Mikołaj Bierdiajew: Pismo ósme O demokracji (fragmenty)

| 7 czerwca 2021 | 1 Komentarz

De Tocqueville na początku znakomitego dzieła „O demokracji w Ameryce” opisuje swoje wrażenia z postępującego rozwoju demokracji tak: „Cała ta książka napisana została pod wpływem przeżyć pewnego rodzaju religijnej zgrozy, jaką w duszy autora wywołał widok tej niepowstrzymanej rewolucji, pokonującej przez tyle wieków wszelkie przeszkody i, która również teraz, jak się zdaje, postępuje dalej wśród powodowanego przez siebie zniszczenia”. Bardzo dobrze znam to uczucie przerażenia. Przeżyłem je dawno, bardzo dawno temu, po raz pierwszy jeszcze w dzieciństwie, potem, jako młody człowiek, odczułem je szczególnie dotkliwie podczas pierwszej rosyjskiej rewolucji 1905 roku, a swoją kulminację znalazło wiosną 1917, gdy rozpoczęła się powódź drugiej „wielkiej” rosyjskiej rewolucji.

Demokracja nie jest żadnym nowym początkiem i nie pierwszy raz się ona na świecie pojawia. Jest to stary, wielowiekowy rozdział, znany jeszcze światu starożytnemu. Lecz po raz pierwszy w naszej epoce problem demokracji staje się problemem natury religijnej. Nie jest już postawiony na płaszczyźnie politycznej, ale duchowej. Nie o ustrojach politycznych się mówi, gdy czuje się religijną zgrozę z powodu postępującej demokracji, ale o czymś głębszym. Władztwo demokracji nie jest nową formą rządów, jest to raczej szczególny rodzaj ducha.

Nigdy jeszcze na świecie nie zatryumfowała w czystej postaci idea demokracji, a i bardzo wątpliwa jest możliwość tego tryumfu. Ale duch demokracji odniósł niemało zwycięstw. Demokracja, jako samodzielna, abstrakcyjna idea, niepodlegająca niczemu wyższemu, jest ubóstwieniem człowieka i zaprzeczeniem boskiego pochodzenia władzy. Lud kontroluje sam siebie. Nadrzędną zasadą jego istnienia jest jego własna wola, niezależnie od tego, ku czemu się ona kieruje, czego pragnie, jaka jest jej treść. Wola ludu staje się bogiem, ponieważ jest akceptowana formalnie, z góry, bez względu na swoją treść. Już sama ta treść zakłada jakieś nadludzkie wartości. Gdy tylko zwróci się uwagę na treść woli ludu, nie da się już jej deifikować. Bo może ona być skierowana ku złu, i wtedy podlega potępieniu, albo może ona dążyć ku dobru najwyższemu, ku boskiej istocie życia i wtedy nie wola, ale samo to dobro i ta boska istota, winny być uznane za nadrzędną zasadę. Oto to, czemu nie poświęcono wystarczająco myśli. Przyznanie woli ludu tytułu naczelnej zasady życia społecznego może być jeno złożeniem pokłonu formalnej, pustej podstawie, tylko ubóstwieniem ludzkiej samowoli. Nie to jest ważne, czego człowiek chce, ale to, by było to, czego on zechce. Chcę, żeby było to, czego zapragnę. Oto ostateczna formuła demokracji, ludowładztwa. Głębiej sięgać nie może. Demokratyczna zasada nie interesuje się treścią i stanem woli ludu. Wola może zapragnąć najstraszliwszego zła i zasada demokratyczna sprzeciwić się temu nie może. Demokratyczna zasada nie daje żadnych gwarancji tego, że urzeczywistnienie go nie obniży jakości życia ludzkiego i nie zniszczy największych wartości. W abstrakcyjnej idei demokracji zawiera się największa pogarda dla cech człowieka i narodu, dla ich poziomu duchowego. Idea ta pragnie odwrócić ludzką uwagę od treści życia ludzkiego i celu życia i skierować ją całkowicie na formy wyrażania woli. Suwerenność ludu ma charakter czysto formalny. Pozostaje niewiadomym, czego zachce suwerenny lud, gdy wszystko będzie pozostawione jego woli, jaki porządek życia zechce stworzyć.

Uwierzyliście w demokrację, ponieważ utraciliście wiarę w prawdę i istotę. Jeślibyście wierzyli w obiektywność prawdy i istoty, to byście prawdę i istotę postawili wyżej od woli ludu i im byście tę wolę podporządkowali. Lecz dla was prawdą i istotą jest to, czego zapragnie lud i co on powie. Chcecie prawdę i istotę pozostawić decyzji większości głosów i przecisnąć je przez powszechne prawo wyborcze. Oto jest niewiara, oto ateizm, leżące u podstaw całej demokratycznej ideologii. Chcecie wydobyć prawdę i istotę społecznego ustroju z większości, z ilości. Lecz czy może mieć cokolwiek wspólnego z kryterium większości i ilości prawda i istota? Prawda i istota ma inne, boskie źródło, niezależne od ludzkiej woli. Prawda i istota może być w mniejszości, a nie w większości, i nawet zawsze jest ona w mniejszości. I jest niemal potworne, jak ludzie mogli dojść do takiego stanu świadomości, że w opinii i woli większości upatrują źródła i kryteriów prawdy i istoty!

Usprawiedliwieniem zasad demokracji, zasad większości i ilości, może być jeno sceptycyzm. Wątpiący, opustoszeni, oderwani od ontologicznych podstaw życia muszą uciekać się do decyzji większości, do kryteriów ilości. Jeśli nie ma prawdy i istoty, to będziemy uważać za prawdę i istotę to, co uzna większość. A jeśli jest prawda i istota, lecz jej nie znam i nie znam prawdziwych dróg do niej prowadzących i wiecznie w nią wątpię, to pozostaje polegać na większości i w liczbach ludzkich szukać zamienników dla cech, których mi samemu brak!

Demokratyczna rewolucja dlatego też i wywołuje religijną zgrozę, ponieważ świadczy ona o duchowym upadku ludzkości, o wzroście bezbożności, o straszliwym sceptycyzmie, o utracie wszystkich jakościowych kryteriów prawdy i istoty. Demokracja jest sceptyczną gnoseologią społeczną. Tę gnoseologię zauważają ci, którzy utracili źródła duchowego życia. Oto, dlaczego wzrost demokracji na świecie ma fatalne znaczenie. Postępuje równolegle z wietrzeniem duszy, z utratą Boga w duszy. Demokratyczna równość to utrata zdolności rozeznawania wartości życia duchowego. To jest zamieszanie, które dopuszczają ci, którzy przestali cenić wartości. Demokratyczna ideologia wielości nie może nie prowadzić do królestwa gorszych, a nie lepszych.

Podstawą demokracji nie była chęć poprawy życia, jakości i wartości. Demokracja sama w sobie nie tworzy i tworzyć nie może żadnych nowych wartości. Zbudowana jest poza wszelką myślą o wartości i treści życia. Wszystko zrównująca demokratyczna epoka w historii ludzkości jest obniżeniem jakości, wartości życia, obniżeniem typu osobowości. Demokracja nie była zainteresowana wychowaniem wysokiego typu osobowości ludzkiej i dlatego nie jest w stanie stworzyć lepszego życia. Apostoł demokracji, J. J. Rousseau wierzył w naturalną dobroć i czystość natury ludzkiej i sądził, że ukaże się ona w całej okazałości, gdy ustanowiona zostanie forma ludowładztwa. To fundamentalne kłamstwo zostało obalone przez samo życie, przez doświadczenie historii oraz przez bardziej złożoną i głębszą myśl. Dla Rousseau wcale nie było ważne zwycięstwo nad grzechem i złem, reedukacja człowieka i ludu i stworzenie wyższego typu ludzkiego. Należy tylko zrzucić okowy z ludu, dać mu możliwość wyrażenia swej woli i zbudowania podług tej woli społeczeństwa – a nastanie doskonały stan naturalny.

W wieku XIX przestano wierzyć w naturalny stan człowieka i naturalny stan społeczeństwa; na takich podstawach filozoficznych demokracji ustanowić się nie dało, a w dodatku niczym się ich nie udało zastąpić. Pozostało niejasnym, dlaczego niczym nieograniczone i nieskrępowane odkrywanie natury ludzkiej w jej niezmienionym stanie poprzez demokrację, ludowładztwo prowadzi do dobrobytu, rodzi prawdę społeczną. Dziewiętnastowieczny pozytywizm nie wierzy już w żaden błogi stan natury. Ale łatwo sankcjonuje i usprawiedliwia demokrację, wymaga formalnego podziwu dla danego, fizycznego człowieka i jego grzesznej woli. Co prawda, metafizyka demokracji uważa, że każdy pojedynczy człowiek się myli, pozostaje w nieprawdzie i kłamstwie, ale nieomylna i słuszna jest wola wszystkich, wola ludu, wola kolektywu.

Tutaj pojawia się bardzo trudny filozoficzny problem, nad którym wy, demokraci-pozytywiści, się nie zastanawiacie. Jakaż jest natura tego kolektywu, który zwie się ludem i który uważacie za suwerenny? Czy lud, który uważacie za najwyższą władzę, reprezentuje jakąś rzeczywistą jedność, czy ma on ontologiczne rdzeń? Wszak jesteście nominalistami, a nie realistami, i lud, jako ludzka zbiorowość, nie może być dla was rzeczywistością ontologiczną, jest on jeno mechaniczną sumą. W waszej ludowej woli następuje jedynie arytmetyczne dodawanie. Wierzycie w większość głosów. Z sumowania wszystkich woli nie da się otrzymać woli powszechnej. Marksizm, który był skrajnym wyrazem światowego ducha zrównania, rozbił złudzenia demokratyczne, zabił demokratyczną metafizykę. I winno to być uważane za jego zasługę. Socjaldemokracja neguje istnienie ludu jako rzeczywistej jedności, rozkłada go na klasy i grupy o przeciwnych psychikach i interesach, dla niej nie ma woli ludu, nie ma suwerennej zasady. Ponad wolą ludu jest wola proletariatu, na którą przenoszone są wszystkie te boskie atrybuty, które metafizyka demokratyczna przypisywała ludowi. Proletariat jest ponad ludem, on jest rzeczywistą jednością. Oto nowa fikcja, nowy fetysz, lecz rozbijająca starą fikcję, stary fetysz – „lud”. Lud w tym znaczeniu, w jakim definiuje go demokratyczna metafizyka, nie istnieje. Ten „lud” nie może mieć żadnej woli. Jest tylko skomplikowaną interakcją grup społecznych o różnych duchowych strukturach i interesach czy mechaniczną sumą pojedynczych jednostek ludzkich.

(…)

W świecie europejskim nastąpiła demokratyczna powódź, w której Europa coraz bardziej się pogrążała. Ta powódź wciąż trwa i nie osiągnęła jeszcze pełnego poziomu. Ale rozpoczął się już także ruch przeciwny. W sferze myśli dawno rozpoczął się odpływ. Granice demokracji są znane, a demokratyczne niebezpieczeństwo i beznadzieja są dostrzegane przez bardziej przenikliwe umysły. Ilość nie może zrodzić jakości. Społeczeństwo, które rozpadło się na atomy, na punkty matematyczne, nie może zostać złożone, zjednoczone i nie może otrzymać harmonijnej postaci poprzez mechanikę, przez podliczanie głosów i oddanie władzy większości. Wola ludu jest wartością, której nie da się otrzymać z żadnej ilościowej kombinacji. I właśnie wtedy, gdy demokracja ogłosiła wyższość woli ludu, wola ta zniknęła, umarła. Demokracja w rzeczy samej jest beznadziejnym poszukiwaniem umarłej woli ludu. Wszystkie systemy demokratycznej reprezentacji ludowej woli stanowią beznadziejne próby zebrania rozbitej woli. W demokratycznym przedstawicielstwie wola ludu pozostaje rozbitą i część powstaje przeciw części. Demokratyczny parlament jest areną walki o interesy i władzę. Ciężko w nim usłyszeć głos zjednoczonego narodu. Słychać go jeno w wyjątkowych chwilach i poprzez wyjątkowych ludzi. Liczenie głosów, zależne od miliona wypadków, nie mówi nic o jakości woli ludu. Powszechne prawo wyborcze, które do dziś jest dla wielu z was niekwestionowanym dogmatem, budzi przeogromne wątpliwości. Powszechne prawo wyborcze jest zasadą całkowicie mechaniczną, ilościową i abstrakcyjną. Powszechne prawo wyborcze nie zna konkretnych ludzi, z ich różną jakością, z ich różną wagą, zajmuje się ono wyłącznie ludźmi abstrakcyjnymi, atomami i matematycznymi punktami.

Nie zna także organicznych grup społecznych. Powszechne prawo wyborcze jest odwróceniem uwagi od jakości życia; nie chce znać żadnego wyboru jakościowego. Skądże wzięło się przekonanie, że w taki sposób można otrzymać społeczeństwo wysokiej jakości? To jest hipnoza idei równości. Uwierzyliście, że równość, nie proporcjonalna, ale mechaniczna równość, jest tak wielką prawdą i wielkim błogosławieństwem, że wszystko, co do niej się przyczyni, jest dobre. Lecz właśnie to ubóstwienie równości jest grzechem pierworodnym; prowadzi do zastąpienia konkretnej, wartościowej, indywidualnej przyrody człowieka przyrodą abstrakcyjną, ilościową i bezosobową. Oparte na fałszywej równości, powszechne prawo wyborcze jest zaprzeczeniem człowieka. W skutkach powszechnego prawa jest coś zaprawdę nieludzkiego i antyludzkiego.

(…)

Demokracja jest zbyt urzeczona dobrodziejstwami ziemskiego życia. Przestała wierzyć w to, że społeczeństwo ludzkie ma także i nadprzyrodzony cel. Światowy ruch demokratyczny, który budzi religijny niepokój u ludzi wrażliwych i głębokich, prowadzi do gorzkiego pesymizmu. Ale w tym pesymizmie jest zdrowy początek. Zwraca on człowieka ku życiu pozaziemskiemu. Demokratyczne doświadczenie człowieka winno skierować go ku Bogu. Takie jest znaczenie demokracji.

 

 

Przekład: Maksym Kołomijec

Kategoria: Myśl, Polityka, Publicystyka

Komentarze (1)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. stary koń pisze:

    już Donoso Cortez mówił,że "na dnie każdej wielkiej kwestii politycznej leży wielka kwestia teologiczna"….a w Kazanich Sejmowych ks.Piotr Skarga pisał;"demokracyja….jest w rządach ludzkich nagorsza i naszkodliwsza"….

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: