banner ad

Matuszewski: Czego nas uczy sprawa ks. Charamsy?

| 4 października 2015 | 1 Komentarz

z18941844Q,Ks--Krzysztof-CharamsaSprawa księdza Charamsy bulwersuje nas wszystkich. I słusznie, jest bowiem bezpardonowym atakiem lobby gejowskiego, przeprowadzonym w samym sercu Kościoła. Wstyd zresztą tym większy, że człowiek, który ważył się go dokonać, jest Polakiem.

Niestety w natłoku informacji umyka chyba pewien istotny aspekt całej sytuacji. Należy bowiem zadać pytanie nie tylko o to, ilu jest homoseksualistów wśród księży oraz jakie wpływy posiadają, lecz także – dlaczego rozkład struktur kościelnych postąpił aż tak daleko.

Ksiądz Charamsa jest dobrym przykładem tego, o czym mowa: jeżeli bowiem kapłan stawia grzech ponad Bogiem, to nasuwa mi się wniosek, że współczesna formacja kapłańska nie spełniła swojej roli.

Przede wszystkim kleryków nie uczy się już w duchu normalnej religijnej dyscypliny i w łączności z Tradycją, nakazującą utrzymywanie ciągłości  i  niezmienności nauczania Kościoła. To, co istotne, zostało postanowione na Soborze Watykańskim II – to jest dzisiaj jedyne żywe i ważne nauczanie. Zresztą ważniejszy od litery nauczania jest jego duch. Ów mityczny, wszystko porządkujący Duch Soboru. To co przed Soborem – to historia, pełna, jak każda inna historia, lepszych i gorszych momentów. Za niektóre trzeba przeprosić – jak np. za krucjaty i inne sytuacje, kiedy to Kościół ośmielił się dążyć do potęgi nie wykazując należytej tolerancji wobec innych wyznań. Ta cała historia to trochę jak łacina: warto ją znać, ale nie trzeba się nią przejmować – jest wszak językiem martwym. Tak też w umyśle przeciętnego kleryka rysuje się Magisterium sprzed Vaticanum II. To tylko martwa rzeczywistość historyczna, wszak to, co ma znaczenie, postanowiono na ostatnim soborze.

Człowiek chcący dostąpić święceń duchownych dowiaduje się dziś, że centrum zainteresowania Kościoła jest człowiek, a nie Bóg. To szczęście i dobro człowieka stanowi najważniejszy punkt refleksji filozoficznej i teologicznej. Do tego wszechogarniające miłosierdzie, dialog i przebaczanie…

Ma rację arcybiskup Lefebvre, kiedy pisał, że oto stworzono 'nowy kościół', wyposażony w "swoje własne, nowe dogmaty, swoje nowe kapłaństwo, swe nowe instytucje, swój nowy kult".

Czy można się potem dziwić, że kleryk traktujący rdzeń katolicyzmu jak rzeczywistość wyłącznie historyczną, a otoczony zewsząd próbami dostosowania się Kościoła do liberalnego lub socjalistycznego modelu społeczeństwa, w takim społeczeństwie wychowany, otumaniony nakazem tolerancji każdego światopoglądu i religii, wreszcie – rozumiejący rozwój Kościoła jako nieustannie pogłębiane aggiornamento, dochodzi wreszcie do punktu, w którym zaczyna buntować się przeciwko hierarchii i doktrynie? W jego oczach to tylko kolejne przeżytki, blokujące dalsze otwarcie… A właściwie to czemu ksiądz nie ma mieć żony lub męża?

Jeżeli ostatnie dziesięciolecia formacji kapłańskiej przenikał taki właśnie duch, to obecna sytuacja nie może dziwić. Tysiące młodych księży opuszczało seminaria z głowami obarczonymi takim a nie innym rozumieniem wiary i Kościoła. Głosili potem to samo wiernym, zajmowali urzędy w administracji kościelnej i obejmowali  stanowiska profesorskie. I pogłębiali to, czego ich nauczono. Brnęli w to dalej, dodatkowo zachęcani przykładem nowoczesnych biskupów pokroju oberpapieża Marxa.

Ksiądz Charamsa jest efektem procesu trwającego kilkadziesiąt lat.

Oburzenie jego postępowaniem jest słuszne, ale nie do końca trafne. Jeszcze bardziej należy oburzyć się formacją kleryków: odejściem od Tradycji, wychowywaniem do służby społecznej zamiast do świętości, brakiem dyscypliny wiary, liberalnym rozmyciem doktryny, wreszcie – brakiem świadomości tego, czym jest katolickie kapłaństwo. Jeżeli bowiem kapłan z 20-letnim stażem przedkłada własny grzech nad Boga, najwyraźniej nie rozumie tego, co otrzymał.

Albo opisany wyżej proces odwrócimy poprzez powrót do bardziej gruntowanego doboru kandydatów do kapłaństwa i starannej ich formacji, albo będziemy skazani na łaskę masońskiego liberalizmu i kolejnych herezji, pustoszących winnicę pańską. Wierzmy jednak, że takowych w końcu otrzymamy, gdyż Chrystus zapowiedział, że bramy piekielne nas nie przemogą, a ks. Charamsa i jemu podobni staną się kiedyś tym, czym być powinni: pouczającym przykładem, martwą rzeczywistością historyczną, obmierzłym, ledwo widocznym pyłem w ogromnym skarbcu dziejów Żyjącego Kościoła.

Mariusz Matuszewski

Kategoria: Mariusz Matuszewski, Religia, Wiara

Komentarze (1)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. marta napisał(a):

    wszystko pięknie mądrze. Napisałeś że przezszłość nie ma znaczenia nie powinniśmy się nią zajmować! to kłamstwo! grzech został zadany i oto są jego konsekwencje! Wstydz się Kościele Katolicki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *