Potrzeba polskiego wodza-wojownika na czas kryzysu

 

Nie jestem gaullistą z tych samych powodów, z których nie popieram Sanacji. Uważam rządy silnie scentralizowanej republiki, pomijającej samorządy i lokalności, choćby nie wiem jak konserwatywnej społecznie (nie żeby mafijna Sanacja była jakaś wielce zachowawcza), za szkodliwe i nieskuteczne. Jednocześnie należę przewrotnie do fanów Charlesa de Gaulle'a, podobnie jak poważam wysoce Józefa Piłsudskiego. Zarówno Generał, jak i Marszałek, posiadali pewne cechy wspólne (ośmielę się nawet stwierdzić, że de Gaulle był piłsudczykiem, znającym i podziwiającym myśl Piłsudskiego), które w obecnym, pełnym napięć czasie zmieniających się układów sił w Europie i geopolitycznych przesileń na świecie, są polskim mężom stanu koniecznie potrzebne. Przede wszystkim gdy idzie o reorganizację polskiej obronności.

Konstrukcja ideologiczno-polityczna Charlesa de Gaulle'a nie jest podstawowym przedmiotem niniejszego opracowania, jednakże niekonsekwencja i kontrowersje, które ją cechowały, nakazują w kilku zdaniach opowiedzieć o tym aspekcie owego konserwatywnego rewolucjonisty. Nie ma tu także miejsca na obszerniejszą notę biograficzną.

Urodzony z matki (fanatycznej) katoliczki i obdarzony całym szeregiem monarchistów-kontrrewolucjonistów wśród przodków po mieczu, Generał de Gaulle odziedziczył wartości swych antenatów. Nie ma powodów by uznawać za słuszne zarzuty stawiane Generałowi, jakoby jego katolicyzm miał być jedynie elementem stylizacji politycznej. Spośród grona mu najbliższych, czyli żołnierzy (i kapelanów), dochodzą liczne potwierdzenia szczerości wiary de Gaulle'a. W wielu miejscach i momentach przywódca Wolnej Francji podkreślał swe przywiązanie do monarchizmu i lilii Burbonów, ale równie często zaprzeczał politycznym projektom restauracji. Nawet uważał takie pomysły za śmieszne. Jego polityka wewnętrzna cechowała się kultem munduru, myśleniem imperialnym (ale nie imperialistycznym), nacjonalizmem państwowym (obywatelskim), jakobińskim centralizmem i subtelną symbiozą autorytaryzmu z demokracją. Słowem, realizował bonapartyzm w nowoczesnym wydaniu. W stosunkach międzynarodowych pozostawał człowiekiem zachodu, europocentrystą i frankofilem. Jak przystało na dziecko wychowane w cieniu Sedanu, nigdy nie opuściła go zdrowa germanofobia. 

Wizerunek de Gaulle'a, katolickiego bohatera, często był wystawiany na próbę. W czasie II wojny światowej za kapitulanckim rządem Vichy opowiedziała się większość katolików francuskich. Skompromitowani tym wyborem, nie mogli budować nowej, powojennej Francji pod krzyżem lotaryńskim. Dlatego niestety ich miejsce na salonach powojennych zajęli lewicowcy, liberałowie, Żydzi i masoni. Tych ostatnich zresztą de Gaulle'a sam pośrednio dopuścił do głosu, znosząc wojenne ustawy antywolnomularskie Pétaina. Nie akceptował partii katolickich w życiu politycznym (jak i wszystkich wyznaniowych, jako niezgodnych z nacjonalizmem i prymatem państwa). Nieszczęśliwie, pomimo radykalnego serca i aksjologii reakcjonisty, wódz Francji postawił na republikański laicyzm. A jednak państwo gaullistowskie na długo pozostało przyzwoicie konserwatywne społecznie i zachowało zdrowy kręgosłup moralny w wymiarze publiczno-prawnym. Zapewne także dlatego, że niezdrowe prądy rewolucji obyczajowej lat 60. jeszcze nie zebrały widocznego dziś jaskrawo żniwa wśród liberalnych demokracji Zachodu.

Osobiście zastanawia mnie fascynacja de Gaulle’a Winstonem Churchillem, którego uważam za jednego z największych politycznych bandytów w nowoczesnej historii. Jak Generał mógł podać mu rękę po wydarzeniach operacji Catapult? Które z cech brytyjskiego buldoga mu imponowały? Czy już wtedy nie przeszkadzał mu atlantyzm premiera Wielkiej Brytanii? Prawdopodobnie zadecydował pragmatyzm i osamotnienie polityczne Wolnej Francji. Ostatecznie Charles de Gaulle zwyciężył, więc nie sposób zarzucić mu braku skuteczności. Nie oznacza to jednak, że miał słuszność.

Punktem centralnym w zrozumieniu jego wielkości jest dostrzeżenie, że de Gaulle był przede wszystkim żołnierzem, wodzem. I to wybitnym. W tej materii najlepiej widać geniusz konserwatywnego rewolucjonisty i to ona jest przedmiotem niniejszego opracowania.

Mówi się czasem, że Francja przegrała drugą wojnę światową w okopach pierwszej. Jest w tym trochę prawdy. Decydująca była defensywna i słaba doktryna obronna, o czym de Gaulle doskonale wiedział i z wizjonerskim mistrzostwem przez cały okres przedwojenny antycypował nadchodzącą porażkę, pozostając całkowicie zignorowanym przez oficerski beton polityczny. Drogę rewolucji, czyli konstruktywnego buntu, którą w latach 1912-1940 przebył generał, najlepiej przybliżyć hasłowo w kilku punktach:

  • W 1912 roku w Arras dwudziestodwuletni porucznik, podwładny (wtedy) pułkownika Pétaina, zapełnia notatnik oficerski uwagami pozostającymi w całkowitej sprzeczności z przyjętą doktryną obronną Francji. W roku 1917 z pomocą tego samego notatnika wygłasza w Ingolstadt (niewola) serię odczytów, atakując dowództwo francuskie.
     
  • Dzięki poparciu Pétaina wykłada w 1927 roku nową strategię dowodzenia, szokując tym wszystkich słuchaczy. Rok później sprzeciwia się de Gaulle Pétainowi, odmawiając zmiany na „ortodoksyjny” tekstu dużej pracy z zakresu obronności, którą dla swego patrona pisał.
     
  • Pod koniec roku 1928 (!) przeczytał de Gaulle Mein Kampf i napisał do Luciena Nachina prorocze, lecz uznane za śmieszne zdania: „Armia Renu zostanie tu już niedługo. Siła rzeczy obala to, co pozostało w Europie z uznanych i cennych barier. Trzeba być przekonanym, że bliski jest anschluss, później odebranie sobie przez Niemcy siłą lub przez porozumienie tego, co było im zabrane na rzecz Polski. Po czym zażądają od nas Alzacji. Wydaje mi się to zapisane w niebie (…).”
     
  • W latach 1930-1932 wydawane są w „Revue Militaire Française” rewolucyjne wykłady de Gaulle’a: Akcja wojenna i szef, Charakter oraz Prestiż. Ukazuje się głośna książka Le fil de l’épée (Ostrze miecza), stanowiąca uporządkowany zbiór wizji wojskowej przyszłego prezydenta.
     
  • Na rok 1934 przypada wydanie kolejnej ważnej i głośnej książki de Gaulle’a – Ku armii zawodowej. Przedstawiono w niej model nowoczesnej, mobilnej i działającej poza własnymi granicami armii i zauważono zagrożenie wynikające z szybkiej remilitaryzacji Niemiec. Książka wywarła wielkie wrażenie, ale nie przyniosło to żadnych skutków w doktrynie. Jeszcze w 1936 roku, pomimo obecności armii niemieckiej w Nadrenii, Pétain, Weygand czy Gamelin traktowali apele de Gaulle’a jak nieszkodliwe gwiazdorstwo dziwaka i zapaleńca. W Niemczech prace de Gaulle’a śledzi z uwagą Heinz Guderian, który tłumaczy francuskie teksty na język niemiecki. Na podstawie tych badań niedługo powstanie słynne Achtung – Panzer!
     
  • Wreszcie w roku 1938 opublikowana zostaje Francja i jej armia, dokonuje się to wbrew Pétainowi i wówczas dochodzi do zerwania stosunków pomiędzy dwoma wojskowymi.
     
  • Rubikon przekroczony zostaje 18 czerwca 1940 roku, gdy Charles de Gaulle zwraca się w studio BBC z apelem do Francuzów. Wbrew legalnej władzy, nie godząc się na kapitulację i kolaborację z Niemcami, generał otwiera nowy rozdział II wojny światowej dla Francji. I ostatecznie zwycięża. Do dziś, dzięki de Gaulle’owi, Francja pozostaje państwem posiadającym potencjał nuklearny.

A co nam, Polakom, dziś oferuje los? Mariusza Kolonkę, który w narkotycznym zwidzie wzywa na YouTube do ruszenia Abramsami na Liberec wobec agresji Rosji na Ukrainę. Co prawda ktoś czasem wypowie się konstruktywnie i sensownie o polskiej obronności i dorzuci kamyczek do tak potrzebnej dyskusji publicznej o stanie państwa na czas kryzysu. Od czasu do czasu, co bardziej rozpoznawalny emerytowany wojskowy pokiwa smutno głową w telewizji, opłakując stan polskiego wojska. Albo Jacek Bartosiak przez pół doby opowie o Armii Nowego Wzoru, to znów Jarosław Wolski wytłumaczy zawiłości strategiczne wojny w oparciu o „zegar” swego imienia, lub też Marek Budzisz w obszernym opracowaniu stwierdzi, że wszystko jest wojną. Ewentualnie Piotr Zychowicz może zaprosić do rozmowy kolejnego „eksperta” oznajmiając, że „dzisiaj historia dzieje się na naszych oczach”. To są wszystko, mimo, że przecież fachowcy po szkołach i pasjonaci, ale jednak najczęściej liberałowie, publicyści, akademicy, celebryci… bez siły, charyzmy i wpływu na zmiany doktryny. Nie zmienia tego fakt, iż nawet oni krytykują klasę polityczną i przyjęte zasady obronności za pozostawanie przy samobójczej opcji „jakoś to będzie, wszak NATO, Unia, etc.” Jeżeli państwo polskie ma trwać jako silny i niepodległy podmiot, główny gracz w regionie (co niekoniecznie musi pokrywać się z wizją niektórych kręgów konserwatywnych), tedy trzeba nam właściwie bohatera. Wołamy o działacza, organizatora, twórcę, wizjonera, filozofa, wojownika, wodza. Do tego najlepiej z krwi, kości i ducha reakcjonistę. Chcemy własnego Charlesa de Gaulle'a – konserwatywnego rewolucjonisty i uzdrowiciela obronności, który będzie stał na własnych nogach.

Jak dotąd, niestety, stać nas jedynie na Kaczora (lub) Donalda.

 

Jan Posadzy