banner ad

Brzozowski: 11 listopada – dzień nowych rytuałów

| 11 listopada 2017 | 0 Komentarzy

W czasach powszechnej egolatrii, kultu własnego „ja”, któremu wszystko składa się ofierze, trudno jest nam świętować w poczuciu jakieś narodowej wspólnoty, w jakiejś uniwersalnej formie patriotyzmu, czy najprostszych gestach szacunku wobec innych, nie mówiąc już o szacunku do przeszłości. W ogóle trudno jest nam dzisiaj świętować, bo nie za bardzo wiemy, jak i co świętować należy.

11 listopada to idealna data na rzucanie haseł, masowego publikowania artykułów czy wypowiadanie kilku banalnych zdań o wielkości, o pamięci, o wolności, o niepodległości. Jeszcze wspanialsze wydają się te gesty czy słowa, do których dorzuca się kilka fotografii, jakąś Facebookową „profilówkę”, zdjęcie z flagą, z godłem, z symbolem „Polski Walczącej”, z kotylionem, a nawet z szalikiem.

Panowie w garniturach, piastujący najważniejsze funkcje w państwie, dorzucają do tego swoje kwieciste przemowy – standardowy zestaw, wręczają przy tym jakieś medale, których większość Polaków na oczy nie widziała, nie wie kto i za co je otrzymuje, ani czym w ogóle one są, w świecie tak szybkim, złożonym i potwornie zmaterializowanym. Są jeszcze twarze samorządowe, które wyszukują przygotowany w tym celu pomnik, stojący w centrum miasta, powtarzają rytuał z państwowej „góry”, składają kwiatki i dumni wskazują na swój patriotyzm, który trudno zauważyć w ciągu innych dni kalendarza samorządowego.

Historycy umawiają się na kawę lub „coś mocniejszego”, aby po raz kolejny rozpocząć debatę o Dmowskim, Paderewskim, Piłsudskim, Witosie (kolejność alfabetyczna, żeby i tym nie wzbudzać dyskusji). Wymyślają co rusz inne daty „narodzin” II Rzeczypospolitej, kontestują wpływ poszczególnych postaci lub uwypuklają innej, wprowadzając chaos w głowach młodych obywateli, którzy chcieliby prostych odpowiedzi od historii – białych bohaterów i czerwonych antybohaterów. Młodzież, oprócz tych historycznych trudności, musi zmierzyć się z wszechobecnym patosem szkolnych akademii, które przypominają raczej żałobę nad Rzeczypospolitą, aniżeli święto z jej istnienia. Nawet inne wymyślne metody wychowawcze nie przyczynią się do wpojenia młodemu pokoleniu, że niepodległość nie jest dana raz na zawsze. Nie można uczyć, że czegoś może nie być, gdy człowiek coś zawsze miał. Nie można mówić, że mogą mu to odebrać, bo raczej wzmagałoby to lęk, aniżeli wprowadzało w nastrój świąteczny – i w tym najlepiej objawia się kontekst pomiędzy matką, a ojczyzną – nie można mówić licealiście, że ma raz w roku przypominać sobie, że jego matki może nie być. To nie jest patriotyzm, to czysty defetyzm. Trzeba szukać innych rozwiązań, zanim przyjdzie nam doceniać bardziej „europejskość”, niż „polskość”.

11 listopada obnaża nasz brak świadomości o tym kim tak naprawdę jesteśmy. Dla jednych jest to moment, dzięki któremu mogą zabłysnąć w mediach czy pośród znajomych, dla innych może to być czas dużego zysku spowodowanym hucznym świętowaniem z flagą w dłoni. A jeszcze inni siedzą sobie spokojnie, rutynowo przeglądają telewizję, czekając na najwspanialsze smaczki o Polakach: „Przyjechał Tusk?”, „O zobacz jak Prezydent wygląda”, „Znowu to samo gadają”, „Znowu to samo puszczają”, „Znowu jakaś zadyma w Warszawie?”, „Zobacz, to są prawdziwi patrioci”, itp. Można by tak wymieniać bez końca. Można też zadać pytania zasadnicze: Czy my potrzebujemy, aby ta data była w kalendarzu na czerwono? Czy w ogóle potrzebujemy tej daty? Jeśli tak, to po co? Czy rzeczywiście chcemy oddać hołd ojczyźnie czy po prostu chcemy złożyć hołd ojczyźnie, żeby tak naprawdę złożyć go sobie?

To są pytania, które pozwolą zrozumieć, że tracimy pamięć. Mamy amnezję, gdy przychodzi nam do głowy pytanie: Żyjesz dla siebie czy dla innych? Dla siebie czy dla narodu?

11 listopada to dzień, w którym powinniśmy umieć się dzielić sobą z innymi, w imię narodowego poczucia wspólnoty – po to jest nam ta data. I jest to fundamentalny rytuał, który pozwoli nam zrozumieć czym jest wolność. Bo być wolnym, to być dla innych – szczególnie dla tych, którym 11 listopada świecie się w kalendarzu na czerwono. 

Franciszek Brzozowski

Kategoria: Myśl, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *