Molnar: Georges Bernanos – „konserwatysta” nieszablonowy

| 15 kwietnia 2016 | 0 Komentarzy

871589Na samym początku trzeba wyjaśnić, że George Bernanos odrzuciłby z oburzeniem przydawkę „konserwatywny”. W cywilizacjach łacińskich, w przeciwieństwie do germańskich czy anglosaskich, wyrażenie to jest wręcz obraźliwe, co wyjaśnił sam Bernanos w obszernej krytyce wymierzonej przeciwko bien pensants, faryzejskim, burżuazyjnym odpowiednikom zaściankowego konserwatysty. Przez całe życie Bernanos był człowiekiem prawicy, a jedyną kwestią do wyjaśnienia było czy „prawica” była dla niego tożsama z „prawicą radykalną”, czy z „prawicą ludową”, czy też może z „prawicą katolicką”. Kiedy czytamy jego książki, eseje i wiele innych pomniejszych tekstów opublikowanych w Cahiers prowadzonym przez jednego z jego synów (Bernanos umarł w 1948 roku w wieku sześćdziesięciu lat), najistotniejsze cechy Bernanosa nie pozostawiają wątpliwości: żywiołowy człowiek, który żył zgodnie ze swoimi przekonaniami, a te przekonania nie mogły zostać stłamszone w cichym gabinecie. Tak jak pociski były one nakierowane, żeby nie powiedzieć wystrzelone, w różne cele: hipokryzję możnych z duchowieństwem włącznie, mechaniczną mentalność kochających rutynę, urodzonych biurokratów, których „gabinet konsultacji psychologicznej jest otwarty od 9 do 17, za wyjątkiem sobót i niedziel”. Kiedy dowiadujemy się, że tacy „eksperci” mogą w niedalekiej przyszłości zostać, jezuitami,  taki komentarz staje się tym ostrzejszy, a czytając to, co napisał długo przed Soborem Watykańskim [Drugim]: że czuje się jakby księża, którzy nienawidzą tego rodzaju niezależnych dusz, popchnęli go pod ścianę i ostrzelali z karabinu, z łatwością oszacujemy wagę i cel jego inwektyw.

Mógłbym przytoczyć wiele innych przypadków sarkazmu, gdyż znakiem rozpoznawczym jego zajadłych diatryb przeciwko „zdrajcom i głupcom” był jego bezlitosny styl. Celem były najbardziej znane osoby we Francji, którym zdarzyło się wywołać jego pogardę: Mauriac, Montherlant, Maurras, Claudel. Byli oportunistami, którzy w jego oczach poniżyli się w zamian za względy i zdradzili dawnych przyjaciół. Może nam to przypomnieć, w kontekście anglosaskim, Evelyna Waugha i Ezrę Pound, których wtedy skwitował z punktu widzenia filozofa G.K. Chesterton.  W istocie, z tych trzech ludzi, ewentualnie dodając Hilairego Belloca, moglibyśmy  stworzyć kogoś w rodzaju Bernanosa, chociaż ataki przeprowadzane przez Bernanosa miały przeważnie lokalne, polityczne i kościelne podłoże. Jego powieści ukazywały zalety jak i wady: z jednej strony jest święty, fizycznie umierający z nadludzkiego wysiłku by ocalić słabych, oschłych, wynędzniałych. Andre Gide kiedyś napomknął, że nie może powstać katolicka powieść, gdyż jej zakończenie, tryumf cnoty, jest z góry ustalony. Bernanos był żywym zaprzeczeniem tej tezy: dynamika łaski dodaje nieoczekiwany element, gdyż wyrywa duszę z bagna nikczemności. A protagoniści gigantycznej wojny dusz zadziwiają nas raz za razem ich świeżym i walecznym duchem w chorych ciałach i ich talentem do przechytrzenia grzechu zatwardziałych dusz.

To wszystko nie uczyniłoby z Bernanosa człowieka prawicy. Jednak trzeba rozważyć rzecz następującą: w środowisku francuskim swoich czasów Bernanos szukał, jak Bóg w Sodomie, kilku prawych ludzi i oczekiwał, że ich znajdzie pośród uczciwych, oddanych, patriotycznych i zaangażowanych chrześcijan – którzy byli przeciwieństwem nowoczesnego człowieka z mechanizmem zamiast duszy. Można dostrzec tutaj wyraźne nawiązanie do filozofii Pascala. Bernanos, tak jak Pascal, znał warstwy ludzkich iluzji, dobrego sumienia i ochoczo zawieranego kompromisu, które oddzielają człowieka od prawdziwego siebie, nagiego przed obliczem Boga. Skoro zarówno „lewicowcy” jak i „prawicowcy” mają swoje brudne sekrety, a jedni nie są lepsi od drugich, Bernanos nie rozróżnia według partii, programów czy konserwatywno-liberalnych sporów. Zamiast tego dzieli on ludzi na niewinnych oraz na oszustów, których całe życie jest grą i polega na unikaniu konfrontacji z rzeczywistością. Zatem nie powinniśmy się spodziewać, że znajdziemy u niego typowe prawe skrzydło czy w ogóle jakąkolwiek politykę i partyjniactwo – dla Bernanosa politycy jawnie i otwarcie uciekali od prawdziwych problemów – ale zupełnie nowy podział. Następujące grupy cechują się prawie że diabelskim fałszem: „świętsza niż wszyscy inni” burżuazja Woltera; kapitalistyczni i marksistowscy spece od kategoryzowania wszystkiego; piewcy nowoczesnego, pogańskiego państwa; Tartuffe’owie pośród duchowieństwa; naiwny obywatel który wierzy karcie wyborczej.

Wydaje się oczywiste, że jest to o wiele mniej i o wiele więcej niż tylko polityka, a także że jest to zarówno lewica jak i prawica – i żadne z nich. Nie jest to germańska metapolityka (można by rzec że w ujęciu Voegelina), ani materialna polityka służąca analizie politycznych fundamentaliów Straussa. Tak jak Pascal, Bernanos ma, ogólnie rzecz biorąc, poglądy w których centrum jest człowiek i dla których kluczowym pojęciem jest łaska nadprzyrodzona, która udoskonala ludzki stan: pozostawia go nietkniętym, jednak wznosi go wyżej. W tym świetle współczesny świat jest jak Kain: ukrywa się przed Bogiem i próbuje odroczyć dzień sądu. Polityka jest częścią jego poglądów tylko dlatego, gdyż żyjemy w politycznych realiach, które jednak trzeba mierzyć inną miarą. Dla Francji te realia to długa historia królów, bohaterów i świętych, a także łajdaków, hipokrytów i głupców, a polityczny cel, jeśli takowy w ogóle istnieje, jest taki sam jak główny wątek powieści Bernanosa: zmierzyć się ze skutkami grzechu i łaski w ludzkim sercu. Sumienie narodu w niczym się nie różni od sumienia jednostki.

Trzeba podkreślić, że żadna partia, grupa interesów czy ustrój nie nosi na sobie pieczęci boskiej czy historycznej aprobaty po tej stronie zbawienia. Ale tak jak w sytuacji Charlesa Péguy, nieszablonowego socjalisty i katolika, istnieją pewne stopnie, a Francji powierzono specjalne zadanie. Jest to być może główna oś wizji polityczno-narodowej Bernanosa; to właśnie odnalazł on w swojej młodości w ruchu Action Française;  to właśnie spodziewał się odnaleźć w powstaniu Franco przeciwko lewicowym republikanom; o to spierał się podczas wojny, opowiadając się za oczekiwanym gaullistowskim odnowieniem Francji podczas swojego pobytu w Brazylii. Można powiedzieć, że w tych trzech chwilach Bernanos najbardziej zbliżył się do świata polityki i do gry o władzę w całym swoim życiu. Wszystkie trzy wielce go rozczarowały i wstrząsnęły nim do głębi. „Prawica” nie była lepsza od „lewicy”, lecz  Bernanos zdecydowanie nie był człowiekiem stworzonym dla centrum. W tej politycznej konstelacji odnalazł on nieoczekiwanie współczujące serce u Simone Weil, która odeszła od marksistów, a sam Bernanos odseparował się od zwolenników Maurrasa. List Simone Weil do niego (1937) jest jednym z politycznych monumentów tamtego wieku, stanowi coś więcej niż tylko polityczny sojusz: Ty, prawicowy rojalista, jesteś mi bliższy niż moi niegdysiejsi towarzysze! Dekadę później Bernanos odwrócił się od de Gaulle’a z taką samą gwałtownością z jaką piętnował Franco. De Gaulle’owi w ostatecznym rozrachunku nie udało się dać Francji tego, co dała Joanna d’Arc: pojednania tak umęczonego ciała narodu oraz rodzaju świętości dostępnej dla szarego człowieka, przez którą Francja ocaliłaby materialistyczny, mechanicznie myślący, wykolejony świat.

Analizując to wszystko, zdajemy się oddalać od polityki, konserwatyzmu i konserwatywnego Weltanschauung (światopoglądu). Jednak połączenie takowe istnieje, ale trzeba je dokładnie zbadać, gdyż ono nie tylko łączy, ale także dzieli, często nieodwracalnie. Konserwatyzm w oczach Bernanosa ma za zadanie zabezpieczyć status quo porządku społecznego, gdzie każdy zna swoje miejsce, rozsądnie z niego korzysta i przyczynia się do trwania tego porządku. Wydaje się zatem, że konserwatyści popierają wymiar ekonomiczny, w którym leży punkt ciężkości nowoczesnego społeczeństwa i na rzecz którego są gotowi na różne kompromisy w dziedzinach religii i kultury. Dla Bernanosa stanowi to połączenie materializmu i hipokryzji, „burżuazyjna” skłonność ku równoważeniu nie tylko budżetu, ale także czynników społecznych kosztem wyższych i niemierzalnych rzeczywistości. Problemem nie jest niemożność stworzenia w tym niedoskonałym, grzesznym świecie cnotliwego społeczeństwa wzorowanego na purytanizmie. Problemem jest odnalezienie jednego ponadprzeciętnego człowieka zdolnego do poświęceń, którego miłość Boga i ojczyzny podnosi społeczeństwo ponad normalne możliwości i ponad skostnienie. Można tu znów zauważyć podobieństwo tego idealnego obrazka do tych, które Bernanos przedstawia w swoich powieściach i w swojej tragedii, Dialog karmelitów: jedna osoba lub grupa świętych wystarczy by odkupić zbiorowość, jeden sprawiedliwy by ocalić miasto.

Takich ludzi nie może wydać cywilizacja mająca inne cele, narodzona ze związku mądrych ludzi i maszyny. Bernanos nazywa potomstwo z tego związku „robotami”, które są być może jego głównymi wrogami, ponieważ maszyna miała w zamierzeniu, w przedmechanicznych i przedprzemysłowych czasach, zmniejszyć codzienny trud człowieka, ale została zawłaszczona przez bezwzględnych manipulatorów, a ostatecznie przez biurokratę za biurkiem w  swoim gabinecie, profesora na katedrze, księdza przy pulpicie, międzynarodowego urzędnika przy mównicy. Ten arsenał maszyn i urządzeń służących manipulacji, czy to stosowanych przez marksistów czy też przez kapitalistów, skutkuje dehumanizacją, okradzeniem ludzi z niewinności. Zdumiewające jak ten pogląd na nowoczesność zbiega się z poglądami Dostojewskiego, który ukazał jej ponure oblicze w osobie Wielkiego Inkwizytora i kilku innych postaciach, takich jak Iwan Karamazow, Szatow i Smierdiakow. Dziś widzimy jak ten sam produkt ludzki bierze górę, tak jak wierni komunistyczni urzędnicy przekształcają się w oddanych wolnorynkowców.

Jak pisze Gaetan Picon, jeden z biografów Bernanosa, nie interesował się on systemami politycznymi, jego własny był raczej moralną afirmacją. W pewien sposób Bernanos ilustruje uwagę, którą poczynił Bierdiajew w swoich rozważaniach o Dostojewskim. Były dwa okresy w historii chrześcijaństwa, drugim z nich jest nowoczesność, w której wierny czuje się wykluczony z transcendencji (faza pierwsza) i musi wywalczyć sobie nowy status poprzez odtworzenie wewnętrznego światła w swoim własnym jestestwie. Bernanos należał do obydwu części tej duchowej historii. Jego wiara jest wiarą starego chłopa, ale wie on, że musi jej bronić poprzez własny trud, w konfrontacji ze światem i coraz częściej z Kościołem. Hans Urs von Balthasar zaobserwował, że Bernanos odrzuca humanizm razem z technologią, widząc drugie jako produkt pierwszego, obydwa budowane na większą chwałę ludzką. Dlatego też Bernanos byłby prawdziwie wygnańcem, gdyby przywiązanie i lojalność Kościołowi oraz narodowi nie były tak silnymi korzeniami. Do tego stopnia dodawały mu sił, że Bernanos nie wyłączył żadnego Francuza z historii – chociaż sam był monarchistą przez całe swoje życie: rysował linię nie między Ludwikiem XVI, a Rewolucją, ale między ludźmi dobrej wiary, którzy rozpoczęli masowy ruch w 1789 roku, a zdrajcami, którzy doprowadzili do jego wykolejenia w 1793 roku (Robespierre i Terror). Na tle poglądów radykalnych rojalistów, stanowiących wciąż znaczną mniejszość we Francji, to stanowisko można określić jako „ludowo-monarchistyczny” sentyment.

Stopniowo wizja Bernanosa stawała się coraz bardziej wyrazista. Jest to dualizm, którego dwie części jednają się w douce pitié de Dieu (słodkim miłosierdziu Boga) – ale nie teraz, nie po tej stronie historii. Znowuż jest tu obecna koncepcja Pascala, a co za tym idzie, również koncepcja Dostojewskiego. Pierwsza opisuje trudy ateisty i jego niezdarnie ukryty strach przed „pustymi przestrzeniami” zajmowanymi przez atomy (przodków mechanizacji) – ale proszę spróbować poprosić takiego o to, by spróbował uwierzyć; druga opisuje konieczny wynik nihilistycznych działań (w Biesach) ale oferuje winowajcom pokój na łonie carskiej Rosji i prawosławnej wiary. Grzech i przebaczenie są organicznie połączonymi połowami duchowej dialektyki wyjaśniającej nie tylko cześć okazywaną przez Dostojewskiego dla стáрцa (starca) w roli proroka, ale również inwektywy rzucane przez Bernanosa w stronę duchownych, którzy okazują szacunek tylko na zewnątrz, a których serca są wyschnięte. Co powiedziałby dzisiaj?

Zatem Bernanos ma niewiele więcej do czynienia z politycznymi instytucjami i ich funkcjonowaniem niż hebrajscy prorocy ostrzegający swoich władców. Kiedy zwraca się przeciwko państwu i jego władzy, nie powinniśmy odbierać tego jako apel o decentralizację i o poszanowanie praw obywateli, grup nacisku, czy też pojedynczych stanów w kontekście USA. Pamiętajmy, że młody Bernanos był lojalnym i aktywnym członkiem Action Française i że jej niezwykle wpływowy przywódca, Charles Maurras, przedstawiał Francję pod kątem historycznym jak i ideowym jako mnogość kwazi-autonomicznych „republik”, które spajała lojalność królowi i dynastii. Ten dość idealistyczny obraz nie jest bardzo odległy od jego rozbudowanej wersji obecnej w amerykańskiej konstytucji, z tym wyjątkiem że u Bernanosa (i Maurrasa) nie możemy mówić o stanach i ich prawach jak to ma miejsce w kontekście USA, ale o zakonach i cechach, które uzyskały znaczne wolności w dziedzinach legislacji i podejmowania działań (a także w sferze odrzucania ogólnokrajowych zarządzeń) podczas okresu feudalnego i wczesnego absolutystycznego.  Jakobińska rewolucja zdemontowała i zniszczyła prawie wszystkie z nich bez żadnego odwoływania się do konstytucji oraz restauracji.  Dlatego też nie powinno dziwić, że myśl Maurrasa zawierała w sobie elementy filozofii myślicieli takich jak Auguste Comte i jeden z pierwszych socjalistów Joseph Proudhon, który, w okrężny sposób, okazywał wrogość wobec burżuazyjnego charakteru rewolucji 1789 roku oraz nie sprzeciwiał się restauracji, głęboko reformatorskiej, starego porządku. Innymi słowy, anglosaski konserwatyzm, być może raczej brytyjski Burke’a niż amerykański Jeffersona, ma jeden czy dwa punkty styczne z rozważaniami Maurrasa, które znajdują echo u Bernanosa na bardziej mistycznej płaszczyźnie. Francja, zgodnie z rojalistycznym credo, została stworzona przez „czterdziestu królów”, podczas gdy amerykańska konstytucja była produktem tuzina ludzi zebranych wokół stołu. Mimo iż ładunek emocjonalny jest inny, imiona Burkego i Hamiltona są do przyjęcia dla uszu francuskich prawicowców.

Kiedy Bernanos gwałtownie krytykuje państwo, ma na myśli państwo jakobińskie, państwo które wpadło w niewłaściwe ręce – wyrachowanej burżuazji, przebiegłych prawników, żałosnych parlamentarzystów. Począwszy od 1789 roku, królowie byli winni dopuszczenia do narodowej i chrześcijańskiej tragedii, a Kościół także był winny ulegania swoim nielojalnym synom. Nowoczesne państwo nie jest już wspólnotą zhierarchizowanych cechów; jest to raczej zazdrosny strażnik pełnych sakiewek, służący antynarodowym grupom interesów, chętny sprzedać Francję w ten sam sposób w jaki Joanna d’Arc została sprzedana Anglikom. (Jako że rodowód żony Bernanosa sięga brata Joanny, historia Francji była dla Bernanosa czymś w rodzaju sprawy rodzinnej. Dlatego też jego inwektywy jak gdyby pozostawały w rodzinie.)

Krytyka państwa była zatem tylko w niewielkim stopniu krytyką „konserwatywną”. Mechanizmy wytwarzające dobra w nowoczesnym społeczeństwie przemysłowym (które nabierają prawie że totalitarnego charakteru typowego dla działań rządu) znajdują się na przeciwnym biegunie niż Bernanos: banki, rozgłos, stopy procentowe, ponadnarodowe korporacje, reklama – to wszystko opisał on jako instrumenty „pogańskiego państwa”, antychrześcijańskiego, bezosobowego, niezwykle wyzyskującego i grożącego zalewem niekończącego się potoku wulgarnych sloganów. Przed 1946 rokiem, kiedy to Bernanos wrócił z dobrowolnego wygnania z Brazylii, państwo francuskie, którego siłę poznał poprzez obserwację wysiłku wojennego i poprzez totalitarne reżimy, urosło w jego oczach do potwornych rozmiarów: nie przerażało go państwo opiekuńcze jako takie – jako katolik nie był z zasady jemu przeciwny – ale mechaniczno-biurokratyczna dominacja, którą państwo obecnie posiada i której nie może się zrzec. Nie samo państwo było obiektem jego radykalnej krytyki, ale raczej administracyjne instrumenty masowe z ich wszechobecną ingerencją. Wielokrotnie podkreślał, że nie ma różnicy między Hitlerem/Stalinem, a zachodnimi demokracjami. Wierzył, że obydwa ustroje przyczyniły się do powstania i rozwoju robota, i w ten sposób doprowadziły do zniszczenia duszy oraz nakręcenia nadzorczych mechanizmów, w których pokładał wiarę naiwny wyborca, myśląc że zostały stworzone dla jego dobra. Jeśli nie był to przedmiot obaw Pascala, na pewno było to zmartwienie  Tocqueville’a, opisane w jego prawie że orwellowskim ustępie o „państwie (nad)opiekuńczym”, które przyjmuje na siebie brzemię myślenia za obywatela, kiedy tylko ten decyduje się na powierzenie państwu organizacji całej swojej egzystencji.

Któż nie odczuwałby pokusy nakreślenia paraleli między tym, co Bernanos utożsamia z „kochającymi Woltera poślednimi burżujami”, a mieszkańcami amerykańskich przedmieść? Któż nie zgodziłby się z obserwacją Bernanosa, że „nawet jeśli komunizm zniknie tak jak reżim Hitlera, świat nadal będzie dążyć w kierunku totalnej kontroli”, bez względu na to czy zostanie ona nazwana „policją myśli”, „nowym porządkiem świata”, „rządem światowym” czy Organizacją Narodów Zjednoczonych? Bernanos dodał do tych kwestii podczas powojennych, euforycznych czasów, prawdopodobnie wtedy kiedy ludzie jeszcze mieli nadzieję na osiągnięcie trwałego pokoju (gdy umierał, zimna wojna dopiero co się zaczęła), technologiczny totalitaryzm. Nie użył tego wyrażenia, ale miał instynktowną i proroczą świadomość jego treści. Kiedy opublikowałem książkę o nim w roku 1960, jako tytuł  przyszło mi na myśl automatycznie słowo „prorok” . W tytule wykorzystałem także jego „myśl polityczną” chociaż w tamtym czasie podejrzewałem, że istnieje sprzeczność między jego polityką i jego proroctwem. Jednak po latach, a także po długich i częstych, czasami umotywowanych politycznie, podróżach, zdałem sobie sprawę, że Bernanos przed śmiercią rozumiał istotę rzeczy głębiej niż sądzono. Z jego perspektywy polityka była sprawą drugorzędną w stosunku do duchowej pielgrzymki człowieka  – pierwiastek polityki to ludzka dłubanina w Bożym planie, amatorskie zajęcie oparte na wielkim niezrozumieniu i marnych środkach. W 1960 roku, będąc w potrzasku między totalitarnymi reżimami, lecz wciąż akceptując pogląd iż zwycięstwo liberalizmu i demokracji wszystko by naprawiło, wciąż nie podejrzewałem, nawet po lekturze wielu pism Bernanosa, że wkroczyliśmy, najprawdopodobniej bez wyjścia, w bardziej rozwinięty, mniej prymitywny okres totalitarnej epoki. Krótko mówiąc, musiałem dojrzeć do momentu, w którym w końcu zrozumiałem znaczenie myśli Bernanosa przekazane nam poprzez powtarzające się ostrzeżenia. A każde z tych ostrzeżeń, ubrane w przekleństwa, inwektywy i przepowiednie, dotyczyło świata po 1945 roku, przedstawiając konkretną diagnozę; mimo to zdawały się być odległymi proroctwami. Jednak proroctwo jest tylko czasem przyszłym dla teraźniejszości naszego niezadowolenia.

Wielu konserwatystów zgodziłoby się z Bernanosem w kwestii świętości tradycji, gdyż ciągłość i odpowiednie wskazania są podstawowym budulcem społeczeństwa. Zgodziliby się z nim co do natury rzeczywistości, której nieodłącznym elementem jest odpowiedzialność, a nie, na przykład, kodeks moralny regulowany genetycznie, który może zostać zmodyfikowany dzięki postępom w dziedzinie badań biogenetycznych. Jest tak dlatego, gdyż człowiek jest wolny: nie jest to wolność w ujęciu Spinozy („Gdyby kamień, rzucony naszą ręką, mógł myśleć, myślałby na pewno, że leci z własnej woli”), ale jest ona przymiotem stworzonym przez Boga. Można by się kłócić, że zła nie można wygnać ani chemicznie wyleczyć, że sztuka polityki wyrasta z moralności, że hierarchia jest podporą cywilizowanego życia, że wszystko co robimy jest otoczone namiętnościami, interesami, pokusami.

Jednak konserwatyści nie zgodziliby się w kwestii roli jednostki. Dla nich ład społeczny jest rodzajem najwyższego dobra, spoczywa na solidnym fundamencie, najlepiej zarysowanym przez Adama Smitha: niech jednostki działają swobodnie, te wolności się zrównoważą, wsparte przez zdrowy rozsądek i dobrze pojęty interes własny. Zgodnie z tym miękkim pelagianizmem, miękkim gdyż skupionym przede wszystkim na ekonomicznych transakcjach, wszyscy lub większość ludzi ma wystarczająco wiele rozumu, by bronić życia, wolności i dobrobytu. Natomiast z tych trzech wartości, które zyskały status niezbywalnych praw, wynikną inne rzeczy, mianowicie dobroczynny charakter kompromisu społecznego.

Jest to coś zupełnie odmiennego od sposobu myślenia Bernanosa. Dla niego – i dla Maurrasa – jednostka jest zawsze otwarta na grzech i zło. Duszy nie chroni jakiś społecznie uświęcony koncept  taki jak wolność, własność czy prawa jednostki, ale jedynie prawość wiary. W kwestii wartości Locke’a, jedyne rozsądne wymaganie ma swoje źródło w odwiecznym doświadczeniu i więzach lojalności. Bernanos zgodziłby się raczej z Marksem i Proudhonem, krytykami indywidualistycznego, uprzemysłowionego społeczeństwa, aniżeli z F.A. Hayekiem i Miltonem Friedmanem. Stary, przedprzemysłowy porządek – ten, który dla konserwatystów, którzy są bardziej liberalni niż sami sądzą, jest porządkiem naturalnym – chronił tych, którzy go nie podkopywali: nowy porządek, fałszywie zapewniający jednostkę o jej wielkiej wartości społecznej i jej prawach (ni mniej ni więcej jak do szczęścia!), jej woluntaryzmie i jej możliwościach, wystawia ją na najbardziej zaciekłą rywalizację, którą tylko kilku, nawet nie najlepszych, może przetrwać.

Jednostka zasadniczo potrzebuje społeczeństwa nie w świetle „wolnych transakcji” (jest to produkt uboczny i dodatkowa korzyść), ale po to by naśladować, bez względu na to w jak bardzo niedoskonały i ugodowy sposób, społeczność świętych. Albowiem to właśnie święci napełniają, na swoje własne tajemnicze, a jednak konkretne sposoby, społeczeństwo świętością na tyle, żeby zrównoważyć skostnienie i zło. „Socjologia” Bernanosa przejawia się najwyraźniej w jego niezwykle osobistych powieściach. Pewne osłabienie stylu w wojennych i powojennych politycznych pamfletach tylko wskazuje na trudność przetłumaczenia subtelnego działania grzechu na język spraw publicznych.

Sprawy publiczne dla Bernanosa nie oznaczają ładnie oporządzonych ogrodów czy konserwatywnych dysput. Kiedy stawką są świętość i grzech, gniew staje się normalną reakcją, stąd u Bernanosa płomienny styl oratorski, inwektywa, krucjata. Konserwatywny dyskurs wchodzi w mariaż z mechanizmami rynku i interesami elektoratu. Jest to niezwykle poważna sprawa, gdyż przygotowuje grunt pod kompromis, dom  w połowie drogi, w którym mówca X spotyka mówcę Y, a rząd opozycję. Krasomówstwo jest preludium do kompromisu i racjonalnego rozwiązania. Nie trzeba dodawać w jak odmienny sposób rzeczy przedstawiają się z punktu widzenia prawicy Bernanosa. Inwektywy i ironii nie stosuje się w sprzeczce, ale w agresywnej próbie zniszczenia przeciwnika. Jest to walka świętego z diabłem i jest ona również taka sama  poza światem fikcji. To dlatego Bernanos myśli i pisze w języku tragedii, a także rozmieszcza liderów po obydwu stronach. Tu znowuż Pascal stanowi klucz: „Państwo i jego władcy mają swoje interesy; zbawienie dusz wymaga innych.”

Nie jest to postawa ekstremisty, lecz po prostu uznanie, że Bóg pozbywa się wszystkiego, co letnie: letniego życia wewnętrznego, temperamentu, kompromisu, polityki. Jednak Bernanos nie był kimś, kogo nazwalibyśmy idealistą. Rozmowa między wiejskim proboszczem i jego o wiele starszym kolegą z Torcy jest perełką chrześcijańskiego realizmu. „Wy, młodzi kapłani” – powiedział proboszcz z Torcy – „załamujecie się, bo wasza parafia nie jest przykładem moralności, stosunków dobrosąsiedzkich, świętych dusz. Jesteście jak ta siostrzyczka, która chciała wyczyścić każdy zakamarek kościoła. Jednak, mój chłopcze, świat zawsze się brudzi i, mimo iż musisz usuwać jego skazy w dzień i w nocy, nie spodziewaj się uczynić zeń Raju.” Innymi słowy, diabeł czai się wszędzie i nie podda się aż do dnia Sądu Ostatecznego. Przygotujcie się na codzienne zmagania.

Trzeba podkreślić że cała ta gadka o świętych, diabłach, grzechu i odporności na zło nie dotyczy jakiegoś romantycznego świata. Kiedy zapytano Bernanosa po odniesieniu pierwszego wielkiego sukcesu jako powieściopisarz, czy pisał poważnie o istnieniu diabła w naszym wybielonym świecie, w którym dominuje racjonalizm, odparł on że diabeł jest pełnoetatowym uczestnikiem w naszym życiu i że tak naprawdę modernistyczne samozadowolenie (wymieść brud poprzez edukację i reformy społeczne) jest jedną z przykrywek szatana. Konserwatyści zgodziliby się z tym częściowo, jednak wykazaliby się umiarkowanym optymizmem, zakładając że nie chodzi o inżynierię społeczną, ale o ochronę „rodziny, kościoła, szkoły i wspólnoty sąsiedzkiej” jako ostoi przyzwoitego życia. „Konserwatyzm” Bernanosa ma inny kaliber i zasięg, bliżej mu do Talleyranda, który oświadczył, odpowiadając na pytanie czy międzynarodowe relacje poprawiły się w widoczny sposób w czasach Świętego Przymierza chrześcijańskich władców: „Nic a nic – to ta sama hipokryzja, tylko bardziej napuszona”. Oczywiście Bernanos nie był cynikiem – wiara w działanie łaski wyłącza tę ewentualność. Jednak nie zaskakiwało go zło czające się w każdym zakamarku i mimo że był, na przykład, całkowicie oddanym gaullistą podczas wojny, odrzucił tekę ministra kultury zaoferowaną mu przez Generała, gdyż oznaczałoby to wplątanie się w żałosne sojusze i konieczność zawierania kompromisów. W istocie, zgodziłby się on z Baudelairem, poetą uznanym za nikczemnika i traktowanym jakby wyszedł z rynsztoka, że „cywilizacja łagodzi skutki grzechu pierworodnego, natomiast barbarzyństwo oznacza ich pogłębienie.”

Najlepszym sposobem by ocenić braterski zatarg między konserwatyzmem, a stanowiskiem Bernanosa jest zbadanie obecnej sytuacji, osiągnięć konserwatywnej polityki i prawdziwości profetyzmu Bernanosa. Środki, które stosują obydwie strony, oczywiście różnią się od siebie. Konserwatyzm stara się zjednać sobie nowych członków, głosy, prawodawstwo i miejsca w rządzie, a prawica Bernanosa, jeśli takowa istnieje, nie jest ruchem, ale chrześcijańskim i narodowym  przeformułowaniem grzechu i zbawienia. Zatem trzeba powtórnie zadać pytania: czy Bernanos był konserwatystą? Czy konserwatyści to prawicowcy? Czy obydwie te frakcje mają punkty wspólne?

Nie, Bernanos nie był konserwatystą, chociaż opowiedział się za takimi prawdami, które później stały się wartościami, między innymi wartościami konserwatywnymi. Jak zostało to już wcześniej napisane, termin „konserwatywny” jest nacechowany pejoratywnie we wszystkich krajach zbudowanych na cywilizacji łacińskiej, zwłaszcza dzisiaj, biorąc pod uwagę niejasność tej przydawki wynikającą z naśladownictwa  amerykańskich postaw i słownictwa. Tak naprawdę Bernanos redivivus byłby dzisiaj antykonserwatystą – „konserwatywnymi” nazwałby zbiorczo obecne „prawicowe” partie francuskie, przeklinając je wraz z partiami lewicowymi, nie widząc żadnej różnicy między tymi dwoma stanowiskami. W jego osądzie wywodzący się z kręgów intelektualnych zwolennicy zarówno liberalnej lewicy jak i konserwatyzmu byliby żałosnymi intrygantami z niepokojem obserwującymi wyniki wyborów, mającymi ambicję zdobyć władzę i pieniądze. Moralny stan Francji byłby najmniejszym z ich zmartwień. Gdzie Bernanos znalazłby podobnie myślących ludzi? Pośród wieczystej diaspory dusz, które w sposób cudowny ocalały, ale które nie mogą zostać zrekrutowane i zorganizowane, nawet pod sztandarem anielskim.

Z drugiej strony, każdy sukces konserwatyści w ostatecznym rozrachunku zawdzięczają „pierwiastkowi Bernanosa” w swoich słowach, a być może myślach. Poza światem wulgarnej retoryki programów politycznych oraz ich medialnych analiz, zwykli ludzie hołubią w sercu (w ujęciu Pascala) mgliste przekonanie o prawdzie oraz dobru i złu. To dlatego konserwatyści nadal otrzymują wystarczającą liczbę głosów, żeby zdobyć władzę: ludzie nie chcą uwierzyć, że w niczym się nie różnią od swoich politycznych przeciwników. To przekonanie, ta niewinność Bernanosa nie może zostać do szczętu zniszczona. Jednak jest to także przyczyna, dla której konserwatyści nigdy nie staną się prawicowcami w ujęciu Bernanosa. Jednakowoż, kiedy rozmywają jego język miłości i inwektywę, to co najbardziej człowiecze pozostaje na powierzchni niespokojnych wód codziennych spraw.

Jest jedno pole konfliktu, na którym raczej nie nastąpią wzajemne ustępstwa: technologia. Konserwatyści, czasami wbrew własnym przekonaniom, mierzą się z problemem technologii i twierdzą, mimo tego wszystkiego co zostało powiedziane już o „technologicznym blefie” (Jacques Ellul), że jest ona nieodzownym przejawem nowoczesności i dodają, choćby tylko po to by samych siebie utwierdzić we własnym przekonaniu, że ważne jest aby zdobyć nad nią kontrolę zanim ona zdobędzie ją nad nami. Ale na tym się kończy. Maszyna, a jeszcze bardziej maszynowy umysł, przejmuje kontrolę, robot-człowiek Bernanosa staje się samodzielny, a dla Bernanosa jest to szatan w całej swej krasie. Oczywiście bardzo niewielu zgadza się z Bernanosem – postrzegają jego język nie tylko jako zbyt górnolotny, lecz także jako skłaniający się ku rzeczom nieistotnym – naturalnie aż do momentu, w którym sobie uświadamiają, że dla Bernanosa maszyna to nie lokomotywa czy samolot, ale działanie umysłu, który jednego dnia rozszczepia atom, kolejnego tworzy czy zabija embriony, a następnego przedstawia genetyczny wzór doskonale racjonalnego człowieka. Krótko mówiąc, technologia wydziera człowieka z rąk zarówno własnych jak i boskich, i powierza go nieustępliwemu potworowi. Po gułagizacji człowieka następuje jego uprzedmiotowienie, jeszcze bardziej bezlitosne. Z wielką dozą szczęścia ktoś może wydostać się poza ogrodzenie z drutu kolczastego, ale jak ktokolwiek może wyswobodzić się z mechanicznego uścisku?

Tomas Molnar

Jesień 1995

Tłum.: Marek Kormański

Kategoria: Marek Kormański, Myśl, Polityka, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *