banner ad

Danek: Duch wieczny rewolucjonista

| 25 czerwca 2024 | 2 komentarze

„Gdy opaszecie flagą polską kulę ziemską, zameldujcie się u mnie, lecz w przeciwnym razie nie pokazujcie mi się na oczy.”

Józef Piłsudski

 

Nieraz spotykałem się z narzekaniami konserwatywnych komentatorów, że w XIX wieku gdziekolwiek wybuchała rewolucja, nawet w najdalszym zakątku Europy, tam musieli się znaleźć Polacy – nie wiadomo po co, z dala od kraju i jego spraw. Fakt ten świadczyć miał o głęboko tkwiących w nas anarchicznych instynktach, o wywrotowych skłonnościach zakorzenionych w naszym narodzie.

Jestem przekonany o błędności tej oceny. Że Polacy w czasach sarmackich nie mieli bynajmniej większej skłonności do wichrzenia i bezhołowia, niż inne ludy Europy w tej samej epoce, pokazał Paweł Jasienica w książce „Polska anarchia”. Można wręcz argumentować, za autorami tak różnymi jak Michał Bobrzyński i Jan Stachniuk, iż tradycyjna polska mentalność miała cechy odwrotne: emanowała gnuśnością, niechciejstwem, pacyfistycznym dworkowym sybarytyzmem, w sprawach wiary przez długi czas wyrażającej się indyferencją religijną, górnolotnie zwaną tolerancją. W ten sposób skreślilibyśmy jednak obraz jednostronny.

Tradycyjny duch polski przez wieki miał bowiem i drugie oblicze: był duchem niespokojnym, miotanym żądzą przygód. Dlatego to w kulturze Polski tak mocno zakorzenił się obraz-wzorzec junaka, jeźdźca pędzącego na koniu aż po kres horyzontów, najlepiej wyobrażony potem przez Mickiewicza w postaci Farysa w wierszu dedykowanym przez poetę „Emirowi” Wacławowi Rzewuskiemu, żywemu uosobieniu tego ducha.

To przecież właśnie ów duch zrodził postacie polskich watażków-kondotierów, którzy na czele prywatnych armii albo i zwykłych zbieranin wyrąbywali sobie imię na Wschodzie w epoce dymitriad: kniazia Romana Rożyńskiego, Jana Piotra Sapiehy, Aleksandra Lisowskiego i innych. Musiał się ów duch polski, żądny przygód i awantur, plenić bujnie, aż nie stawało mu miejsca, aż nie miał dokąd uchodzić, skoro w czasach przedrozbiorowych przejawiał się najbardziej hałaśliwie jako „warcholstwo”, jakiego wzorami były osobistości pokroju Olbrachta Łaskiego, Stanisława z Łańcuta Stadnickiego zwanego Diabłem, Samuela Łaszcza czy księcia Karola Radziwiłła zwanego Panie Kochanku. Wyżywał się więc duch polski, nie znajdując lepszych zastosowań dla swej żądzy pędu i czynu, w wewnętrznej destrukcji, w rzeczywistej wywrotowości. A przecież musiano w nim mimo to widzieć jego stronę pozytywną, godną podziwu, skoro później Sienkiewicz przerobił „warchoła” Łaszcza na bohaterskiego Kmicica. Pana Wołodyjowskiego mógł zaś wzorować na przykładzie awanturnika, który znalazł sobie miejsce w służbie państwa – Stefana Chmieleckiego, największego zagończyka kresowych ziem Rzeczypospolitej.

Pojmujesz teraz, łaskawy Czytelniku? Akces Polaków do europejskich rewolucji XIX wieku to nic innego, niż rozlanie się polskiego „warcholstwa” za granicę. Ale samo „warcholstwo” było jedynie maską dla polskiego ducha niespokojnego, przemierzającego świat w poszukiwaniu przygód. Modne francuskie hasła o wolności, równości i braterstwie, rezonowanie o „wolności naszej i waszej” służyły mu tylko za pretekst. To on w roku 1833 poddał pułkownikowi Ludwikowi Oborskiemu pomysł, by z Polaków we Francji sformować Hufiec Święty i poprowadzić go przez góry Szwajcarii na pomoc powstaniu we Frankfurcie. To on podczas „wiosny ludów” kazał generałowi Franciszkowi Sznajde stanąć na czele sił buntowników w niemieckim księstwie Palatynatu, generałowi Bemowi na Węgrzech, Ludwikowi Mierosławskiemu na Sycylii, a potem w Badenii; i to on w charakterze krwawego epilogu postawił Jarosława Dąbrowskiego i Walerego Wróblewskiego na barykadach niesławnej Komuny Paryskiej. On sprawił, że Michał Czajkowski jeździł do Turcji jako emisariusz księcia Czartoryskiego, że przedzierzgnął się tam w Sadyka Paszę, a w krymskiej wojnie walczył dla sułtana na czele Kozaków. Wcześniej, przed rozbiorami, on wyprawił Pułaskiego i Kościuszkę na wojaczkę do Ameryki. W takim sensie może to i dobrze, że Kościuszko ma swój pomnik w West Point na drugim końcu świata, choć słuszność sprawy, za którą tam walczył, była kwestią nader skomplikowaną i niejasną.

Ale pamiętajmy i o tym, iż polski niespokojny duch w tamtych czasach gonił za przygodami nie tylko z szablą czy pistoletem w ręku. Oto wcześniej niż Czajkowski udawał się pod panowanie tureckie inny Polak, w przebraniu i pod fałszywym nazwiskiem, i zjeździł imperium sułtana wzdłuż i wszerz, w poufnej misji dla papieża: ksiądz Maksymilian Ryłło, jezuita. A nie był przecież jedyny. Kiedy w Europie dogasały rewolucyjne pogorzeliska, poza Europą polski duch nie ustawał w przecieraniu nowych szlaków. Tam, gdzie nie toczyły się wojny pokazywał inne, pionierskie oblicze i umiał dla siebie znajdować lepsze, twórcze zatrudnienia. Wówczas to Ignacy Domeyko drążył kopalnie i dobywał skarby ziemi Chile, Ernest Malinowski i Władysław Folkierski przebijali drogi żelazne przez pustkowia Peru, a Edmund Strzelecki obiegł cały świat bez mała, po czym do dziś została na pamiątkę nadana przezeń nazwa najwyższego szczytu Australii, Góry Kościuszki. Jan Kubary odkrywał wyspy Oceanii, Aleksander Czekanowski – zakamarki Syberii, Stefan Szolc-Rogoziński jako pierwszy Europejczyk przemierzał szczyty i wody Kamerunu, zbierając osobliwości tej wciąż słabo opisanej wówczas na mapach krainy… Tak, polski duch niespokojny okrążał Ziemię; gdybyż nasz język wydał wtedy swego Kiplinga, by rozsławił jego czyny!

Zresztą – poniekąd wydał i również zdobył on literacką nagrodę Nobla, nawet wcześniej niż Kipling angielski. Bo czymże jest „W pustyni i w puszczy”, jeśli nie pochwałą ducha awanturniczego, jedną z największych w naszej literaturze, podobnie jak „Kim” w literaturze angielskiej? Rzadko kiedy dostrzegano i doceniano tę rolę sienkiewiczowskiej powieści (na ogół degradując ją zupełnie niesłusznie do rangi tylko utworu „dla dzieci”); umiał to jednak uczynić Stanisław Cat-Mackiewicz. Ten najbardziej znany monarchista doby II Rzeczypospolitej nieraz podkreślał, że utwory przygodowe Sienkiewicza kształtowały jego przekonania polityczne od najmłodszych lat. A tak. Bo przecież najważniejsze dzieła polskiego noblisty także należą do kategorii utworów przygodowych – i przedstawiają świat niewiele mniej egzotyczny, niż imperium brytyjskie sportretowane przez Kiplinga (albo, skoro już o tym mówimy, Dziki Zachód i Arabia z książek Karola Maya). „Największa rzecz Sienkiewicza, Trylogia, dzieło, które właśnie spopularyzowało i zawlokło pod strzechy szlachecką oryginalność Polski i przez to właśnie było dziełem wielkim, nie miała nic wspólnego z nowoczesnymi konstrukcjami Dmowskiego. W Trylogii Polska nie była bynajmniej narodowościowo, etnicznie jednolita – akcja toczy się cały czas na kresach wśród Kozaków, Tatarów, Ormian, na dzikich polach i szerokich stepach. Polska sienkiewiczowska to polskie imperium różnonarodowościowe; to raczej barwna koronacja króla angielskiego z obrzędami szkockimi i turbanami radżów hinduskich, niż jednolity narodowy zlot gimnastycznej organizacji »Sokół« w Pradze czeskiej. Sienkiewicz nie był nacjonalistą polskim w tym pojęciu, które się zrodziło z narodowościowej polityki Napoleona III, a uzyskało swój zenit w tezach Prezydenta Wilsona w okresie wersalskim, Sienkiewicz był raczej imperialistą polskim. Jego Polska musiała mieć obok biskupów katolickich – biskupów unickich i prawosławnych, miała mułłów i Ormian obok Mazurów, Żmudzinów i Kozaków.” – pisał Cat (1).

A nie brakowało wśród nas amatorów przygód również i za złotych czasów Mackiewicza. Jeżeli doszczętna utrata własnej państwowości po 1846 r. pchnęła polskiego ducha awanturniczego w szeroki świat, to po jej odzyskaniu nie zaniechał on bynajmniej swoich eskapad. Rok 1926 zapisał się w naszej historii głównie krótką polską wojną domową, a przecież obfitował i w inne zdarzenia, które cudzoziemski dziejopis mógłby uznać za nie mniej doniosłe. Bo oto tegoż roku, ledwo opadł kurz po walkach w Warszawie, w sierpniu i wrześniu, pilot wojskowy Bolesław Orliński i niebywale pomysłowy mechanik Leonard Kubiak przelecieli dwupłatowcem z Warszawy do Tokio – nad całą Eurazją – i z powrotem. Również w 1926 r. wyruszył z Polski – z osobistym błogosławieństwem marszałka Piłsudskiego – Jerzy Jeliński, który postanowił przebyć cały świat samochodem. Przejechawszy Europę, Afrykę, Azję i Amerykę, do kraju powrócił w 1929 r. Nieco później Kazimierz Nowak przemierzył południkowo Afrykę rowerem; potrzebował kilku lat (1931-1936), by pokonać trasę z portu w Trypolisie wschodnią częścią kontynentu do Przylądka Igielnego na jego południowym krańcu, a następnie częścią zachodnią powrócić na północne wybrzeże. W latach 1932-1939 wyczyn Jelińskiego powtórzył Władysław Wagner, ale na wodzie: okrążył Ziemię, przepływając trzy oceany najpierw małą żaglówką, a dalej jachtem.

A podróże nie były jedynym, w czym wyżywał się polski duch niespokojny. Nadal pracował, tworzył. Taki Jerzy Loth – jeszcze przed I wojną światową jako agent handlowy zdążył poznać Kostarykę, Panamę, Kolumbię, Wenezuelę, Peru, Kubę i Stany Zjednoczone, nie licząc wszystkich ważniejszych krajów Europy; a że równolegle kształcił się (władał jedenastoma językami obcymi, z czego pięcioma biegle) i pisał własne studia, w niepodległej Polsce był już profesorem geografii. Stanisław Korwin-Pawłowski po przebrnięciu przez kocioł wojny domowej w Rosji i na Kaukazie założył w 1926 r. Instytut Wschodni w Warszawie – pierwszą tego typu placówkę orientalistyczną w Polsce – i kierował nim przez pierwsze kilka lat jego działalności. Zniechęcony nasilającym się dążeniem władz do zamiany Instytutu z ośrodka naukowego i badawczego w ordynarne narzędzie polityki zagranicznej, wyjechał na Bliski Wschód i w 1936 r. wziął udział w antybrytyjskim powstaniu w Palestynie jako oficer arabskich sił powstańczych (na Wschód miał potem wrócić jako dyplomata powojennej Polski, wcześniej przeszedłszy przez konspirację Tajnej Armii Polskiej w okupowanym kraju i obóz koncentracyjny w Oświęcimiu). Prasa napisała o nim: „Lawrence polski”. A czymże, jeśli nie pragnieniem przygody, i to w jego najszlachetniejszej odmianie, bo przenikniętym zapałem religijnym, kierowali się nasi kapłani, jak bł. Władysław Bukowiński czy Sługa Boży o. Serafin Kaszuba, którzy z chwilą zakończenia II wojny światowej z własnej woli puścili się na wieloletnią odyseję po bezkresach Związku Radzieckiego – państwa polującego na księży – by w najbardziej zapadłych jego kątach odnajdywać ludzi czekających na Chrystusa i na Jego sakramentalne dary?

Moi znajomi wyrażali czasem zdziwienie, że cenię pisarstwo Léona Degrelle czy Juliusa Evoli albo, cytując tytuł pewnego opracowania, „radykalizm wczesnej twórczości Ernsta Jüngera”. Cenię, ponieważ byli oni piewcami właśnie ducha awanturniczego (kto nie wierzy, niech sięgnie po wojenne pamiętniki Degrelle’a albo po, zebrane w osobnym tomie, teksty Evoli o wspinaczce górskiej, którą autor sam uprawiał), tak jak wcześniej chwalił go Spengler (na przykład w „Duchu pruskim i socjalizmie”). A przecież nie trzeba szukać go u tych cudzoziemskich pisarzy, bo jak cały czas tutaj powtarzam, mamy jego reprezentantów pod dostatkiem we własnych, polskich dziejach, rodowodach i księgach.

Tragedia obecnych czasów polega na tym, że polski duch niespokojny został zabity. Dziś Polacy chcą tylko żreć (w szerokim sensie, konsumować) i dorabiać się, jak na Zachodzie. Ich ideały życiowe są żałośnie mieszczańskie i chyba dość trafnie wyraziła je w swoich hasłach wyborczych w zeszłym roku pewna partia polityczna: grill, trawnik (z kosiarką) i dwa samochody na rodzinę. Polacy dzisiaj boją się za to wszystkiego. Boją się chorób z telewizora (covid, legionella i tak dalej). Boją się wystąpić z Unii Europejskiej. Boją się Putina i jego agentów, zaczajonych za każdym winklem.

Kto chce dziś zrobić coś dla Polski, zamiast gadać o podatkach, wyborach i sondażach powinien raczej szukać dróg, by polskiego ducha niespokojnego na powrót obudzić. Dotyczy to zwłaszcza, tak bardzo propolskiej w swoim mniemaniu, prawicy w naszym kraju. Obraz właściwego sposobu bycia kształtujemy na co dzień, w kontaktach z innymi ludźmi; kształtujemy go u siebie i u drugich. Styl życia, jaki uważamy za dobry czy godny podziwu nie pozostaje bez związku z naszymi wyborami politycznymi (na przykład dość łatwo przewidzieć poglądy i preferencje polityczne kogoś, dla kogo ideał życiowy to człowiek, który ma dużo forsy albo kogoś innego, dla kogo ideałem jest nieustająca impreza). Ferdynand Goetel zatytułował swoją ostatnią powieść „Nie warto być małym”. Prawica w naszym kraju powinna – zwłaszcza dzisiaj – podsuwać Polakom takie postawy, wzorce i myśli, jakie głosił swoim życiem choćby zmarły niedawno (na Kilimandżaro) Aleksander Doba, a nie… no wiecie, ten nudny zbiór postaci, które w praktyce służą obecnie za jej idoli.

 

Adam Danek

 

1. Stanisław Mackiewicz, Historia Polski od 11 listopada 1918 r. do 17 września 1939 r., Londyn b.d.w., s. 63-64.

 

Ks. Maksymilian Ryłło SJ

Kategoria: Adam Danek, Historia, Myśl, Publicystyka

Komentarze (2)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Kyselow pisze:

    Dziekuje bardzo, Panie Danek, za ciekawy artykul o awanturystach szlachetnych polskich! Teeaz mam na mysli napisac cos podobnie o takich rewolucjonistach i mandrownikach ukrainskich…

  2. Kyselow pisze:

    Wypowiedzona przez autora mysl jest jednoglosna z haslem wybitnego poety ukrainskiego Iwana Franka: "Duch, nauka, mysl, wola…" (Franko Iwan. Wieczny rewolucjonista).

    P. S. Przepraszam, nie mam wszystkich znakow polskich na memu telefonie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *