Wawrzonek: Walka o cudzą śmierć

| 5 czerwca 2021 | 0 Komentarzy

„Wolałem cię uprzedzić, nie umiałem ci tego powiedzieć przez telefon. Zwróciłem się do pewnej organizacji w Szwajcarii. Postanowiłem poddać się eutanazji”. Tymi słowami ojciec oznajmia Jedowi, że chce ze sobą skończyć.

Spojrzenie Jeda diametralnie różniło się od punktu widzenia jego ojca. Ojciec miał dosyć swojego życia. Był bardzo chory, od bólu uwalniała go tylko permanentnie przyjmowana morfina. Przyjmowanie jej zresztą Jed interpretował wyłącznie jako uśmierzenie bólu, coś co wnosi w życie ojca zupełnie pozytywny akcent. Narrator powieści Michela Houellebecqua „Mapa i terytorium” powiada czytelnikowi, że Jed uważał życie ojca w takim właśnie stanie jako wyjątkowo godne zazdrości, bez zmartwień, bez odpowiedzialności, bez pragnień i obaw, zbliżone do życia roślin. Czy jednak właśnie takiego życia chciał jego ojciec? Niegdyś szef dobrze prosperującego przedsiębiorstwa miał spędzić swoje ostatnie dni jak roślina. Jed przywołuje wspomnienie zmarłej matki, której samobójstwo wraz z przyszłym planowanym samobójstwem ojca stawić by go miało w bardzo trudnej, niewygodnej sytuacji, wręcz jako kogoś kogo życie jest pozbawione sensu – jak to ujął Autor – „kogoś, czyje więzi z życiem są w pewnym sensie pozbawione siły”. Jed wzbrania się przed tym stanem, pomimo tego, że uświadamia sobie z niemałym zaskoczeniem, że daleko mu do człowieka cieszącego się ze swojego życia. A jednak stara się być adwokatem życia ojca, niejako walcząc przy okazji również o jakość własnego życia. Postanawia odwołać się do ojcowskiego poczucia obowiązku, który jego ojciec zawsze traktował na serio, będąc człowiekiem nadzwyczaj obowiązkowym. Znów okazuje się, że Jed walczy nie tylko o jakość swojego życia, ale także o życie swojego ojca.

Czas po odbytej z ojcem rozmowie Jedowi upływa w nerwowej atmosferze oczekiwania na telefon od niego. Spodziewa się także telefonu z ośrodka, w którym przebywał ojciec. Czeka, aż zadzwonią i poinformują go o podjętej decyzji. A może czeka na telefon od ojca, że zmienił zdanie? W końcu Jed nie wytrzymuje – chwyta za słuchawkę, lecz po drugiej stronie dowiaduje się, że ojciec już wyjechał. W końcu udaje się do Zurychu, do miejsca gdzie ludzie poddają się eutanazji. Jed chce zobaczyć dokumentację ojca, dowiedzieć się jak najwięcej na temat ostatnich chwil jego życia. Wypytuje o badania lekarskie, o to co się stało z ciałem. Na wszystkie pytania otrzymuje chłodne, zdawkowe odpowiedzi. Na koniec w przypływie złości Jed bije do nieprzytomności przedstawicielkę tejże instytucji. Czy zrobił to aby wymierzyć sprawiedliwość, czy może wyrazić swoją złość? Chciał ukarać czy tylko się zemścić za własne niepowodzenie, za coś z czym on sam nie mógł sobie poradzić? On wracał do domu (być może z poczuciem jakiejś satysfakcji), kobieta leżała nieprzytomna, a ojciec nie żył. Każda z tych osób dokonała jakiegoś wyboru, zaprezentowała jakąś postawę. Czyj problem chciał rozwiązać Jed kopniakiem w splot słoneczny? Swój, ojca, a może tej kobiety? Po powrocie do domu, gdy emocje opadły, Jeda ogarnął smutek. Ojca nie było, a Jed spędził swoje pierwsze święta Bożego Narodzenia w samotności. Czy smutek miał źródło w samotności Jeda czy w śmierci ojca, któremu ktoś pomógł w samobójstwie? Czy to była wyłączna decyzja ojca i z czego ona wynikała? Z cierpienia? Niepogodzenia się z chorobą? Czy może również ze smutku, spowodowanego poczuciem bezużyteczności?

Zostawmy na boku kwestie rozważania o słuszności eutanazji i zastanówmy się nad problemem penalizacji tejże. Czy karać za pomoc w samobójstwie, a jeśli tak to dlaczego? Wychodząc
z założenia, że człowiek jest wolny w swoich wyborach i ma prawo decydować o własnym życiu, dojdziemy do wniosku, że wolno mu decydować również o tym, kiedy to życie zakończyć. Skoro nikt nie jest w stanie odczuwać bólu drugiego człowieka, nikomu zatem nie wolno decydować o tym, jaki ból jest przez cierpiącego do zniesienia. Zmuszanie cierpiącego do przedłużenia jego cierpienia nie zmusi go do pokochania własnego życia. Skoro więc człowiekowi wolno decydować o przerwaniu swojego cierpienia, to czym uzasadnić ukaranie tego, który pomaga mu to cierpienie przerwać? Czy jest zadośćuczynieniem występku ukaranie lekarza podającego truciznę cierpiącemu człowiekowi (na życzenie tego ostatniego)? A jeśli tak, to jaką miarą odmierzyć sprawiedliwe skazywanie na cierpienie?

Spójrzmy w jaki sposób Francis Bacon definiował eutanazję: „uważam nadto, że zadaniem lekarza jest nie tylko przywracanie zdrowia, lecz także łagodzenie bólu i cierpień wywołanych chorobami; i nie tylko wówczas, gdy takie łagodzenie bólu, jako niebezpiecznego objawu, pomaga i prowadzi do wyzdrowienia, ale i wówczas, gdy po utracie wszelkiej nadziei na przywrócenie zdrowia, służy jedynie spokojnemu i łatwemu rozstaniu się z życiem. Jest to bowiem niemałe szczęście, którego tak żarliwie zwykł być sobie życzyć Cezar August, ta właśnie Eutanazja; która była też widoczna w zgonie Antonina Piusa, przypominającym nie tyle śmierć, co zapadnięcie w głęboki i przyjemny sen. Napisano też o Epikurze, że zażyczył sobie tego samego; bo gdy jego chorobę uznano za beznadziejną, utopił swój żołądek i zmysły pochłaniając wielki haust mocnego wina; skąd ukuto epigram Hinc Stygias ebrius hausit aquas. Winem złagodził gorycz wód Styksu. Aliści w naszych czasach lekarze okazują jak gdyby religijne skrupuły i nie chcą towarzyszyć pacjentom po tym, gdy ich już opłakano, podczas gdy w mojej ocenie, jeśli chcieliby uczynić zadość swoim obowiązkom oraz zaiste własnemu człowieczeństwu, powinni zdobyć umiejętności i dołożyć starań, dzięki którym umierający mogliby łatwiej i spokojniej zejść z tego świata. Tę część nazywam badaniem dotyczącym Eutanazji zewnętrznej lub łatwego umierania ciała (w odróżnieniu od tej Eutanazji, która dotyczy przygotowania duszy) i umieszczam między Dezyderatami […]”.

Wychodząc z humanitarnych przesłanek Bacon apeluje do lekarzy o łagodzenie bólu i cierpień umierających pacjentów. Owe łagodzenie bólu określa mianem eutanazji, przy czym, według dzisiejszej terminologii użylibyśmy raczej określenia opieka paliatywna. Dzisiaj eutanazja jednoznacznie kojarzy się z uśmierceniem cierpiącego. Ale czy tylko cierpiącego? Przecież każdy z nas cierpi, a jednak tylko nieliczni chcą poddać się eutanazji.

Pierwotne znaczenie pojęcia eutanazji stworzyli już starożytni Grecy. Ich zdaniem eutanazja oznaczała lekką i bezbolesną śmierć. Epikur, choć schorowany, zmarł z przyczyn naturalnych, uprzednio znieczuliwszy się winem. Pomimo wielkiego cierpienia spowodowanego chorobą przewodu moczowego oraz dyzenterią, zachował pogodę ducha i pogodził się ze śmiercią. Śmierć jego zatem była eutanazją w rozumieniu antycznym. Wrócę jeszcze do Francisa Bacona, który, jak pisze Jacek Malczewski, żądał inkorporacji modelu antycznego do współczesnej mu, XVII wiecznej medycyny, której zadaniem miałoby być łagodzenie niepotrzebnego bólu i cierpienia tych pacjentów, których życia nie dało się już ocalić.

Koncepcja eutanazji w III Rzeszy Niemieckiej oparta była na dosłownej eliminacji nieużytecznych osób z życia społecznego, czego przykładem była akcja T4. Niemniej jednak opieranie krytyki eutanazji na podstawie argumentów zaczerpniętych ze zbrodniczych doświadczeń III Rzeszy byłoby sprymityzowaniem problemu, ponieważ termin ten oznacza coś zupełnie innego niż to, o co chodzi w dzisiejszym sporze o dopuszczalność eutanazji.

Dzisiejszy termin eutanazja różni się zarówno od tego starożytnego, baconowskiego oraz nazistowskiego. Jak zauważył kiedyś prof. Bogusław Wolniewicz, spór o eutanazję toczy się pomiędzy dwoma grupami wyznawców. Pierwszą grupą są czciciele życia, zaś drugą wyznawcy rozumu. Czciciele życia za wszelką cenę chcą ocalić życie, co prowadzi do sprzeciwiania się woli cierpiącego, skazywaniu go na cierpienie, brak chęci pomocy w ulżeniu w tym cierpieniu, nie dopuszczanie możliwości legalizacji eutanazji, a przynajmniej jej depenalizacji, konsekwentne stanie na pozycji karalności osób pomagających w eutanazji. Druga grupa, czyli wyznawcy rozumu to ci dla których ocenie rozumu podlega wszystko, także miłość życia. W zderzeniu dwóch przeciwnych wiar dialogu być nie może, ponieważ brakuje wspólnej płaszczyzny i zostaje tylko walka. Zatem wszelkie próby dojścia do porozumienia są skazane na klęskę. Prócz sedna tego sporu, czyli traktowania śmierci pojawiają się także inne problemy, takie jak penalizacja czynów oraz funkcje ewentualnej kary – wychowawcza i odstraszająca. O ile jednak pierwsza grupa chętnie stawia się w roli moralizatorskiej, „tego, który wie lepiej”, o tyle druga grupa pozostawia człowiekowi w tej kwestii wolny wybór, ze wszystkimi konsekwencjami tego wyboru. Nie wnikając w rozstrzyganie tegoż sporu można zauważyć, że człowiek po prostu przestaje chcieć żyć wtedy, gdy przestaje chcieć żyć – nie ma innego istotniejszego momentu w którym człowiek podejmuje decyzję o skróceniu swojego życia. Może zatem lepiej byłoby przenieść akcent sporu z pola bitwy o to „kto wie lepiej”, na to „co zrobić, aby człowiek nie stracił chęci do życia”? Wydaje się to być jednak zadaniem o wiele trudniejszym, niż wpisanie do Kodeksu karnego art. 150.

Za co oberwało się kobiecie z Dignitas? Czy Jed wymierzył sprawiedliwość za krzywdę, którą spersonifikowane w osobie tej kobiety „przedsiębiorstwo eutanazyjne” wyrządziło jego ojcu? Czy może za krzywdę, którą wyrządziło jemu? A może za krzywdę, do której dopuścił Jed?

 

Mateusz Wawrzonek

 

Bibliografia:

1. Michel Houellebecq – „Mapa i terytorium

2. Jacek Malczewski – Francisa Bacon. Eutanazja czy opieka paliatywna

Kategoria: Publicystyka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: