Morozowicz: Sprawy ostateczne. Paliatyw – ja

| 8 kwietnia 2021 | 0 Komentarzy

Wolontariat na oddziale paliatywnym miał być dla mnie przygotowaniem do zawodu psychologa. Chciałam sprawdzić, czy nadaję się do takiej pracy, jak reaguję na widok cierpiących ludzi, czy jestem w stanie zmierzyć się z tematem śmierci. Pełna zarówno niepewności, jak i młodzieńczego zapału przekroczyłam próg szpitala.

Doświadczenia oddziału paliatywnego nie można z niczym porównać. To trzeba przeżyć. Widoki, odgłosy, zapachy. Wszystko. Nie boję się nazywać tego miejsca magicznym. Jego fenomen polegał na tym, że oprócz spraw oczywistych, takich jak powolne umieranie, odleżyny, jęki pełne bólu, brak świadomości i śmierć codziennie przechadzająca się po korytarzach, na każdym kroku spotykało się radość, uśmiech, poczucie bezpieczeństwa, troskę i dobro. Nie mogłam wyjść z podziwu dla pracujących tam pielęgniarek i lekarzy. Wszyscy wkładali w swoją pracę całe serca i to przynosiło owoce. Nigdy nie spotkałam bardziej "życiowego" miejsca. Śmierć jest wpisana w historię każdego z nas i choćbyśmy starali się od niej uciec, przemilczeć, ona prędzej czy później zjawi się przy naszym boku. Tam nikt od niej nie uciekał. Nie było dokąd. Śmierć stanowiła nieodłączny element dnia, podobnie jak śniadanie czy przyjmowanie leków. Tak naturalna, tak normalna. Zawsze witana z szacunkiem, zawsze przepełniona ufną modlitwą i w towarzystwie kapłana. Czasem wiązała się z rozpaczą i bólem, czasem od tego bólu wyzwalała. Ale zawsze wiadomo było, że przyjdzie.

Czasem myślę, że oddział paliatywny stał się fundamentem pod moją przyszłą pracę, moją wrażliwość i sposób patrzenia na świat, na mnie samą. Nie da się być tym samym człowiekiem, doświadczając takich rzeczy. Nie da się. Patrząc na prawdziwe dramaty, stojąc przy łóżku i trzymając umierającą osobę za rękę, rozmawiając o wszystkim tylko po to, by uciec od tego, o czym nie ma odwagi rozmawiać, człowiek zmienia się na zawsze. Ubogaca się. Zdobywa skarby, dzięki którym otwierają się mu oczy na cuda dnia codziennego. Sprawne ręce i nogi nagle stają się największą radością. Spotkania z bliskimi – największą przygodą. Życie – największym darem.

Patrząc w oczy osób, które poznały oddział paliatywny, widziałam zrozumienie. Odbijało się w nich to, co przepełniało moje serce. Ta nić porozumienia potęgowała moje wzruszenie na myśl o szpitalnym korytarzu i poznanych tam ludziach. Paliatyw dotknął mnie głębiej, niż mogłam przypuszczać, zakorzenił się we mnie na zawsze. Nie chcę stracić tych wspomnień, tego błysku, który rozjaśnia me oczy, gdy wspominam tamten czas. Nie mogę powiedzieć, że polecam każdemu takie przeżycie, ponieważ każdy z nas jest stworzony do czego innego. Natomiast zdecydowanie polecam wszystkim, by spróbowali choć na chwilę wyjść poza siebie, zrezygnować ze swojej wygody i być całkowicie dla drugiego człowieka.

 

Agnieszka Morozowicz

Kategoria: Publicystyka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: