banner ad

Danek: Herod naszych czasów

Recep Tayyip Erdoğan budzi podziw części polskiej prawicy. Ta fascynacja zawsze wydawała mi się niezrozumiała.

Turecki prezydent fascynuje naszych rodzimych konserwatystów, ponieważ uczynił to, o czym najodważniejsi z nich ośmielają się zaledwie marzyć: zlikwidował parlamentarną demokrację (i tak mocno różniącą się od jej zachodniej wersji) i zaprowadził w swoim kraju rządy dyktatorskie. Podporządkowuje życie publiczne rygorom religijnym. Zerwał gwałtownie z orientacją atlantycką (proamerykańską) w polityce zagranicznej. Pokazał, że pojedyncze państwo może rozmawiać z Unią Europejską i jej właściwą szefową, otyłą Angelą Merkel, z pozycji siły.

Zachodzi jednak okoliczność, która sprawia, że wszystkie powyższe fakty mają drugorzędne znaczenie. Erdoğan odpowiada za regularne ludobójstwo na chrześcijanach.

Rolę jego bezpośrednich wykonawców odegrali bojownicy tzw. „Państwa Islamskiego” i innych wahabickich ugrupowań terrorystycznych. Na opanowanych przez siebie częściach terytoriów Syrii i Iraku dokonywali zbiorowych mordów na bliskowschodnich wyznawcach Chrystusa wszystkich obrządków i wyznań. Kościoły palili, wysadzali w powietrze, zamieniali w magazyny lub koszary (skąd my, wschodni Europejczycy, to znamy?). Chrześcijanki padały ofiarą zbiorowych gwałtów i były sprzedawane na specjalnie zorganizowanych targach niewolnic. Działania podjęte przez dżihadystów wobec chrześcijan Bliskiego Wschodu wyczerpują w pełni definicję ludobójstwa, sformułowaną w 1944 r. przez polskiego prawnika Rafała Lemkina i przyjętą potem przez społeczność międzynarodową. Olgierd Domino trafnie określił je jako „pierwsze ludobójstwo XXI wieku”.

Doszło do niego nie tylko za wiedzą i przyzwoleniem, ale również współdziałaniem tureckiego rządu. Główne szlaki przerzutowe, którymi do „Państwa Islamskiego” docierały dostawy broni i sprzętu (zwłaszcza park maszynowy) oraz rekruci, wiodły do Syrii i Iraku z Turcji. Jego ranni bojownicy byli leczeni w tureckich szpitalach. Podczas bitwy o syryjskie Ajn al-Arab (w polskich mediach wymieniane jako Kobane) dżihadyści ostrzeliwali i atakowali to przygraniczne miasto z terytorium Turcji.

Jest absolutnie niewiarygodne, by wszystko to odbyło się poza kontrolą władz w Ankarze. Tureckie wojsko, jak niedawno słusznie przypominano polskiemu czytelnikowi, to druga największa i najsilniejsza armia w NATO. Gdyby otrzymało taki rozkaz, zamknęłoby granice i oczyściło tereny przygraniczne z terrorystów bez szczególnych trudności.

Turecki wywiad również ocenia się powszechnie jako sprawny i operatywny, przynajmniej w odniesieniu do Bliskiego Wschodu. To niemożliwe, by informowany przez niego rząd Turcji nie wiedział, że w razie swojego zwycięstwa dżihadyści naprawdę zamierzają zrobić to, co na długo przedtem zapowiadali w swych pismach, kazaniach i innych materiałach propagandowych. A jednak Erdoğan podjął decyzję o udzieleniu wahabitom strategicznego wsparcia, bez którego nie odnieśliby sukcesu. Mówiąc wprost, nie tylko zgodził się na ludobójstwo na bliskowschodnich chrześcijanach, ale również umożliwił je. Właściwie to sam go dokonał rękami dżihadystów. Erdoğan zwalcza zresztą chrześcijaństwo także w samej Turcji, choć na jej terytorium ogranicza się do stosowania i powolnego nasilania administracyjnych szykan wobec chrześcijańskich wspólnot wyznaniowych. Dla formalności przypomnijmy też o konsekwentnie podejmowanych przez niego próbach (niekiedy skutecznych) zmuszania innych państw do milczenia na temat ludobójstwa chrześcijan dokonanego przez dogorywającą osmańską Turcję w 1915 r. Podkreślmy: ludobójstwa chrześcijan, bo używane najczęściej określenie „ludobójstwo Ormian” jest merytorycznie niepoprawne. Większość jego ofiar stanowili oczywiście Ormianie, jednak kryterium eksterminacji miało charakter religijny, a nie etniczny – w ramach tej samej operacji Turcy mordowali również innych chrześcijan żyjących w osmańskim imperium, na przykład Asyryjczyków.

Obecnie na świecie rządzi dwóch przywódców państw, którzy mają na sumieniu ludobójstwo na chrześcijanach. Ten z dłuższym stażem to wieczny prezydent Sudanu, generał Omar Hasan al-Baszir. Polski afrykanista tak podsumowuje dorobek jego rządów tylko do 1995 r.: „Od 1992 r. w ramach tzw. programu relokalizacji wysiedlono z przedmieść Chartumu 800 tys. chrześcijan. Ich domy spalono, a w obozach przejściowych, do których zostali przesiedleni, tylko do 1994 r. zmarło 300 tys. osób. W lipcu 1992 r. władze deportowały na Pustynię Nubijską około 400 tys. chrześcijan, którzy odmówili przejścia na islam, i pozostawiły ich tam bez wody i żywności. Również na obszarach południowych, gdzie chrześcijanie stanowią duży procent ludności, rząd przeprowadził akcje przesiedleńcze. Miały one miejsce w Dżubie, gdzie mieści się druga obok chartumskiej diecezja katolicka. Wydana w 1994 r. ustawa o towarzystwach misyjnych przyznała administracji państwowej prawo do likwidowania misji i konfiskaty dóbr kościelnych. Zgodnie z nią w wielu regionach w ogóle zabroniono prowadzenia ewangelizacji. (1). Tak przedstawiał się bilans kilku pierwszych lat prezydentury Omara al-Baszira, a dzisiaj rządzi on Sudanem już blisko trzy dekady.

Drugim ze wspomnianych przywódców jest Erdoğan. I tę to kreaturę, odpowiedzialną za zagładę między innymi katolickiej archidiecezji Mosulu, niektórzy polscy konserwatyści wskazują jako pozytywnego bohatera polityki międzynarodowej. Doprawdy, trudno o większe nieporozumienie.

 

Adam Danek

 

1. Paweł Wiatrowski, Sudan pod rządami fundamentalistów (1989-1995), [w:] Joanna Mantel-Niećko, Maciej Ząbek (red.), Róg Afryki. Historia i współczesność, Warszawa 1999, s. 170.

Kategoria: Adam Danek, Myśl, Polityka, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *