banner ad

USA i Wielka Brytania wobec Holokaustu. Niewygodna prawda

| 7 sierpnia 2014 | 0 Komentarzy

StLouisHavana„A wy nasi bracia w wolnych krajach, i wy, rządy wszystkich krajów gdzie jesteście? Dlaczego nie powstrzymujecie rzezi, która się dokonuje?”

Tak w liście do wolnego świata w imieniu deportowanych do Auschwitz węgierskich Żydów krzyczeli bezsilnie przywódcy żydowskiego podziemia na Słowacji. Był maj 1944 roku. Współautorka tego apelu Gisi Fleischmann kilka miesięcy później sama zginęła w obozie. Żydzi europejscy do końca łudzili się, że Amerykanie czy Brytyjczycy rzucą im kotwicę ratunkową, ofiarują paszport życia, zbombardują tory, przerwą deportacje, wysadzą komory niosące śmierć milionom. Nie wiedzieli, że świat miał swoje rachunki, swoją strategię wojenną i nie chciał być najemnikiem tylko żydowskiej sprawy.

Jedyna „wolna enklawa”

Był sierpień 1944 roku. Do brzegów Ameryki przybił statek transportowy z 982 osobami na pokładzie. Uratowani z wojennej pożogi Żydzi, Polacy, Jugosłowianie, Czesi i przedstawiciele innych narodowości dostali drugie życie. Zostali ulokowani w barakach wojskowych podzielonych na mieszkania w obozie znajdującym się  nad jeziorem Ontario niedaleko miasta Syracuse. Do grudnia 1945 i decyzji nowego prezydenta Trumana o możliwości osiedlenia się na terenie Stanów Zjednoczonych wramach kwot imigracyjnych mieszkali tam, uczyli się, pracowali, mieli zakaz opuszczania obozu na stale, łączenia się z własnymi rodzinami. Utworzenie tzw. „wolnej enklawy” jaką stał się Fort Ontario wpisywało się w działania Rady ds Uchodźców Wojennych (War Refugee Board) powołanej 1944 roku i jej poszukiwań miejsc schronienia, a także było wynikiem nacisków społecznych. To jedyne miejsce, które Ameryka przeznaczyła dla uciekinierów z Europy jest dla mnie symbolem tego wszystkiego, co działo się wcześniej w kwestii ratowania ofiar największego ludobójstwa, symbolem amerykańskiej bierności, opieszałości, lęku, minimalizowania własnego wkładu i pomocy, a w niektórych momentach całkowitego wyciszania tematu.

Pierwsze informacje

Zanim z misją do prezydenta Roosevelta dotarł  w lipcu 1943 roku Jan Karski za oceanem wiedziano już o niemieckim planie eksterminacji. Obraz powoli składał się w przerażającą  całość. Początkowo mu nie dowierzano, ale wraz z pojawianiem się  kolejnych elementów stawał się nie do zakwestionowania. Od dłuższego już czasu napływały niepokojące informacje z Europy o działaniach maszerujących wojsk niemieckich, o masakrach urządzanych przez Einsatzgruppen na froncie wschodnim, a wcześniej o obozach zbiorczych, deportacjach. Wieści napływały systematycznie.

Istotną rolę w ukazywaniu światu zbrodni niemieckiej odegrał polski rząd na emigracji wysyłając noty dyplomatyczne, w których kreślił rozmiar zbrodni dokonywanych się na terenie zniewolonej przez najeźdźcę Polski, zamieszczał  informacje o mordach dokonywanych na Żydach, deportacjach do Auschwitz, warunkach obozowych. Były też raporty Bundu. Sprzymierzeni informowani byli na bieżąco. Mieli też swoją siatkę wywiadowczą. Pomimo wojny na terenie Europy działali również przedstawiciele Światowego Kongresu Żydów. To właśnie od takiego przedstawiciela przebywającego w Genewie Riegnera otrzymano wieści o planowanej akcji niemieckiej wymordowania wszystkich Żydów. Riegner miał kontakty, informacja pochodziła od przedsiębiorcy niemieckiego dobrze znającego plany Berlina. Od sierpnia 1942 roku do listopada informacja utknęła w Departamencie Stanu. Do czasu podania jej opinii publicznej przez rabina Wise w listopadzie 1942 roku była informacją niejawną. Kiedy na konferencji prasowej w Waszyngtonie Wiese mówił o 2 milionach zgładzonych w ramach akcji „oczyszczania” Europy z Żydów było już dawno po deportacjach z Francji, Holandii, Belgii, które rozpoczęły się w lipcu 1942, śmierci niemalże 300 tysięcy Żydów z Getta Warszawskiego w komorach gazowych Treblinki, po masowym uśmiercaniu w Chełmnie nad Nerem, po Wielkiej Szperze w łódzkim getcie, w której 15 tysięcy żydowskich dzieci zostało odebranych swoim rodzicom i wywiezionych na 
śmierć.

Liczba ofiar rosła w przerażającym tempie. Niemcy byli dobrze zorganizowani. Udoskonalali z wielką pieczołowitością  i zaangażowaniem machinę zagłady. Plan zmierzał w wyznaczonym celu. Rollwagi trujące samochodowymi spalinami swoje ofiary, doły pełne ciał, a później sieć obozów zagłady, komory gazowe i piece krematoryjne dymiące dzień i noc. Pędzące pociągi, dudniący odgłos zbliżającej się 
śmierci. Etap przejściowy jakim była organizacja sieci gett dobiegał już wtedy końca.

Z krajobrazu okupowanej Europy, a także Polski, która zgodnie z postanowieniami konferencji w Wansee w styczniu 1942 roku została wyznaczona na „cmentarz” społeczności Żydów, miejsce „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, od kilku miesięcy znikały małe, a nawet i większe getta. Życie w tych skupiskach dla niejednego oznaczały śmierć, bo głód, choroby, egzekucje, ale wielu dawały szansę, nadzieję, że może jednak nie wszystko stracone. Ta szansa była im ostatecznie odbierana z chwilą deportacji, przygotowywanych pośpiesznie, oczekiwanych przez Niemców list transportowych. To było jak loteria. Komu zostanie darowany jeden dzień, miesiąc życia dłużej. Jeden otrzymywał numerek życia, inny numerek śmierć.

Kiedy w okupowanej Polsce dokonywała się zagłada Ameryka i Wielka Brytania niewiele miały w tej kwestii do powiedzenia. Gremia decyzyjne milczały, spychały i wyciszały temat, a nawet posuwały się do blokowania napływających ze Szwajcarii informacji.

Zamknięte drzwi i serca

Polityka wizowa Stanów Zjednoczonych, a także Biała Księga wydana przez Brytyjczyków w 1939 roku zamykająca niemalże Palestynę przed imigracją są jednym z elementów wstydliwej pamięci. Niewiele zrobiono by ratować. Ograniczanie imigracji w ramach obowiązujących kwot, zaostrzanie wymogów wizowych, wydłużanie procedury przeprowadzania aplikacji, kwestia powiązań rodzinnych, uszczelnianie wszystkich luk, które znajdowały się w systemie wprowadzanych przepisów.

Departament Stanu działał na przyspieszonych obrotach. Momentami aż trudno dowierzać tej znieczulicy, prawnym restrykcjom, dyrektywom, instrukcjom słanym do okupowanej Europy. Generalnie tak Amerykanom jak i Brytyjczykom chodziło o to samo, o zminimalizowanie do granic imigracji. Przez cały czas trwania wojny w wewnętrznych sprawozdaniach czy to Departamentu Stanu czy Foreign Office przebija trwoga, ogromne zatroskanie nie o ginących tysiącami, milionami ofiar, a o trudności jakie mogły by się pojawić gdyby nagle Hitler odstąpił od polityki eksterminacji. Tak było przy okazji sprawy uwolnienia 72 tysięcy Żydów rumuńskich z Naddniestrza w 1942 roku, co poświadczyły później dokumenty z procesu norymberskiego propozycji pochodzącej z wysokiego szczebla rządowego w Rumunii, tak było przy okazji sprawy 60-70 tysięcy Żydów bułgarskich zagrożonych eksterminacją, czy Żydów węgierskich w 1944 roku. Zawsze pojawiała się ta sama obawa, podobne słowa ubierane w inne zdania „(…)nie jesteśmy przygotowani na uporanie się z całokształtem problemu żydowskiego (1941 Cannon z Departamentu Stanu), „(…) nastąpi powódź, z którą nie zdołamy się uporać” (Randall z Foreign Office), „zabiegi o uwolnienie pewnej grupy Żydów wiążą się z dużym niebezpieczeństwem”, „istnieje możliwość odstąpienia przez państwa Osi od polityki eksterminacji i zastąpienia jej polityką imigracji”. Stawiano na jak najszybsze zwycięstwo, deklarowano oficjalnie; co i tak w tym morzu bierności było przełomem; potępienie bestialskiej polityki eksterminacji i obiecywano postawienie winnych zbrodni przed sądem. Ale od podpisanej w grudniu 1942 Deklaracji Narodów Zjednoczonych, będącej wynikiem m.in. nacisków przedstawicieli różnych organizacji żydowskich do zwycięstwa, było jeszcze daleko. Czas Niemców w Europie dalej liczył się w rosnącej liczbie pomordowanych. Działania aliantów były bardzo okrojone wynikały z przyjętej linii politycznej.

Roosevelt de facto całość spraw związanych z Holocaustem oddał Departamentowi Stanu. Bał się politycznego ryzyka, oskarżenia o sprzyjanie środowiskom żydowskim, wzrostu nastrojów antysemickich w kraju. W Europie czas zbierał śmiertelne żniwo, a w Ameryce i Wielkiej Brytanii wszystko przeciągało się tygodniami, miesiącami. Paląca kwestii za oceanem przestawała być nagląca. Jeśli już nawet podejmowano jakieś kroki by zmniejszyć  nacisk opinii publicznej na władzę w kwestii ratowania ofiar uciekano się do forteli.

Nie mówmy tylko o Żydach

Tak stało się ze zorganizowaną w kwietniu 1943 roku konferencja zwołaną na Bermudach. Kiedy Amerykanie i Brytyjczycy zasiadali do stołu obrad, w Polsce Żydzi w getcie warszawskim rozpoczęli trwającą miesiąc walkę o godną śmierć. Dyskusja skoncentrowana została na kilku zagadnieniach: utworzenia miejsc schronienia dla uchodźców w krajach Narodów Zjednoczonych w Europie, nakłonienia państw neutralnych do pomocy i przyjmowania uchodźców na swoje terytorium, zorganizowania transportu. O dziwo jednak nie kwestia żydowska była na niej najważniejsza. Uciekano od jednoznacznych deklaracji. Problem uchodźców był przecież  ogólnoludzki. Ustalono to jeszcze w wewnętrznych pismach Departamentu Stanu i Foreign Office. W związku z tym uchylono się się od tematu zagłady najbardziej zagrożonego narodu. Konferencja, która mogła dać nadzieję okazała się zwykłą zasłoną dymną. Znaleziono rozwiązanie dla przebywających w Hiszpanii 5000 żydowskich dzieci, z których w rezultacie tylko 2000 opuściło jej terytorium.

