Jakubczyk: Tragedia, owszem – „polemicznie” z Naczelnym

| 7 sierpnia 2021 | 1 Komentarz

Ten tekst miał być tekstem polemicznym. Jednak, jeżeli dotrzemy do faktycznego sedna tekstu Mariusza Matuszewskiego to nie da się z nim argumentować. To znaczy, Powstanie było przygotowane jak można było je zaplanować wtenczas najlepiej. Osobiście, chciałbym jedynie dokończyć ciąg myślowy naszego Naczelnego. I zaznaczyć że nie było ono przemyślane do końca, nikt nie pomyślał o Planie B. O ewentualności fiaska, o ponownym zawodzie ze strony naszych aliantów.

Na początek dłuższy cytat: „Czy to powstanie było źle przygotowane? Raz jeszcze podkreślmy, że miało ono trwać kilka dni. Siły powstańcze liczyły 40 tysięcy żołnierzy – wyszkolonych i przygotowanych do walki w mieście, które doskonale znali. Co więcej – w mieście, w którym cała ludność pozostawała skrajnie wroga siłom okupacyjnym. Armię tę szkolili przez blisko 6 lat nie domorośli instruktorzy, lecz zawodowi przedwojenni oficerowie, wsparci dodatkowo doświadczeniem zrzucanych na brytyjskich spadochronach Cichociemnych. W warunkach zaskoczenia istniała ogromna szansa na narzucenie przeciwnikowi warunków walki korzystnych dla strony polskiej. I tak dalej… jeżeli przełożyć to wszystko na wojskowe i polityczne cele powstania, które postawili sobie i swoim podwładnym dowódcy AK, skonstatujemy, że ich osiągnięcie było bardzo realne.

To nie było powstanie bezmyślne, takie, jak te z wieku XIX. Nie miało wygrać wojny, jedynie uratować miasto przez losem Stalingradu, a ponadto stworzyć lepsze z punktu widzenia interesu narodowego warunki polityczne, konieczne dla powrotu legalnych władz polskich. Z punktu widzenia wojskowego było ono zaplanowane i przygotowane najlepiej, jak można to było uczynić w warunkach okupacji i ograniczonego dopływu danych (a może i celowej dezinformacji). Czy gdyby było inaczej, to działania zbrojne, zaplanowane na kilka dni, mogły by trwać dwa miesiące?”

Wydawołoby się że czterodniowy plan skutkował. Już w pierwszych dniach opanowano większą część Stolicy. I według wspomnianego przez kol. Mariusza planu, począwszy od 2 sierpnia, dowództwo AK bezustannie wzywało o pomoc dla walczącej Warszawy. Żądało natychmiastowych zrzutów broni i amunicji na wskazane punkty w Stolicy oraz w jej pobliżu, bombardowań stanowisk niemieckich przez lotnictwo sprzymierzonych, przerzucenia polskiej brygady spadochronowej do Stolicy, przyznania praw kombatanckich i wysłania sojuszniczych misji wojskowych do Armii Krajowej, zaprzestania rozbrajania i aresztowania oddziałów AK przez Sowietów, wreszcie natarcia Armii Czerwonej na Warszawę.

I co? I nic nie drgneło! Czy wówczas ludzie odpowiedzialni za jego wybuch, nie powinni byli go zgasić? Bez amunicji i podstawowych środków do przetrwania, szkolenie przeprowadzone nawet przez Spartan nie pomoże. Czy po upływie czterech dób nie powinni oni byli planować co dalej? Czy nie byli tego winni chłopakom i dzieczynom stolicy? Uważwm że w momencie kiedy „wojskowe i polityczne cele powstania, które postawili sobie i swoim podwładnym dowódcy AK” i ich osiągnięcie okazały się całkowicie nie realne, powinni oni byli wydać rozkaz zakończający działania militarne.

Przykładem takiego, rozsądnego zachowania mogą posłużyć nam, jako pierwszy pułkownik Antoni Żurowski. Dowodzący powstaniem na Pradze, który skończył walkę zaraz na początku sierpnia. Dzięki jego wyczuciu sytuacji, uniknięto masakry cywilów oraz zrównania z ziemią prawobrzeżnej części stolicy. Jako drugi zaś podpułkownik Roman Kłoczkowski “Grosz”. Który w obliczu strat, przeważającej siły pancernej Niemców, zagrożenia życia ludności cywilnej i groźby zniszczenia zabudowań miejskich zadecydował już 4 sierpnia o zakończeniu działań powstańczych w Legionowie (jedyna miejscowość poza granicami stolicy, gdzie wybuchło powstanie). Jego podwładni osiągnęli swój zamierzony cel strategiczny już 1 sierpnia. O godzinie 18.00 w Chotomowie został wykolejony jadący od Modlina techniczno-sanitarny pociąg wojskowy. Kosztem niemałych strat przez trzy doby linia kolejowa Modlin – Warszawa była zablokowana. Siły niemieckich dywizji pancernych były jednak przeważające, a na linię kolejową skierowano pociąg pancerny. Istniało zagrożenie ataku Niemców na ludność cywilną i otwarcia ognia w częściowo drewnianą zabudowę miejską. W czwartek 4 sierpnia “Grosz” zadecydował o demobilizacji oddziałów. Jako doświadczony wojskowy właściwie ocenił sytuację po wstrzymaniu ofensywy armii sowieckiej i wydał rozkaz zaprzestania walk w Legionowie. Tym samym uchronił miasto przed pacyfikacją i całkowitym zniszczeniem. W wyniku tej decyzji powstał 300-osobowy batalion pod dowództwem porucznika Bolesława Szymkiewicza „Znicza”, angażujący się w akcje dywersyjne na zapleczu frontu niemiecko-sowieckiego na Pradze. Z kolei 6 września podjęto decyzję o przeprawie najlepiej uzbrojonych żołnierzy na zachodnią stronę Wisły na wysokości Kępy Burakowskiej. Pozostali mieli wrócić do konspiracji na terenie Legionowa. Dla mnie to właśnie ci dowódcy są bohaterami tamtych dni. Dowódcy godni noszenia rogatywek z orzełkiem.

Generał Anders posunął się dalej: „Byłem całkowicie zaskoczony wybuchem powstania w Warszawie. Uważam to za największe nieszczęście w naszej obecnej sytuacji. Nie miało ono najmniejszych szans powodzenia, a naraziło nie tylko naszą stolicę, ale i tę część Kraju, będącą pod okupacją niemiecką, na nowe straszliwe represje. (…) Chyba nikt uczciwy i nieślepy nie miał jednak złudzeń, że stanie się to, co się stało, to jest, że Sowiety nie tylko nie pomogą naszej ukochanej, bohaterskiej Warszawie, ale z największym zadowoleniem i radością będą czekać, aż się wyleje do dna najlepsza krew Narodu Polskiego.”(…) – powstanie w ogóle nie tylko nie miało żadnego sensu, ale było nawet zbrodnią”.

A więc, jeśli już mówimy o faktach to się nie oszukujmy –  w czasie walk w Warszawie zginęło około 18 tysięcy powstańców, a 25 tysięcy zostało rannych. Straty wśród ludności cywilnej wynosiły około 180 tys. zabitych. Pozostałych przy życiu mieszkańców Warszawy tj. ok. 500 tys., wypędzono z miasta. Warszawa przy użyciu dynamitu i ciężkiego sprzętu została zrównana z ziemią. To także ogrom strat dóbr kultury i pomników historii narodu polskiego. Czy tak właśnie miało wyglądać ocalanie ludności cywilnej? Czy powstanie faktycznie uratowało Warszawę przed losem Stalingradu? Ani powstanie Wileńskie ani Warszawskie nie osiągnęły żadnego z zamierzonych celów. Oba poniosły militarną i polityczną klęskę. Stołeczne w szczególności. Klęskę okupioną niewyobrażalnymi stratami i cierpieniami – faktycznym rozbiciem Armii Krajowej, utratą dużej części młodej inteligencji oraz reperkusjami społecznymi spowodowanymi doszczętnym zniszczeniem Warszawy. Osłabieniem polskich środowisk niepodległościowych i podważeniem zaufania społeczeństwa do rządu RP na uchodźstwie – tym samym znacznie ułatwiając Stalinowi sowietyzację Polski. Kolega Mariusz pyta czy powstanie da się obronić. Odpowiem krótko – nie.

 

Arkadiusz Jakubczyk

Kategoria: Arkadiusz Jakubczyk, Historia, Myśl, Publicystyka

Komentarze (1)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Gierwazy pisze:

    "Osobiście, chciałbym jedynie dokończyć ciąg myślowy naszego Naczelnego. I zaznaczyć że nie było ono przemyślane do końca, nikt nie pomyślał o Planie B. O ewentualności fiaska, o ponownym zawodzie ze strony naszych aliantów." Oj nie, "Plan B" był… Przedstawił go sam chodzący dzisiejszej Polsce w glorii bohatera, gen. Tadeusz Bór Komorowski, wysyłając zaszyfrowany rozkaz z walczącej Warszawy do dowódcy krakowskiego okręgu AK pułkownika Edwarda Godlewskiego o takiej treści: 
    "Dowództwo A.K.
    L. 4/III
    Dn. 23 VIII 44 r. g. 20.00
    Muzeum – Garda
    Walka o Warszawę mimo dużych strat w ludziach i w materiale daje nam potężny atut w rozgrywkach politycznych. Obecnie zależy mi bardzo, by obok Warszawy nastąpiło silne uderzenie na Niemców jeszcze w Okręgu Muzeum. Drobne działania już nie mają znaczenia. W związku z tym: wykonajcie akcje na szerszą skalę przez opanowanie Krakowa lub w ostateczności Tarnowa. (…)
    Liczcie się z gwałtownym przeciwdziałaniem niemców. Oddziały Wasze muszą być silne, dobrze uzbrojone i odporne na walkę techniczną. Do akcji tej zgromadźcie jak największe zapasy amunicyj i zorganizujcie dobrze sieć dowodzenia /łączność radiową/, z góry rozmieszczając w poszczególnych dzielnicach miasta [oddziały] zdolne – do samodzielnej i odosobnionej walki."
    Tak, ten opętaniec 23 sierpnia 1944 r., kiedy w Warszawie Niemcy i ich pomagierzy ze Wschodu dokonują masakry, swoim rozkazem pragnie zgotować ten sam los Krakowowi!
    To tyle na temat bredni p. Matuszewskiego o powstaniu, które "nie miało wygrać wojny, jedynie uratować miasto (Warszawa – przyp. mój) przez losem Stalingradu". Na szczęście dla Krakowa, krakowian i Polski plan "uchronienia przed losem Stalingradu" spalił na panewce…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: