Sosnkowski: Gen. Weygand o bitwie warszawskiej

| 13 sierpnia 2021 | 2 komentarze

Z wielkim zainteresowaniem czytałem urywek pamiętników gen. Weyganda p.t. „La Bataille de Varsovie”, ogłoszony w „Revue des Deux Mondes” z 15 marca b.r. Jako minister wojny, członek Rady Obrony Państwa i, rzec mogę, jeden z najbliższych współpracowników marszałka Piłsudskiego, stałem niedaleko wydarzeń, które w całości złożyły się na wielki dramat dziejowy, nazwany przez lorda d’Abernon jedną z bitew rozstrzygających o losach świata.

 

Moja rola polegała głównie na dostarczaniu środków do bitwy, a więc uzupełnień i nowych, pośpiesznie formowanych oddziałów, na zaopatrywaniu wojsk w sprzęt wojenny i w amunicję, wreszcie na utrzymywaniu porządku i dyscypliny na zapleczu frontu polskiego. Zbyteczne dodawać że armie polskie odczuwały silną potrzebę uzupełnienia stanów, mocno wyszczerbionych w toku licznych bojów i podczas odwrotu znad rzeki Auty, odległej od linii Wisły o 400 z górą km.

 

W pracach operacyjnych nad bitwą warszawską bezpośredniego udziału nie brałem, stykając się z nimi raczej od wypadku do wypadku, w miarę potrzeby. Byłem jednak stale informowany o ich przebiegu oraz o rozwoju zdarzeń na frontach, a charakter mych zadań wymagał ciągłego kontaktu z naczelnym wodzem, marszałkiem Piłsudskim, z jego ówczesnym szefem sztabu gen. Rozwadowskim, oraz z przybyłym z Francji gen. Weygandem. Z tymi dwoma generałami odbywałem w okresie poprzedzającym bitwę codzienne narady w trójkę.

 

Wszystko to daje mi pewne prawo zabrać głos w sprawie ogłoszonego urywka pamiętników gen. Weyganda celem dorzucenia kilku uwag, a także (chcę być szczery) celem sprostowania niektórych wypowiedzi pamiętników: mam zwłaszcza na myśli pewne ustępy, które są dla mnie niecałkiem jasne a nadto wydają mi się niezupełnie zgodne ze znaną mi od dawna postawą gen. Weyganda. Uchylał on stale od siebie laury zwycięzcy, w jakie przystroić go chciała bądź domowa intryga niektórych polskich polityków, bądź gorliwość jego własnych rodaków, chcących kosztem Polski mnożyć chwałę wojenną Francji (jak gdyby to Francji było potrzebne!).

 

Mam też obowiązek moralny dbać o to by nie doznała uszczerbku prawda o polskim wodzu, któremu ojczyzna moja zawdzięcza jedno z największych zwycięstw w jej dziejach a świat cały uchronienie Europy przed czerwonym zalewem.

 

Niestety, tryumfu Polski z r. 1920 Zachód nie wyzyskał, czego skutki są już dzisiaj aż nadto jasne. Rozumie to dobrze gen. Weygand; toteż, oceniając wyniki polityczne bitwy warszawskiej, pisze: „Nie wydaje się przesadne powiedzieć że groźba, wobec której Zachód z konieczności staje dzisiaj, została opóźniona o lat dwadzieścia; świat zaciągnął wielki dług wdzięczności wobec Polski”.

 

Można do tych słusznych słów dodać następującą uwagę. Gdyby w r. 1920 państwa Zachodu były w stanie zdobyć się na mocną, pozbawioną wszelkiej połowiczności decyzję, aby przystąpić do rozwiązania całości zagadnienia rosyjskiego na podstawach demokratycznych, w oparciu na zasadzie wolności ludów, na ich prawie do stanowienia o sobie, świat mógłby być już wówczas uwolniony od zmory sowieckiego imperializmu. Po klęsce armii sowieckich mocarstwa zachodnie łącznie ze zwycięską Polską mogły były ustalić w Rosji słuszny porządek rzeczy, a więc dokonać dzieła, które okazało się zbyt trudne dla nich bez Polski, a dla Polski bez nich. W sytuacji ówczesnej siły wojskowe i środki materialne, potrzebne jako udział Zachodu do osiągnięcia tego celu, byłyby stosunkowo nikłe; niezbędna natomiast była mocna wola Zachodu wzięcia na swe barki dużej politycznej odpowiedzialności.

 

Gen. Weygand jest człowiekiem prawym i szlachetnym; swych powszechnie znanych uczuć dla Polski dowiódł on czynami, które naród nasz zachowuje w wiernej i wdzięcznej pamięci. Co do mnie, chciałbym ponadto powiedzieć że podczas dramatycznych dni, przeżytych wspólnie z gen. Weygandem w Warszawie, i podczas późniejszych moich z nim kontaktów w Paryżu byłem ujęty jego pociągającą i budzącą głęboki szacunek osobowością. Chyba nie będzie on miał nic przeciw temu bym stwierdził tutaj że stosunki między nami były zawsze lojalne, serdeczne, pragnąłbym rzec – przyjacielskie. Stąd pozwolę sobie na całkowitą otwartość w refleksjach, jakie mi się nasunęły przy czytaniu w jego opisie bitwy warszawskiej ustępów poświęconych roli marszałka Piłsudskiego jako naczelnego wodza.

 

Trafna i ścisła jest ocena gen. Weyganda gdy pisze że marszałek Piłsudski „w ciągu trzech dni spędzonych pośród swych wojsk zelektryzował je”; że „potrafił on przelać ze swej duszy w dusze kombatantów swoją ufną wiarę i swoją wolę tryumfalnego pokonania wszystkich trudności”; że „nikt inny poza nim nie mógł się o to pokusić”. Nic też nie można dodać do słów autora pamiętników, gdy nieco dalej mówi że „wyzyskanie powodzenia było prowadzone mistrzowską ręką, diabelskim rozpędem i z namiętną energią przez marszałka Piłsudskiego, który nie dał zaskoczonemu nieprzyjacielowi ochłonąć i na miejscu go unicestwił”.

 

Wielkiej przenikliwości gen. Weyganda dowodzi jego sąd o wewnętrznych stosunkach politycznych w Polsce r. 1920. Pisze on wymownie o tym, jak pragnął uniknąć „przesadnej oceny własnej roli, którą namiętności polityczne usiłowały wyolbrzymiać ku krzywdzie naczelnego wodza” i którą „intrygi ówczesnych polskich stronnictw opozycyjnych chciały wyzyskać przeciwko Naczelnikowi Państwa”.

 

Nie bez uczucia pewnego zakłopotania przechodzę z kolei do zastrzeżeń, jakie nasunęła mi lektura wspomnień gen. Weyganda.

 

Dowodzi on, że „z punktu widzenia wojskowego zwycięstwo w bitwie warszawskiej było wynikiem słusznej i prostej koncepcji ogólnej wyższego dowództwa polskiego”. Uderza mnie bezosobowe ujęcie powyższego zdania. Trudno mi jest oprzeć się wrażeniu, że mówiąc o pracy koncepcyjnej i o planowaniu operacyjnym, gen. Weygand jak gdyby zwęża rolę marszałka Piłsudskiego. Wrażenie to potęguje się przy analizie innego ustępu, który wydaje mi się tak istotny że przytaczam go w całości.

 

„W dziedzinie operacji wojennych należy rozróżniać koncepcję planu bitwy od jego wykonania. Istotą koncepcji, myślą manewru było zatrzymanie na pozycji stałej naporu rosyjskiego, połączone z przeciwuderzeniem wychodzącym z prawego skrzydła obrony i wymierzonym w ogólnym kierunku północnym, w skrzydło ofensywy przeciwnika. Owa myśl manewru ze względu na swą prostotę i możliwości realizacyjne narzuciła się od początku mnie, gen. Rozwadowskiemu oraz naczelnemu wodzowi w sposób tak bezpośredni i zgodny że powiedzieć mogę iż była ona nam wspólna. Co do taktycznego wykonania tego planu, sprawa przedstawiała się odmiennie. Wykonanie, do którego dążyłem, było wynikiem moich doświadczeń na Zachodzie wyniesionych z pól bitewnych, nasyconych obustronnie siłami żywymi i sprzętem wojennym, gdzie przeciwnicy byli przepojeni tymże duchem bojowym, zaprawieni zarówno w obronie jak w natarciu, w walce wręcz, w styczności zawsze bliskiej. Takie wykonanie nie odpowiadało [w bitwie warszawskiej] położeniu i właściwościom wojsk działających; natomiast wykonanie planowane przez naczelnego wodza liczyło się z możliwościami oraz ich zakresem ze strony wojsk polskich i wojsk przeciwnika. Było to rozważanie słuszne, i przyłączyłem się do niego następnie”.

 

Trudno mi tutaj pójść za tokiem myśli gen. Weyganda. Moim zdaniem koncesji operacyjnej nie da się oddzielić od taktycznego wykonania, zależnego z kolei od trafnej oceny położenia, od istniejących warunków i rozporządzalnych środków. Wszystkie te elementy składają się na to co nazywamy „planem bitwy”, lub raczej – wyrażając się dokładnie – planem wstępnej fazy bitwy. Zatrzymać przeciwnika w jednym miejscu po to by uderzyć weń ze skrzydła lub z obu skrzydeł, jest to abecadło każdej operacji ruchowej. Gdyby rzecz polegała tylko na tym, każdy laik mógłby pokusić się o miano biegłego stratega. Jeśli tak nie jest, to dlatego że dziedzina rozważań dotyczących taktycznego wykonania stanowi część składową planu operacyjnego. Poza dziedziną powyższą plan pozostałby jedynie łatwym do napisania i efemerycznym elaboratem.

 

Z natury rzeczy „myśl manewru” jest teorią, której wartość może być sprawdzona jedynie przez zastosowanie praktyczne na polu bitwy. A to sprawdzenie odbywa się w warunkach i okolicznościach zmiennych, których określić z góry i przewidzieć nie podobna. Wchodzą tutaj w grę liczne imponderabilia, przede wszystkim wielka nieznana: wola i reakcje nieprzyjaciela. Tak więc termin „plan bitwy” nie odpowiada całkowicie rzeczywistości. Można planować tylko początek bitwy, „the opening move”. Lecz oto dramat osiąga punkt szczytowy, przebiegając w swym rozwoju wśród zdarzeń nieprzewidzialnych. Poza wypadkami jednostronnej przytłaczającej przewagi technicznych środków walki oraz uzbrojenia, zwycięstwo przypadnie wodzowi, który górować będzie nad swym przeciwnikiem umiejętnością prowadzenia operacyjnego (taktycznego wykonania), zdolnością natchnienia swych wojsk świętym ogniem zapału i wolą zwycięstwa. Bitwa warszawska jest przykładem operacji w wielkim stylu, gdzie dzięki nadludzkim wysiłkom naczelnego wodza, świetne jej przeprowadzenie, łącząc się z doskonałością myśli manewru, doprowadziło do końcowego tryumfu.

 

Wódz naczelny, planujący walną bitwę, musi przemyśleć gruntownie i właśnie w ramach taktycznej wykonalności wiele rzeczy: gdzie i kiedy zatrzymać przeciwnika; w jakim kierunku uderzyć, płycej czy głębiej; musi ocenić możność zgromadzenia w decydującym miejscu żywych sił i środków materjalnych do bitwy i to w sposób rokujący zmylenie i zaskoczenie przeciwnika; musi wreszcie zważyć stan moralny i fizyczny własnych wojsk oraz w granicach osiągalnych mieć na względzie oszczędzanie krwi żołnierskiej. Oto główniejsze elementy, do których dostosowana być powinna decyzja operacyjna, skoro nie ma ona zawisnąć w powietrzu podczas wcielania jej w życia. A cała ta praca myślowa i duchowa odbywa się pod brzemieniem odpowiedzialności, którą dźwigać musi na swych barkach wódz i to w samotności tym większej, im cięższe jest to brzemię. W tym zakresie nikt mu ująć ciężaru nie może; nawet szef sztabu naczelnego wodza jest tylko jego doradcą, pomocnikiem i to w sensie technicznym jedynie. Szef sztabu nie obarczony odpowiedzialnością bezpośrednią, wolny od męki duchowej pobierania decyzji, może bez większego moralnego trudu szafować radami, mnożyć projekty i alternatywy; natomiast dla jego zwierzchnika już choćby nawet tylko dokonanie wyboru jednej z istniejących alternatyw oznacza ciężkie pasowanie się wewnętrzne. Łatwo wyobrazić sobie można natężenie trudu duchowego, cały bezmiar odpowiedzialności ciążącej na marszałku Piłsudskim w tygodniach poprzedzających bitwę, która miała rozstrzygnąć o wyniku wojny i o losach narodu. Myślę, iż są to rzeczy dobrze znane tym, którzy w toku jednej wojny sprawowali funkcje szefa sztabu naczelnego wodza, a podczas drugiej wojny byli sami obarczeni odpowiedzialnością na najwyższym stanowisku dowódczym.

 

Co do idei manewru w planie operacyjnym bitwy warszawskiej trudno mi zgodzić się z twierdzeniem gen. Weyganda że idea ta była wspólną myślą: jego własną, marszałka Piłsudskiego i gen. Rozwadowskiego. Wiemy że gen. Weygand doradzał uderzenie z południowego krańca przyczółka warszawskiego w kierunku na szosę Warszawa – Mińsk Mazowiecki a więc uderzenie krótkie, lokalne, o zasięgu ograniczonym. Gen. Rozwadowski proponował wymierzenie głównego ciosu na północ od Warszawy, z odcinka 5-ej armii.

 

Twórcą koncepcji operacyjnej i urzeczywistnionego planu bitwy warszawskiej był marszałek Piłsudski. Plan ten polegał na głębokim uderzeniu pięcioma dywizjami znad rzeki Wieprza na tyły czterech armii sowieckich. Przejście z odwrotu do kontrofensywy i w ogóle wykonanie całego planu wymagało niezwykle śmiałego przegrupowania wojsk, tym trudniejszego że wszystkie rozporządzalne odwody wchłonął cofający się front.

 

Gen. Weygand, prawdziwy przyjaciel Polski, zrobił dla niej wszystko co mógł, i dziękował mu za to w Siedlcach polski wódz naczelny. Wdzięczność Polaków wzrosłaby jedynie gdyby godne oświadczenie publiczne gen. Weyganda: „La victoire est bien polonaise, plan polonais, armées polonaises”, złożone przed opuszczeniem Warszawy i powtórzone w liście do marszałka Focha, mogło być czytane przez świat cały w znaczeniu zgodnym z historyczną prawdą. A prawda ta mówi, że wszystko to – koncepcja i plan operacji, myśl manewru, przygotowanie bitwy, jej przeprowadzenie, wyzyskanie sukcesu, olbrzymia praca umysłowa i duchowa, wpływ moralny na wojska podnoszący ich ducha – złożyło się na laur, którym Skrzydlata Bogini uwieńczyła w r. 1920 skronie marszałka Piłsudskiego. Zwycięstwo było jego, wojsk polskich bijących się pod jego rozkazami, narodu polskiego walczącego pod jego przewodem.

 

Kazimierz Sosnkowski.

 

za:  Wiadomości/ 01.09.1957/ Londyn/ Rok 12, Nr 35 (596)

 

Kategoria: Inni autorzy, klasyki, Polityka

Komentarze (2)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Miś_puhaty pisze:

    Czy jest Państwu wiadome, że to Niepokalana Dziewica Bogurodzica Maryja jest zwyciężczynią Bitwy Warszawskiej? Pan Piłsudski kilka dni przed Bitwą złożył notarialną rezygnację z urzędu marszałka na ręce W. Witosa. Więcej innym razem. 

  2. Ptaszor pisze:

    Święte słowa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: