Grad: Gdzie jest myśl katolicka?

| 2 czerwca 2016 | 0 Komentarzy

Trudno nie popaść w banał, narzekając na poziom współczesnego intelektualnego życia katolickiego. Zgadzamy się też, że myśl katolicka żyje raczej na marginesie współczesności, niż w jej centrum. Najbardziej nośne, najlepiej dofinansowane i najszerzej rozpoznawalne prądy intelektualne nie są prądami katolickimi. O katolicyzmie znanych filozofów – Taylora, MacIntyre’a, Dummetta – dowiadujemy się często z miłym zaskoczeniem. Myślimy wtedy: „A więc my także mamy swojego filozofa” – zadowolenie, jakie nam przy tym towarzyszy wynika właśnie z tego, że przyzwyczailiśmy się sądzić, że katolicyzm jest w głębokiej defensywie intelektualnej, a może nawet, że życie intelektualne w ogóle nie jest polem, na którym powinien on toczyć jakąkolwiek walkę.

Rzeczywiście da się tę diagnozę przedstawić w formie zrytualizowanej – narzekać na „niski poziom wykształcenia kleru”, na „zacofanie katolickich uczelni”, wzdychać za „wizjonerskim pokoleniem” teologów ostatniego Soboru. Tak właśnie przeważnie przedstawia się tę diagnozę: jako wezwanie do „dialogu” z myślą współczesną, który najczęściej polega na dowodzeniu metodą eklektyczną, że rozmaite rozmyte twierdzenia współczesnych luminarzy potwierdzają nasze katolickie intuicje. A więc: że Heidegger jest genialnym filozofem doczesności, Levians mistykiem ewangelicznego szacunku wobec Innego, Scheler niezrównanym obrońcą „chrześcijańskich wartości”, Derrida teologiem różnic wewnątrz Trójcy Świętej. To są rzeczywiste problemy współczesnych katolickich uczelni i istotnie: świadczy to o ich zacofaniu.

Można też powiedzieć: świadczy to o panowaniu mentalności kolonialnej. Zdając sobie z tego sprawę, mamy szansę dostrzec to, czego zazwyczaj nie dostrzegamy odprawiając obrzędy narzekania na katolickie życie umysłowe; możemy dostrzec mniej banalne powody stanu rzeczy, który wydaje się skądinąd oczywisty.

Cieszymy się, gdy znajdziemy coś, co w naszych oczach może uchodzić za gest przychylności mędrców tego świata wobec katolickiej prawdy. Zobaczywszy taki gest – często przypadkowy, przez nas źle zinterpretowany – biegniemy do naszych pobratymców by donieść im, że zostaliśmy docenieni, że jest uzasadnienie dla naszej wiary. Najczęściej jednak ta apologia ma wątłe podstawy. Ponieważ potrzeba jej tak niewiele, by uznać daną ideę za wsparcie „religijnych intuicji”, większość tych apologetycznych konstrukcji jest naciągana, niedokładna i niechlujna, a więc nieprzekonująca. Skutkiem tego pragnienia doszlusowania do centrum jest jeszcze większa prowincjonalizacja.

To przedziwny rodzaj apologetyki: nie bronimy już prawdy katolickiej – tak, jak nam ją przekazano – przed sprzeczną z nią albo obcą jej myślą niekatolicką, ale bronimy prawdy katolickiej w oczach myślicieli niekatolickich, przyjmując ich punkt widzenia. Dążymy do tego, by „wartości chrześcijańskie” obrać z łupiny katolickiej formy i zapakować w dobrze brzmiące formuły współczesnej umysłowości. Staramy się – z niejakim wstydem, przechodząc samych siebie by „dobrze wypaść” – usprawiedliwić naszą wiarę przed trybunałem świeckiej krytyki, którego prawo do sądzenia uznajemy za nieograniczone.

Tymczasem wydaje się, że prawdziwa współczesna myśl katolicka – zgodna zarówno z własnym językiem naszej wiary jak i budząca respekt w oczach świata – jest dziełem tych jednostek, które rozwijając profesjonalne dociekania bez motywacji apologetycznych, na ich drodze dochodziły do wniosków zgodnych z katolicką ortodoksją oraz z katolicką formą wyrazu. Odbywało się to zarówno z poszanowaniem integralności swoich badań jak i prawdy katolickiej. Czasem też autorzy ci, pamiętając o własnej religijnej motywacji w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania stawiane sobie przez nich w trybie naukowym, nie zaczynaliod apologetycznego pojednania. Dochodzili do apologii przez wypracowanie koncepcji, które broniły się jako autonomiczne teorie – często również za cenę zakwestionowania (a nie tylko zasymilowania) świeckich autorytetów. Innym razem mogło się też okazać, że prawda katolicka – nie „katolickie wartości”, ale nauczanie Kościoła takie, jakie on sam podaje – okazywała się narzędziem w ścisłym sensie krytycznym, zdolnym oświecić to, co dla naturalnego rozumu pozostawało niejasne. Przykładami takich myślicieli mogą być René Girard, Alasdair MacIntyre czy Robert Spaemann.

Do tego jednak, by uprawiać taką myśl katolicką potrzebny jest – obok technicznej biegłości w danej dyscyplinie wiedzy – brak kompleksów dotyczących wiary katolickiej w jej stosunku do mądrości światowej. Ten zaś bierze się ze zrozumienia tego, że katolicki logos jest mądrością najwyższą – i to nie wbrew rozumowi przyrodzonemu (to są skłonni przyznać nawet fideiści), alewedług rozumu przyrodzonego. Tylko tam, gdzie rozumie się tę prawdę, może żyć myśl katolicka.

 

Paweł Grad

 

 

za: christianitas.org

Kategoria: Inni autorzy, Publicystyka, Religia, Społeczeństwo, Wiara

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *