandemii, jakkolwiek premier Kanady, państwa, które od czasu do czasu pełni rolę poligonu do testowania różnych nowych rozwiązań służących budowie „nowego lepszego świata”, stwierdził ostatnio, że nie będzie powrotu do normalności dopóty, dopóki nie zostanie wynaleziona szczepionka na Covid-19. Uważa, że „będziemy musieli zachować czujność co najmniej przez rok”.

Czyżby zatem czekał nas rok (lub więcej) ograniczenia wolności osobistych? Możliwe. Mówi się o stopniowym zezwalaniu na otwieranie sklepów i firm, natomiast nikt nie chce podać informacji o czasie, jaki potrzebny będzie na powrót do normalnego życia i odwołanie zakazów dotyczących przemieszczania się oraz innych swobód osobistych i obywatelskich. Wiele wypowiedzi sugeruje wręcz, że takiego powrotu nie będzie. W angielskiej prasie coraz częściej pojawia się w tym kontekście zwrot „new normal” – nowa normalność… Jest oczywiste, że w każdym kraju pojęcie to może oznaczać coś innego.  

Np. w Wuhan, które to miasto jest rzecz jasna przypadkiem ekstremalnym, pomimo  zniesienia stanu wyjątkowego żaden jego mieszkaniec nadal nie może opuszczać domu bez umożliwienia rządowi ustalenia miejsca swojego pobytu w dowolnym momencie w czasie. Sytuacja w Europie (może poza Włochami) nie jest wprawdzie aż tak dramatyczna, z kolei zachodnie systemy polityczne i prawne nie dysponują (jeszcze) możliwościami i aparatem przymusu porównywalnym z tym w Chinach,  ale uważam, że omówiony wyżej przykład wskazuje dosyć prawdopodobny kierunek, w którym sprawy mogą się potoczyć. Tym bardziej, że również inne kraje postulują kontrolę przemieszczania się jako jeden z długofalowych środków zapobiegawczych uznając, że w przypadku pojawienia się nowego ogniska choroby pozwoli to niejako automatycznie wytypować tych, którzy w ciągu ostatniego tygodnia (lub dwóch) znaleźli się w jego w bezpośrednim sąsiedztwie i skierować te osoby na kwarantannę.

W Japonii pojawiają się głosy, że new normal musi obejmować m.in. obowiązkowe noszenie maseczek poza domem. Gdzie indziej zasugerowano brak możliwości przywrócenia ruchu granicznego sprzed pandemii – co jest sprawą szczególnie palącą zwłaszcza w przypadku strefy Schengen i Unii Europejskiej.

I tak dalej.

Mam wrażenie, że ani władze państwowe, ani wielkie, międzynarodowe koncerny, nie będą zainteresowane oddaniem uprawnień i informacji, które właśnie zdobywają. Szczepionka, która zapewne gdzieś właśnie powstaje, stanie się pretekstem do wprowadzenia kolejnych kontroli (może nie da się bez niej wyjechać za granicę? A jeżeli tak, to przecież trzeba będzie stworzyć kolejne rejestry). Elektroniczne systemy dozoru stwarzają tu możliwości wręcz nieograniczone. Jeżeli na te dane i próby inwigilacji nałożymy od dawna już stosowaną cenzurę określonych treści i promowanie innych, to łatwo można sobie wyobrazić, że z biegiem czasu metody i środki techniczne, wypracowane podczas pandemii, mogą zostać zmodyfikowane i użyte również do rozprawienia się z kolejnym złem: osobami i organizacjami, które głoszą poglądy niezgodne z narracją narzuconą przez dyktaturę politycznej poprawności i sprzeciwiają się budowanemu właśnie porządkowi świata. Czy do tego dojdzie – nie wiem, ale praktyka pokazuje, że jest to bardzo możliwe.

I łatwiejsze, aniżeli może się wydawać. Oto bowiem 10 kwietnia 2020 Google i Apple ogłosiły plan współpracy w zakresie śledzenia rozprzestrzeniania się Covid-19. Co to oznacza? Zacytujmy fragment tekstu ze strony internetowej magazynu The Economist: „te dwie firmy kontrolują (w różnym stopniu) każdy działający smartfon na planecie: Apple dzięki produkcji iPhone’ów i oprogramowania do nich, z kolei Google – z uwagi na oprogramowanie znajdujące się w niemal każdym, operującym w systemie Android, telefonie rywali Apple’a”. Dwie wspomniane wyżej firmy mają zatem dostęp do (jak podaje The Economist) około 3.5 miliarda urządzeń, co oznacza, że będą w stanie (w tym lub innym stopniu) kontrolować połowę ludzkości (w chwili obecnej Ziemię zamieszkuje około 7.5 miliarda ludzi). Skutków, jaki ten stan rzeczy może mieć dla naszej osobistej wolności i prywatności, omawiać nie muszę.     

Osobiście najbardziej obawiam się społecznych kosztów pandemii. W trakcie jej trwania ludzie zmuszeni zostali do zachowania dystansu wobec siebie – nie tylko fizycznego (odległość 2 m), ale również psychologicznego. Nieufność spowodowana strachem, tak skutecznie podsycanym przez media, a także spotęgowana przez stres, daje się dostrzec bardzo wyraźnie. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć to, że (co pokazuje pewne nagranie, które udostępniono na YouTube) klientka jednego z supermarketów zaczyna nagle atakować nieznanego sobie mężczyznę – najpierw werbalnie, a potem fizycznie, za to tylko, że nie założył on rękawiczek? A co z falą donosów na księży, którzy ciągle próbują sprawować msze z wiernymi? W Wielkiej Brytanii w zastraszającym tempie rośnie ilość denuncjacji dokonywanych przez sąsiadów… Jeżeli strach nie ustąpi miejsca zdrowemu rozsądkowi, możemy być skazani na powtórkę z realiów panujących w najgorszych ustrojach totalitarnych, gdzie podejrzany o współpracę z władzami mógł być każdy, zatem nieufność wobec sąsiadów lub współpracowników stanowiła standard. Tyle, że do donosicielstwa dołączy teraz wirus.

W chwili obecnej precyzyjna odpowiedź na pytanie o to, jak będzie wyglądał świat po pandemii Covid-19 nie jest możliwa – tym bardziej, że rozwiązania prawne i techniczne mogą się różnić w zależności od kraju. Analiza obostrzeń, które wprowadzono, a także środków, jakimi dysponują rządy wespół z wielkimi korporacjami, zestawiona z kruchymi podstawami, na jakich oparte są prawa jednostki, stwarza jednak podstawy do obaw. Być może rację ma Marek Jurek, że „jedną z tendencji po pandemii będzie wzrost totalitarnych tendencji współczesnych demokracji”. Co gorsza, jak zauważyła już 8 lat temu prof. Ewa Łętowska: „Jeśli o tym, co dotyczy praw i wolności, decydują [również] podmioty prywatne: firmy, koncerny, organizacje – to my się nie mamy jak przed nimi bronić. Klasyczne środki: odwołanie do nadrzędnego organu, proces przed sądem administracyjnym, skarga do Trybunału Konstytucyjnego, do rzecznika praw obywatelskich – tu nie zadziała. Prawo (…) nie chroni nas przed zglobalizowaną władzą gospodarczą i korporacyjną”. Zwłaszcza, jeżeli nie mamy za sobą państwa, z kolei przed samowolą organów państwa i wielkich korporacji jednostki nie chroni praktycznie nic.

 

Mariusz Matuszewski

 

Pierwodruk w: Magna Polonia nr 21/2020

 

 

Kategoria: Mariusz Matuszewski, Polityka, Publicystyka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *