W sposób dość powszechny posługujemy się i poddajemy tzw. testowi na inteligencję [IQ], określającemu w założeniu nasz współczynnik IQ, czyli iloraz inteligencji. Jego rezultat, w zależności od wyniku, jaki prezentuje, może być dla niektórych powodem do dumy lub przyczyną złego samopoczucia, a nawet wstydu. To w sposób szczególny nas segreguje i wartościuje. Innymi słowy – dzieli nas. I zasadniczo dla mnie, jako człowieka nie wyznającego egalitaryzmu i będącego świadomym ludzkiej różnorodności, nie jest to sytuacja dramatyczna. Uzasadnioną wątpliwość może jednak budzić skuteczność, wiarygodność, a przede wszystkim powód powstania tego narzędzia.

O eugenice na pewno napisano już sporo, jednak wciąż za mało, aby poczuć dosyt. Szczególnie wyraźna luka wydaje się, oczywiście, dotyczyć historii eugeniki, a jednym z najbardziej skrywanych elementów historii dziejów zdaje się być sprawa jej amerykańskich korzeni. Przy okazji warto wspomnieć, że polski epizod dotyczący tej idei, z Polskim Towarzystwem Eugenicznym w roli głównej (choć prezentujący zupełnie inną formę i skalę) również nie bywa często wspominany. Dotykając zagadnienia eugeniki, nie sposób jednocześnie nie uwzględnić trudnego tematu skrzywień i patologii wyrosłych na gruncie nauki – zresztą cały opisywany tu nurt, miał możliwość zaistnienia w tak poważnym rozmiarze, za przyczyną absolutnie fałszywych i niesprawdzonych dostatecznie hipotez naukowych.

Eugenikę jako dziedzinę wiedzy, powołał do życia Sir Francis Galton, kuzyn Karola Darwina. To on nadał jej nazwę, łącząc greckie słowo γένος (genos) oraz przedrostek εὐ, co dało w efekcie termin dający się odczytać jako dobrze urodzony. Nazwę tę przypisał swojej koncepcji, opartej na obserwacji, która wynikła z podstawowej analizy genealogicznej 415 wybitnych osób, z której wynikło, iż blisko połowa synów analizowanych postaci była również wyjątkowa. Ta prosta konstatacja posłużyła za fundament nowej nauki, która opierała się na założeniu, że pozycja społeczna budowana jest na podstawie dziedziczonego, szczególnego genotypu, co daje szeroki wachlarz możliwości wpływania na ogólny kształt i kondycję całych pokoleń, poprzez zastosowanie odpowiednich narzędzi naukowych i społecznych, celem wpłynięcia na zwiększenie rozrodczości jednostek uznanych za wartościowe (eugenika pozytywna) i zahamowania – a finalnie całkowitego wstrzymania – rozrodu osób przedstawiających (zdaniem oceniających) mniejszą wartość społeczną kryjącą w sobie cechy wadliwe według arbitralnie ustanowionych kryteriów. Innymi słowy technika ta miała polegać dosłownie na hodowli ludzkości opierającej się na selekcji i doborze w pary najbardziej wartościowych osobników, a eliminacje słabszych z poszczególnymi państwami w roli głównego hodowcy. Hasełko służące za oślepiacz ludzkich sumień, brzmiało jak zwykle:  “Wszystko w imię lepszego jutra ludzkości”. Rzecz jasna na owym, swoistym ołtarzu ulepszonej rasy ludzkiej, jako ofiara mieli zostać złożeni ludzie słabsi i mniej doskonali, w imię ogólnej szczęśliwości pozostałych. Ci pozostali mieli już tylko zyskiwać. No i tutaj- jak to wielokrotnie drzewiej bywało- pozostawało stanąć do wyścigu o to, kto zostanie uznany za zbędnego, a kto nie. Jak zawsze niekonsultowalne zasady selekcji i ostateczny werdykt należał do samowładczego i samorodnego grona. I tak oto powstała nowa, “naukowa” myśl, powołując do życia świeżą dziedzinę, która po dostaniu się w ręce naukowców opętanych ideologią, zapoczątkowała cierpienia i śmierć milionów ludzi, rodzin, i narodów. W myśl owej logiki bardzo szybko pojawiło się katastrofalne dla wielu twierdzenie, że ludzie o gorszej strukturze genów są wręcz bezpośrednim zagrożeniem dla dobrobytu, poziomu ekonomicznego, a nawet moralnego dla kraju. Tym samym jednostki zdolne i wybitne, pracujące na podniesienie ogólnego poziomu jakościowego i rozwój społeczeństwa, są ograniczane w swych działaniach i obarczone kosztami utrzymania upośledzonych i niedorozwiniętych – nie będących w wyniku swoich ograniczeń, zdolnymi do rozwoju swojego ani tym bardziej ogólnospołecznego. Oczywistym następstwem takiego rozumowania stał się wniosek wprowadzający konieczność eliminacji tych “gorszych”.

Oczywiście wszystko to nie stało się od razu. Często niezauważanym faktem jest to, że podłoże pod tego typu naukowe wybryki zostało przygotowane już dużo wcześniej, przez całe rzesze oświeconych, postępowych, światłych umysłów ery Oświecenia i czasów bezpośrednio po nim następujących, przepełnionych scjentyzmem, nihilizmem, ateizmem, i tym wszystkim co można umownie zamknąć pod pojęciem oświeceniowego humanizmu. Zbarbaryzowane umysły naukowców – jako typowych dzieci swojej epoki – zapatrzonych w siebie jako ludzi gotowych zająć miejsce Boga, zabitego przedtem umownie przez Fryderyka Nietzschego, stanowiły typowy wytwór czasów mających wyprowadzić nas ze średniowiecza, jako sztucznie wykreowanego symbolu obskurantyzmu, zacofania, ciemnoty i brutalności. Oczywiście zgodnie z regułą, która potwierdzana była za każdym razem, kiedy człowiek zabierał się samodzielnie za poprawianie naturalnego, boskiego porządku, również i to ludzkie przedsięwzięcie doprowadziło nas w stosunkowo krótkim czasie do znanych nam dobrze okropności XX wieku, z holokaustem na czele.

Idea mówiąca, że nie tylko cechy fizyczne, ale także psychiczne, mentalne, twórcze etc. są dziedziczone; przez to bezpośrednio wpływają na społeczny status i pozycję osoby, świetnie spisywała się jako dodatkowe potwierdzenie dla “przehumanizowanych” mędrców o tym, że to nie Bóg obdarza nas szczęściem, powodzeniem i potrzebnymi łaskami, ale natura i ewolucja, co miało stanowić kolejny dowód na to, że po prostu Bóg nie istnieje. I trzeba koniecznie tu dodać, że w pewnym sensie mieli rację, to właśnie człowiek sprawił sobie ten los. To właśnie człowiek, a nie Bóg, przy użyciu swojej wolnej woli jest autorem tego raju, jakiego mieliśmy okazję spróbować jako ludzkość na przestrzeni 20 wieku. A Wszystko to jakże metodyczne, poparte hasłami, liczbami, statystykami i jakże diabelsko ludzkie.

Dotknęliśmy kwintesencji ducha tych czasów, a nade wszystko pseudofilozoficznego nurtu jaki go stworzył, a który świetnie wydaje się być reprezentowany, przez obłąkanego Nietzschego, który mówił o konieczności zabicia człowieka, aby stworzyć nadczłowieka.

Wydaje się, że w tym miejscu dotknęliśmy nader istotnego punktu bezpośredniego przejścia od koncepcji do czynu, kiedy na podstawie przedstawionego opisu jawi nam się wizja narodowo socjalistycznego porządku nazistowskich Niemiec. Otóż nie, nic bardziej mylnego. Szalone pomysły pana z wąsikiem wcale nie były pierwszą próbą praktycznego zastosowania Eugeniki. Tak, okrutny plan Adolfa Hitlera nie powstał z mentalnej próżni. 

Po przedstawieniu w tej skrótowej formie genezy powstania zjawiska eugeniki, w dalszych częściach skupię się na poszczególnych jej etapach jakie po sobie następowały. W toku tego opisu spróbuję wykazać, że proces ten, choć wyhamowywał, to nigdy się nie zatrzymał i trwa do dziś, zachowując swój logiczny porządek i – co gorsza – momentami przyspieszając i podnosząc swą skuteczność. W obecnej chwili wydaje się nabierać nowego wymiaru i wątków w odniesieniu do tzw. sytuacji covidowej. Ale o tym w następnych częściach.

 

Sławomir Liedtke

 

Źródła:

Tomasz Witkowski, Zakazana psychologia TOM ! , Wydawnictwo BEZ MASKI, Wrocław 2015

Anna Wasiukiewicz, Niebezpieczna psychologia, Wydawnictwo Monumen, 2017

Stephen Jay Gould, The mismeasure of man, wyd.popr., New York, Norton, 1997

Józef Binnebesel, Ditta Baczała, Piotr Błajet, Eugenika – aspekty historyczne, biologiczne  i edukacyjne, 2019