Omówiono sprawę obozu w Afryce Północnej. Niewiele ofiarowano umierającym Żydom. Ale taki był przecież  plan. Konferencja miała być namacalnym dowodem, że Departament Stanu i Foreign Office nie pozostaje bezczynny. W rezultacie jednak chodziło tylko o stworzenie takiego złudzenia, osłabienie nacisku opinii publicznej, zachowanie twarzy. O nic więcej. Ani problemy transportowe, o których rozmawiano wtedy i w późniejszych miesiącach, ani wizja exodusu wypuszczonych przez Niemców Żydów, ani brak możliwości w kwestii pomocy czy to żywnościowej czy innej nie były do końca prawdą. Owszem działania podczas wojny wiążą się z trudnościami to oczywiste, ale w tym przypadku stawiano im zaporę, przez którą nie przechodziło większość planów, nie szukano rozwiązań, bo ich tak naprawdę nie chciano. Nie chciano podejmować żadnych większych działań, żadnych wyzwań, polityka unikania akcji przynosiła przerażające owoce. Widoczne to było również w kolejnych miesiącach wojny. Działania wznowionej Intergovermental Commitee – organizacji sparaliżowanej, słabej, niezbyt hojnie dotowanej przez państwa członkowskie, stanowiącej parawan dla niewiele robiącego Departamentu Stanu, plany pomocowe znajdujące się miesiącami na etapie wstępnych rozważań to tylko kropla w morzu porzucania problemu.

Zapewniano oczywiście o specjalnej trosce, jaką  poświęca się ofiarom niemieckiej polityki, ale zapewnienia, nic nie znaczące, bo fałszywe nie niosły życia. Jeden dzień  zwłoki oznaczał śmierć wielu. Konferencja bermudzka też  jest takim symbolem zakłamania i bierności. Dobrze ujął to rabin Goldstein, który jeszcze w czasie jej obrad powiedział: „(…) ofiary terroru nie zostaną uratowane, ponieważ 
demokracje wcale ich nie chcą”.

Zbombardujcie tory

Informacje o istnieniu Oświęcimia, o komorach gazowych nie były obce ani Amerykanom ani Brytyjczykom. Wiedziano o nich od pewnego już czasu. Informował rząd polski w Londynie. W czerwcu 1944 roku trafił za ocean najbardziej szczegółowy raport kreślący położenie geograficzne, wewnętrzną strukturę  obozu, techniki mordu, dane statystyczne, co do liczby uśmierconych. Sprawozdanie zostało sporządzone na podstawie relacji złożonej przez zbiegłych po dwóch latach pobytu w obozie Żydów słowackich Rudolfa Vrby i Alberta Wetzlera.

To przerażające świadectwo zbiegło się w czasie z przygotowaniami do deportacji Żydów węgierskich do Oświęcimia, a także z zajęciem południowych Włoch, co umożliwiło Amerykanom przystąpienie do akcji bombardowania okręgów przemysłowych w środkowej i środkowo-wschodniej Europie.

Po zamknięciu Żydów na Węgrzech w obozach przejściowych nie trzeba było długo czekać na kolejny etap. Deportacje rozpoczęły się w połowie maja. Ze wschodnich prowincji: Siedmiogrodu i Rusi Podkarpackiej ruszyły pierwsze pociągi. Każdego dnia aż do wstrzymania deportacji przez admirała Horthy'ego odchodziły po 3 transporty. Węgierscy działacze apelowali do świata o zbombardowanie torów wiodących do Polski, węzłów kolejowych w Koszycach i Presovie. To była jedyna szansa na spowolnienie procesu zagłady. Prośba dotarła do Palestyny, do Szwajcarii, a za pośrednictwem Riegnera do Stanów i Wielkiej Brytanii, omijając cenzurę także do amerykańskich organizacji żydowskich. Departament Wojny zaopiniował prośbę negatywnie, stawiając stempel „niewykonalne” z punktu widzenia wojskowego. Wiązać się miały takie działania z wydzieleniem osobnej eskadry, która doprowadziłaby do osłabienia decydujących operacji. A przecież najważniejsze było zwycięstwo Sprzymierzonych. Tylko tak widziano pomoc ofiarom. Trzymano się tego kursu do końca wojny. Podobnie Departament Wojny postępował w kwestii chociażby ustanowienia obozu dla uchodźców wojennych w Afryce Północnej, czy przy zorganizowaniu transportu dla Żydów z wyspy Rab w 1943 roku. Zawsze były trudności transportowe, szansa stworzenia precedensu, który spowoduje napływ zbyt dużej liczby uchodźców. Negatywnie zaopiniowano także prośbę o zbombardowanie w 1944 roku komór gazowych w Oświęcimiu. Powoływano się na brak możliwości technicznej, chociaż w tym samym czasie toczyła się tzw. „wojna paliwowa”, w ramach której bombowce atakowały cele zlokalizowane nieopodal obozu. Tak niewiele już brakowało. Bombardując kompleks rafinerii Blechhammer znajdujący się na Śląsku tknięte bombami zostały też przemysłowe dzielnice Oświęcimia

Nie ucierpiały jednak komory śmierci znajdujące się 10 kilometrów dalej. Co najmniej dziesięć razy między 7 lipca a 20 listopada 1944 bombardowano cele zlokalizowane kilkadziesiąt kilometrów od Oświęcimia. Sam obóz jednak nie był celem głównym, nie został ujęty nawet w planach alternatywnych. Żydzi ginęli w komorach aż do czasu listopadowej decyzji Himmlera o wysadzeniu śmiertelnej maszynerii. Od maja, kiedy zaczęły się deportacje z Węgier do listopada zagazowanych zostało w niej około 365 tysięcy Żydów węgierskich. Flottylla bombowców w tym czasie bombardowała inne cele.

Holocaust pochłonął w Europie sześć milionów  Żydów. Organy decyzyjne Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii dysponowały wiedzą o rozgrywającej się tragedii. Działania i dokumenty potwierdzają jednak, że mimo pomniejszych kroków i deklaracji nie chciały podejmować ryzyka, wziąć na siebie ciężaru odpowiedzialności, i pomimo wojennych trudów i wysiłków podjąć akcję niosącą życie. Sprawa ratowania Żydów z pewnością nie była rzeczą prostą, ale nie była też  zupełnie niewykonalna, „fantastycznie niemożliwa”. Były możliwości, ale nie było chęci. Przy paraliżu, a także niespójnych działaniach i prośbach skonfliktowanego środowiska amerykańskich Żydów tych chęci było jeszcze mniej. Z pewnością nie zrobiono wszystkiego. Ważąc słowa, opóźniając akcje pomocowe, odnawiając fasadowe organizacje, a później prawie nie wspierając ich finansowo, ograniczając imigrację, porzucając wszystkie plany wybawienia Żydów ze śmiertelnych kleszczy wroga, państwa te nie zdały egzaminu. Humanitaryzm, który przecież dla tych krajów był niemalże podwaliną państwową, w czasie wojny, jak i też zdarzało się to często w historii przed i po, okazał się zwykłym, pustym frazesem. W grudniu 1942 roku, a więc blisko rok po postanowieniu o „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”, Goebbels w swoim dzienniku napisał : „Wydaje mi się, że zarówno Brytyjczycy, jak i Amerykanie są zadowoleni, że eksterminujemy ten żydowski motłoch”.

Potwierdzenia tych domniemań nie znajdziemy w dokumentach, prawdą jednak jest, że sprawa ratowania Żydów nie była priorytetowa, ocalenie według politycznych planów aliantów zawsze było postrzegane jako efekt uboczny wielkiego zwycięstwa. Kiedy 8 maja 1945 roku na kontynencie Sprzymierzeni świętowali swój triumf europejska diaspora dogorywała w zgliszczach, a zdziesiątkowani Żydzi opłakiwali swoich umarłych.

Magdalena Tarnowska

Za: Rebelya.pl

Tags: , , , , , , ,

Kategoria: Historia, Polityka, Publicystyka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *