banner ad

Goździk: Legitymizm między formą a treścią – w odpowiedzi panu Adrianowi Niklowi

| 27 kwietnia 2024 | 0 Komentarzy

„Człowiek wszystko może zmieniać w obszarze swojej działalności, ale niczego nie tworzy – takie jest prawo nim rządzące, tak w dziedzinie przyrody, jak i moralności” – Joseph hr. de Maistre(1)

   Polemika, stanowiąca niegdyś powszechnie uznawaną metodę wymiany myśli, padła jedną z ofiar bezlitosnego walca postępu, ustępując miejsca szybkim, lakonicznym komentarzom zamieszczanym pod postami w sieci. Jest mi wobec tego niezmiernie miło, że pan Adrian Nikiel, prezes Organizacji Monarchistów Polskich, zechciał odpowiedzieć tekstem zatytułowanym Umieramy, ale bez pośpiechu(2) na mój polemiczny komentarz(3) do prelekcji z 14 grudnia 2023 r., w ramach której dr. hab. (prof. UWr.) Artur Ławniczak szukał odpowiedzi na pytanie: Czy monarchia ma przyszłość? (4). Pozwoliłem sobie na małą intelektualną prowokację bowiem wierzę w konstruktywny wymiar takich, dla niektórych zapewne niepotrzebnych, „sporów”, które umożliwiają lepsze zrozumienie prezentowanych tez, a zarazem dają dowód żywotności idei monarchicznej w Polsce. To, co dla pana Nikla stanowi „wyważanie otwartych drzwi”, dla mnie jest formą dążenia do uczynienia z polskiego monarchizmu zjawiska zauważalnego, dostrzegalnego i szanowanego nie w kategoriach uroczego ekscentryzmu, a w formie użytecznej alternatywy.

  Ora et labora

   Pan Nikiel za motto swego tekstu przyjął cytat kardynała de Bossueta, który ma rozwiać wątpliwości rzekomo przeze mnie wyrażane (czyżbym gdziekolwiek bądź kiedykolwiek umniejszał roli Kościoła Katolickiego jako jednego z filarów Królestwa Polskiego?): „Wszystkie nasze myśli, które nie mają za cel Boga, pochodzą z domeny śmierci”. Od cytatu zaczerpniętego od duchownego-dworzanina króla Ludwika XIV przechodzi do stwierdzenia, że „naszym pierwszym zadaniem jest klęczenie”, zaznaczając także, że „musimy zadbać o przekazanie Tradycji katolickiej, zasad cywilizacji łacińskiej i tradycji narodowej ludziom wkraczającym w dorosłość”.

  Zgadzam się, że przytoczone powyżej powinności istotnie należą do podstawowych zadań młodych monarchistów polskich. Jednakowoż klęczenie (czyli modlitwa) to tylko jedna część dewizy św. Benedykta z Nursji – ora et labora – podczas gdy jej rewers stanowi czyn, praca, działanie. Daleki jestem od deprecjonowania roli modlitwy jako oręża sił kontrrewolucyjnych, jednak wyrażam obawę, że modlitwy nie zostaną wysłuchane, jeśli nie pójdą za nimi czyny. Pan Nikiel jest prezesem Organizacji Monarchistów Polskich – najstarszej wciąż działającej w Polsce organizacji monarchistycznej, która posiada przeszło 30-letnią tradycję, ugruntowaną renomę, niekwestionowane zasługi i zaplecze personalne, które pozwalają oczekiwać, że będzie ona odgrywała na, niestety wciąż w znacznej mierze ugorowanym, poletku polskiego monarchizmu, pierwsze skrzypce.

   Jeszcze kilka lat temu przedstawiciele OMP zaznaczali swoją obecność podczas wielu różnych wydarzeń, dumnie prezentując swój sztandar. Jako osoba zatroskana o kondycje monarchizmu w Polsce zastanawiam się – gdzie to wszystko się podziało? Oczywiście prelekcja prof. Ławniczaka wraz z komentarzem pana Nikla to także forma organizacyjnej aktywności lecz – nie ma co się oszukiwać – studenci, a zwłaszcza członkowie kół naukowych, to osoby intelektualnie zaangażowane, a zainteresowanie omawianą tematyką w kręgach akademickich wpisuje się w uczelniane poszerzanie horyzontów. Co jednak z innymi ludźmi, którym posiadane wykształcenie czy zainteresowania nie pozwalają choćby zrozumieć treści wykładu prezentowanego w grudniu? Czy monarchizm musi pozostać zjawiskiem elitarnym i pozbawionym ekspansji? Lockdownowe szaleństwo zebrało swe żniwo w działalności wielu organizacji, ale być może obecna pozycja OMP wynika przede wszystkim z formowania przekazu w taki sposób, że nie jest on atrakcyjny dla młodych adeptów monarchizmu? W tym miejscu, do czego jeszcze powrócę, pragnę zaznaczyć, że moją intencją nie jest obdzieranie legitymizmu z jego integralnych komponentów, ale stworzenie dogodnych warunków do jego poznawania i propagowania. 

   Czy może oczekiwać owocnego połowu rybak, który gorliwie pomodlił się o niego, ale nie zarzucił sieci i pozostał na brzegu bezradnie oczekując, że ryby same zaczną wyskakiwać na brzeg? A kiedy już rybak zarzuci sieć, ale ryby do nich nie wpływają, czy nie powinien poszukać bardziej zasobnego łowiska bądź zmienić techniki połowu? Podobnie z monarchizmem – modlitwa o powrót króla to jedno, ale monarchiści są ponadto zobligowani do pracy na jego rzecz.

  Quo vadis?

    Nie jest zatem „stawianiem chochoła” próba znalezienia rozwiązań, które pozwolą polskiemu monarchizmowi odżyć i rozkwitnąć. Zamykanie się w żelaznym bastionie legitymizmu jest luksusem, na który nie możemy sobie dziś pozwolić jako zbyt oddaleni od żywotnej tradycji dynastycznej i pozbawieni prawowitego króla. Rzecz nie sprowadza się do kompromisów i porzucania ideowych pryncypiów, ale do nadawania im atrakcyjnej i przystępnej formy. Czy tego chcemy czy nie, stereotyp monarchistów jako „starych dziadków” zainteresowanych wyłącznie uczonymi dywagacjami bądź sentymentalnymi spotkaniami towarzyskimi pozostaje silny od lat i nie jest to wyłącznie moje spostrzeżenie, ale wniosek nasuwający się wielu bywalcom monarchistycznych grup i forów. Figury „starych dziadków” nie kierowałem do prelegenta ani panów Nikla czy Skowery, nie pragnąłem też żadnego z nich obrazić, ale uznałem ją za użyteczną w charakterze ogólnym. Być może prezes OMP ma rację, że w jego artykułach i publicznych wystąpieniach „nie ma nawet śladu tego stereotypu”, ale wobec tego – dlaczego działalność organizacji sprowadza się obecnie głównie do działań i inicjatyw samego prezesa, zarówno na portalu legitymizm.org jak i podczas prelekcji? Dlaczego idee wykładane przez niego przy użyciu eleganckiej formy i przekonujących argumentów nie pociągają pełnych zapału ludzi młodych?

   Stawanie się w roli adavocatus diaboli nie jest rzeczą przyjemną, ale staram się dociec przyczyn, dla których monarchizm w Polsce nie może stać się realną alternatywą dla gnijącego systemu demoliberalnego. Kieruje mną także troska o to, by o prawowitej monarchii i jej zwolennikach mówiono w Polsce jak najlepiej. Być może także i moja postawa mogłaby zostać uznana przez jeszcze młodszych rojalistów za zbyt skostniałą, nie zwalnia mnie to jednak z obowiązku podejmowania prób naprawy sytuacji. W tym miejscu przechodzę do zarzutu wysuniętego przez pana Nikla, jakoby mój wcześniejszy tekst w całości „zmierza do autoreklamowej konkluzji, że to środowisko reprezentowane przez publicystę wskazało właściwy, oczyszczony ze <skrajności> model monarchizmu”. Przyznaję, że z pełną premedytacją odniosłem się do Związku Monarchiczno-Reakcyjnego, jako próby wyciągnięcia polskiego monarchizmu z bolesnego impasu.

   Przed kilkoma laty brałem pod uwagę akces do Organizacji Monarchistów Polskich i choć aspekt monarchistyczny towarzyszy mi niemal od początku rozwagi politycznej i społecznej, natrafiłem na kilka wątpliwości – być może próg wejścia dla młodego człowieka, który nie zdążył jeszcze uporządkować swoich przekonań, okazał się zbyt wysoki. Funkcjonowała już wówczas, tworzona w małym gronie, strona My Reakcja, której najaktywniejsi bywalcy domagali się możliwości podejmowania większych interakcji i tak narodził się dyskusyjny Klub Reakcji. To w nim okazało się, że wielu zakątkach kraju monarchiści poszukują przestrzeni do wyrażania siebie na polu idei królewskiej. Niejako samoistnie i organicznie zaczął się z tego wyłaniać projekt znany dziś pod nazwą Związku Monarchiczno-Reakcyjnego.

   „Jeśli zatem nie ma jakichś realnych powodów do krytyki pokolenia, które dorastało w latach Polski Ludowej – trzeba je wykreować” – żadna kreacja nie jest tu potrzebna bowiem czas samoistnie modyfikuje perspektywę. Pokolenie pana Nikla po 1989 r. wykorzystało swoją energię i wiedzę by odbudować w Polsce ideę, która w sposób regularny nie była obecna w życiu publicznym od lat 30. minionego wieku. Do dziś podziw budzi zapał wielu, często bardzo młodych wówczas ludzi, którzy tworzyli organizacje, pisali ideowe manifesty i stawiali kontrrewolucyjny opór w postkomunistycznej szarzyźnie i beznadziei. Od tego czasu Polska przeszła jednak liczne przeobrażenia, a ich głównym beneficjentem stał się internet, który znacząco ułatwił utożsamianie z niepopularnymi ideami. Zamiast ideowych spotkań, wertowania bibliotecznych zbiorów i walki o cenne informacje dziś wystarczy kilka kliknięć, a monarchistą może zostać niemal każdy i to przy minimalnym wysiłku intelektualnym. Młodzi adepci absorbują w mgnieniu oka eklektyczny system przekonań składający się w ich mniemaniu na mityczny (czasami też snobistyczny) „monarchizm”, podczas gdy tylko nieliczni z nich znajdą chęci i czas na głębsze studia, uporządkowanie swojej wiedzy i dotarcie na stanowiska legitymistyczne.  

   Z autopsji wiem, jak trudne bywa znalezienie właściwych torów ideowych, ukrytych za pozorami ortodoksji. Internet aż kipi od wątków monarchistycznych, gdzie zwolennicy różnych ujęć ścierają się, forsują własne koncepcje, wytykają rozpoznane przez siebie słabości innych wariantów i odmian monarchii czy tworzą nowe formy przyjmujące nieraz kuriozalną postać. Bez trudu można wskazać dwie postacie, które stanowią dziś główną inspirację dla młodych osób podejmujących sztandar królewski. Pierwszą z nich jest Janusz Korwin Mikke, który od pokoleń stanowi wzór dla monarchistów orientacji wolnościowej. Druga to Grzegorz Braun, który, głównie za sprawą Korony Młodych, przyciąga monarchistów o przekonaniach bardziej zachowawczych. Ci ostatni mogą z czasem wejść na legitymistyczną drogę prof. Bartyzela, pana Nikiela bądź redakcji Myśli Konserwatywnej, którą wybierają głównie osoby intelektualnie pobudzone wizją odbudowy monarchii, na ogół studenci bądź absolwenci uczelni wyższych, osoby oczytane i dociekliwe. Dlaczego o tym piszę? Odpowiednie rozeznanie jest nieodzowne jeśli pragniemy faktycznie walczyć o zakończenie republikańskiego eksperymentu na żywej tkance narodu i państwa polskiego. Czas, kiedy przeciętny (o ile możemy mówić o przeciętności w odniesieniu do tak szlachetnej, a zarazem tak demonizowanej idei) Polski monarchista będzie synonimem legitymisty jeszcze nie nadszedł i długo nie nadejdzie.  

Manowce szlachetnego zapału

   Osobny akapit prezes OMP poświęcił kwestii „szlachetnego zapału” wśród młodych monarchistów, którzy garnąc się do działania próbują czymś zabłysnąć i pociągnąć za sobą tłumy, licząc na szybkie i spektakularne rezultaty. Taki zapał pan Nikiel przypisuje także koncepcji Związku Monarchiczno-Reakcyjnego, zgodnie z którą „legitymizm wykonania można uformować w procesie wychowawczo-edukacyjnym, a kandydata na tron wyłonić w elitarnej placówce edukacyjnej – <kuźni elit>”. W przypisie autor dodaje: „To elita tworzy szkoły, a nie na odwrót. Poza tym przyszły król Polski musi – zanim jeszcze nastąpi <moment elekcyjny> – swoją biografią zaświadczyć, że jest człowiekiem Tradycji. Trudno tego wymagać od choćby najbardziej szlachetnej osoby, która dopiero opuściła mury seminarium dla królów”.

   Znam smak owego „szlachetnego zapału”, ale podobnie jak pan Nikiel od kilku dziesięcioleci, sam od blisko 10 lat przyglądam się różnym inicjatywom monarchistycznym, a obserwacje pozwoliły mi wyzbyć się młodzieńczych iluzji na rzecz chłodnej kalkulacji szans, zagrożeń, wyzwań i potrzeb. Ostrożne podejście znalazło się u podstaw, wyżej przytoczonego, ZM-R, gdzie postawiliśmy na stopniowe poszerzanie bazy członków, zakresu działań i inicjatyw, ostrożnie ucząc się na błędach (tak cudzych jak i własnych) i wyciągając z nich wnioski.

   Wracając do sedna – czyżby pan Nikiel uważał, że wśród żyjących współcześnie Polaków można byłoby wskazać choćby jednego, który został przez rodziców i nauczycieli wyposażony w przymioty, cechy i umiejętności niezbędne monarsze? Koncepcja kuźni elit nie zakłada, że dobrze rokujący młodzieniec zostanie ukoronowany niezwłocznie po zakończeniu edukacji i formacji. Taka placówka byłaby dopiero początkiem procesu kształtowania potencjalnego króla. O ile w czasach przed obaleniem monarchii szykowanie potomków od najmłodszych lat na ewentualność objęcia tronu było czymś naturalnym (czynił tak jeszcze niekoronowany król Polski „Stefan II” u progu I wojny światowej), tak we współczesnej Polsce jest to zupełna abstrakcja. Wbrew oczekiwaniom monarchistów, którzy lubią wskazywać potencjalnych kandydatów wśród dorosłych, ukształtowanych ludzi tylko długotrwały proces może nam zapewnić upragnionego monarchę.

   Skoro to elita tworzy szkoły, to proszę adwersarza o wskazanie choćby kilkunastu jej przedstawicieli, którym na sercu leży prawdziwa odnowa Rzeczpospolitej i jej mieszkańców – nie w formie kosmetycznych zmian, ale w skali radykalnej i bezkompromisowej dla demoliberalnej degrengolady. Czy wśród osób powszechnie określanych mianem „elit” odnajdą się choćby jednostki, które wierzą w odbudowę katolickiego Królestwa Polskiego? Myślę raczej, że wierzący w tę sprawę są raczej ludźmi wycofanymi, żyjącymi na wewnętrznej emigracji, ludźmi niedocenianymi i uważanymi za niegroźnych wariatów. W królestwie byłyby dla nich przeznaczone honory i zaszczyty lecz w III RP są zbędni jako wyróżniający się na tle ogółu.

Legitymizm light

Kolejny temat do omówienia stanowi „legitymizm light”, którego pan Nikiel dopatruje się w moich wywodach, a który stanowi crème de la crème całego tekstu. Jak słusznie zauważono, święto Chrystusa Króla zostało ustanowione dopiero w 1925 r. a więc w czasach, kiedy idea prawowitości władzy stanowiła już problem metapolityczny, a nie praktyczny. Przez królestwa, w których nadal zachowano trony, zaczęły się wówczas przetaczać demokratyzacyjne walce, równające wszystko, co w nowoczesnych społeczeństwach powojennej Europy uchodziło za, jak mawiają Francuzi, passé – niemodne.

„Każdy Polak określający się mianem monarchisty musi więc w sumieniu rozważyć, czy uważa naszego Pana Jezusa Chrystusa za Króla, przez którego panują królowie. I zastanowić się, jakie z tego faktu wynikają (lub powinny wynikać) konsekwencje dla życia społecznego w naszym kraju i polskiej polityki. Nie zaszkodzi, jeśli pomyśli również o tym, kim jako rojalista ma być we współczesnym świecie – aby dzięki temu namysłowi uniknąć zwątpienia i rozczarowań, a w końcu dezercji spod sztandaru kontrrewolucji”. Poniekąd już wcześniej wykazywałem, że nie dążę do „reformowania” legitymizmu, a raczej do rozważenia lżejszej formy jego podania. Od seminarzystów, nawet pomimo powołania, wymaga się wieloletnich studiów nim zostaną wyświęceni na księży.

  Zrozumienie biegania nie jest możliwe bez potknięć wykonanych podczas prób chodzenia. Skomplikowanych operacji matematycznych nie wykona człowiek, który nie zdążył opanować podstaw dodawania i odejmowania. By zrozumieć co zapisano na kartach książki nieodzownym jest zgłębienie tajników czytania i znajomość języka. Takie przykłady można mnożyć w nieskończoność i wszystkie prowadzą do prostej i oczywistej konkluzji: przejście ku bardziej zaawansowanym procesom i formom nie odbędzie się bez przyswojenia podstaw. Można jedynie w kategorii intelektualnych dywagacji zastanowić się jak kształtowała by się kariera Beethovena, gdyby naukę muzycznego kunsztu rozpoczął od skomponowania 9 Symfonii będącej niekwestionowanym arcydziełem. Także studenci materiał poznają zaczynając edukację od pierwszego semestru, a nie od ostatniego. Geniusze pojawiają się raz na jakiś czas, ale stanowią rzadki gatunek.

Kłopotliwy casus Królestwa Rumunii

   Upór pana Nikla w sprawie legitymizmu rumuńskiego jest, nawet jak na legitymistę, zaskakujący. W 2007 r. na portalu legitymizm.org ukazało się tłumaczenie Praw Fundamentalnych Rodziny Królewskiej Rumunii(5) wraz z komentarzem, w którym czytamy: „Prędzej czy później monarchiści rumuńscy, obecni wierni poddani króla Michała I, który w październiku 2011 r. obchodził dziewięćdziesiąte urodziny, zostaną zmuszeni do dramatycznego wyboru: wierność prawu obowiązującemu w dynastii Hohenzollern-Sigmaringen, czyli JW xięciu Karolowi Fryderykowi jako następcy tronu Rumunii, czy też opowiedzenie się za jednostronną decyzją króla Michała I, zgodnie z którą kolejną królową powinna być JKW xiężniczka Małgorzata. Wybór tej drugiej opcji oznacza równoczesne odrzucenie reguł sukcesji tronu zdefiniowanych w konstytucji z 1923 r.”.

Odkąd król Michał I zmarł w 2017 r. sprawa sukcesji w rodzie Hohenzollern-Sigmaringen nie została podniesiona ani przez króla de iure Karola Fryderyka, który wcześniej oficjalnie odciął się od kwestii rumuńskiej w imieniu własnym i rodziny, ani przez rumuńskich monarchistów, którzy obecnie dzielą się na zwolenników, namaszczonej przez ojca, księżnej Małgorzaty – Kustosz Korony Rumuńskiej – i sympatyków (ex)księcia Mikołaja Medforth-Millsa. Ten ostatni, bardzo popularny wśród Rumunów, jest obecnie najstarszym mężczyzną w Dynastii Rumuńskiej i był prawdopodobnie rozważany przez króla Michała I jako następca po czym, w niewyjaśnionych okolicznościach, został pozbawiony tytułu i wyrzucony z monarszego otoczenia(6).

   Pan Nikiel za zasadne uznaje porównywanie legitymizmu rumuńskiego z legitymizmem hiszpańskim bądź francuskim. Tymczasem Królestwo Rumunii wyewoluowało zaledwie w 1881 r. z połączenia hospodarstw Mołdawii i Wołoszczyzny, które znajdowały się pod zwierzchnictwem Aleksandra Jana Cuzy. Akurat przypadek Rumunii dobitnie pokazuje, że legitymizm w skrajnych przypadkach może niemal zupełnie zaniknąć (choć wciąż znamy nazwisko króla de iure), a tymczasem życie toczy się dalej, pozwalając społeczeństwu na nowe sposoby organizowania kraju jako monarchii. Tak jak Karol I Hohenzollern-Sigmaringen został wybrany na tron książęcy, a później królewski, w wyniku poparcia Napoleona III (nota bene – uzurpatora władzy prawowitych królów Francji) i części rumuńskich elit, tak teraz Rumunii skłaniają się ku Małgorzacie bądź jej siostrzeńcowi, Mikołajowi.

   W tym miejscu warto przytoczyć fragment Legitymizmu autorstwa prof. Jacka Bartyzela: „Legitymizmu należy poszukiwać – z gwarancją powodzenia – tam, gdzie zaistnieją, i to koniecznie w tej kolejności, dwa problemy: problem uzurpacji personalno-dynastycznej i problem teologiczno-polityczny. Może się zdarzyć, że legitymizm zwiędnie zanim zdoła wykonać pierwszy krok w kierunku przejścia od jednego do drugiego problemu (…)”(7). Przypadek rumuński wydaje się w ten schemat wpisywać. Autorytetom pozostawiam odpowiedź na pytanie – czy sprawa legitymistyczna może trwać bez legitymistów?

   Rumunia Francji i Hiszpaniom nierówna

  W przypisie pan Nikiel pyta retorycznie: „Dlaczego to co niedopuszczalne w Hiszpaniach(8), staje się dopuszczalne w Rumunii? Czyżby to był przebłysk przekonania, że na wschodzie kontynentu rozpościera się „młodsza Europa”, która dopiero trzeba cywilizować?”. Muszę przyznać, że drugie z przytoczonych pytań zawiera bardzo ciekawy trop interpretacyjny. Edmund Burke ze swą zasadą preskrypcji(9) mógłby się zgodzić, że budulec królestw, zabezpieczany po pewnym czasie, twardnieje w procesie dziejowym. Dopiero gmach, który nie runie, uznać można za wart legitymistycznej opieki. Jeśli to prawda – nie bez przyczyny Ludwik XX wciąż ma we Francji spore grono zwolenników, choć prawowity władca nie zasiada na tamtejszym tronie od blisko 200 lat, a prawowity następca tronu Rumunii odcina się od rumuńskich powiązań, choć król Michał I opuścił tron zaledwie przed kilkoma laty. Jeżeli monarchia rumuńska zostanie wkrótce przywrócona i za 200 lat ktoś podejmie się zgłębienia tajników tamtejszego legitymizmu – kto będzie miał większe prawa do tronu, ród Hohenzollern-Sigmaringen, o którego panowaniu będą pamiętać tylko historycy, a może nowa „dynastia Rumuńska” po długim i nieprzerywanym okresie owocnych rządów? Osobiście ubolewam, że sprawa prawowitych monarchii została w tak wielu krajach niemal całkowicie pogrzebana, ale nie widzę zarazem przyczyn, dla których miałbym lekceważyć potencjał „nowych królestw”.

   Prezes OMP ponadto opatrznie interpretuje znacznie głosu większości, którym rzekomo uzasadniam prawa Kustosz Korony Rumunii. Jej pozycja wynika z kontynuacji misji, którą zapoczątkował jej ojciec. Opinia ludu w żaden sposób nie upoważnia nikogo z żyjących do „detronizowania” Ludwika XX na rzecz potencjalnie bardziej popularnych (bo tolerowanych przez V Republikę) książąt orleańskich. Po pierwsze, korona Francji jest niedysponowalna co stanowi bodaj jedyny przypadek (?) w którym żadne modyfikacje nie są dopuszczalne. Po drugie, Ludwik XX przyjmuje swoją rolę i nie wypiera się dziedzictwa. Po trzecie, prawowity król jest kontynuatorem linii, która nieprzerywanie podnosi swoje prawa.

   Czy zatem istnieją „legitymizmy lepsze i gorsze, bardziej i mniej szacowne”? Zestawienie Francji czy Hiszpanii z Rumunią sugeruje, że tak. W definicji prof. Bartyzela legitymizm to nie tylko „zasada prawowitości dynastycznej, wywiedziona z fundamentalnej normy chrześcijańskiej teologii politycznej o pochodzeniu władzy z prawa Bożego, określająca porządek sukcesji naturalnej w monarchii dziedzicznej, obserwowany według reguł prawa zwyczajowego wykształconych w tradycji danego królestwa”, ale także, w znaczeniu szerszym i pogłębionym, „to również zasada prawowitości celu władzy, zobowiązanej do kierowania się dobrem wspólnym społeczności politycznej (legitymizm wykonania), nie tylko doczesnym, ale i nadprzyrodzonym”(10). Jak możemy mówić o zasadzie prawowitości celu władzy, skoro prawowity monarcha odcina się od swoich praw i nie jest zainteresowany losami „swojego” królestwa? Czy niekwestionowany król Michał I nie miał prawa zreorganizować monarchii wiedząc, jaki los czeka monarchię po jego śmierci, gdy jego prawowity sukcesor pozostaje biernym? Ponadto swoistą stopniowalność prawowitości potwierdza prof. Bartyzel, zaliczając do „legitymizmów tout court”, a więc takich, w przypadku których rozwinięta została filozofia i teologia polityczna monarchii tradycyjnej, jedynie legitymizm francuski i hiszpański karlizm, a w mniejszym stopniu portugalski miguelizm i legitymizm habsburski.  

Monarchia mixta

   W moim pierwszym tekście polemicznym określiłem podejście pana Nikla do monarchizmu jako „ortodoksyjnie legitymistyczne”, stanowisko pana Skowery jako „redukcjonistyzcne” (w znaczeniu – nastawione na elementy praktyczne), zaś jako swoisty złoty środek wskazałem tradycyjną monarchię mieszaną (monarchia mixta). W ujęciu prezesa OMP, w odniesieniu do tej ostatniej, popełniłem „zdumiewający błąd metodologiczny”, jako że „monarchia mixta nie oznacza jakiegoś <złotego środka> między zasadą legitymizmu a jej odrzuceniem – gdyż nie odnosi się do prawowitości, tylko do sposobu sprawowania władzy”. Pan  Nikiel ma rację, lecz błędnie odczytał moją intencję – nie chodzi bowiem o szukanie alternatywy dla legitymizmu, ale o wyłonienie spójnej wizji, pod którą mogliby się podpisać zarówno monarchiści wyczuleni na królewską ortodoksję jak i tacy, którzy nacisk kładą na kwestie praktyczne. Nieustannie ścierają się zwolennicy monarchii absolutnych, konstytucyjnych czy parlamentarnych, orędownicy legitymizmu i jego wrogowie, a zamiast łączyć siły poszczególne frakcje okopują się na własnych pozycjach. Nie chodzi zatem o to by, zgodnie ze słowami pana Nikla, „wymyślać  jakąś nową koncepcję tradycyjnej monarchii mieszanej”, ale o zaadaptowanie koncepcji monarchii na potrzeby XXI wieku.

   Nie sposób także zgodzić się z prezesem OMP, że: „Jeśli chodzi o idee monarchistyczne, już wszystko przecież zostało powiedziane”, zalecając też „milczenie w obliczu bezsensownych sporów”. Skoro wszystko już powiedziano to znaczy, że monarchiczne dziedzictwo Europy (i niektórych zakątków Ziemi poza jej granicami) stanowią już napisaną księgę, do której nie sposób dodać nowych rozdziałów? Czy monarchia nie przechodziła przemian, wykazując znakomite zdolności adaptacyjne i czy nie przetrwała przez tysiąclecia pomimo przemian społecznych, postępu technologicznego i wielu innych zmiennych?

Podsumowując, pan Nikiel odczytał moją polemikę jako atak na legitymizm i próbę sformułowania „legitymizmu light”, którego orędownicy „nie będą przesadzać z tradycjonalizmem”. Tymczasem moje intencje zasadniczo odnoszą się do a) efektywnych sposobów docierania z tradycyjnym monarchizmem do ludzi młodych, b) prawidłowego rozpoznania położenia, w którym się znajdujemy oraz do c) odbudowy żywotnej aktywności monarchizmu w Polsce. Wierzę, że moja odpowiedź przyczyni się do realizacji trzech wymienionych postulatów.

 

 

Tomasz Goździk, 10 IV 2024 r.

 

 

Przypisy:

(1) J. de Maistre, Considérations sur la France, Paris–Lyon 1822, wyd. 2, s. 85.

(2) http://www.legitymizm.org/umieramy-ale-bez-pospiechu

(3) https://myslkonserwatywna.pl/gozdzik-glos-polemiczny-my-niestety-juz-powolutku-schodzimy-z-tej-areny-dziejow-czyli-o-problemie-dotarcia-z-monarchizmem-do-ludzi-mlodych/

(4) http://www.legitymizm.org/multimedia-czy-monarchizm-ma-przyszlosc?utm_source=dlvr.it&utm_medium=twitter

(5) http://www.legitymizm.org/statut-domu-rumunii-2007

(6) Zob. https://www.facebook.com/MyReakcja/posts/pfbid02kMFA3AueRG5w5jczE73Fxbiv1Ynn4dpgBjgAWfNKf5MWAJzg4dFeMhWkCc3Z61GAl

(7) J. Bartyzel, Legitymizm, Wrocław 2011, s. 13.

(8) Tradycyjnie kraj znany dziś jako Hiszpania (La Espana) składa się z pluralizmu królestw, prowincji i municypiów, a więc wielu Hiszpanii (Las Espanas).

(9) Edmund Burke, z czym legitymiści się nie zgodzą, uważał, że długotrwałość stosowania danej normy, zwyczaju lub instytucji jest szczególnie ważnym argumentem za ich zachowaniem, a przeszłość stanowi najbardziej uprawniony sposób legitymizowania ustroju i wytyczonych w nim instytucji. Zob. R. Olszowski, Edmund Burke. Trwałość i zmiana, Kraków 2021.

(10) J. Bartyzel, op. cit., s. 6.

 

 

 

Kategoria: Myśl, Polityka, Publicystyka, Tomasz Goździk

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *