Jakubczyk: Niczym dwie strony tego samego medalu

| 15 kwietnia 2020 | 0 Komentarzy

W trakcie skreślania poniższych słów naszła mnie refleksja. Rozmyślania na temat  pseudopandemii COVID19 i związanymi z nią eksperymentami w zakresie kontroli, rozsiewania paniki i izolacji. Przecież godzą one bezpośrednio w pierwszy składnik ludzkiej natury  wspólnotowej. W rodzinę.

Rodzina jest podstawą. To również siła. To komórka społeczna i fundament, na którym buduje się nasze życie. Każda rodzina jest częścią większej wspólnoty, mieszkańców dzielnicy, miasta, a także państwa. Metody izolacyjne, zakazy zgromadzeń i publicznego kultu religijnego, wprowadzone w wielu krajach, między innymi w Wielkiej Brytanii, ukradkiem i co najgorsze – w imieniu zachowania zdrowia i bezpieczeństwa, rozrywają więzy rodzinne, a dalej – te w obrębie parafii, dzielnic, miasteczek, hrabstw. Więzy i tak już bardzo luźne pośród większości tutejszego społeczeństwa.

Sam tekst, jak wskazuje tytuł ma na zadaniu porównanie dwu z „izmów”. Przeciwstawnych sobie ideologii libertarianizmu i marksizmu. 

Jeśli chodzi o pierwszy z nich, profesor Jacek Bartyzel wyróżnia dwa główne nurty libertarianizmu: pierwszy, „charakteryzujący się bezkompromisową wrogością do instytucji państwa i wierzący w możliwość jego całkowitego zniesienia (przy czym ta utopia wyznawana jest zarówno przez odłam anarchokapitalistyczny, jak lewicowo-libertariański)”, a także drugi, umiarkowany: „godzący się z istnieniem państwa, atoli tylko w ‘ultraminimalnej’ postaci rządu finansowanego z dobrowolnych datków i opłat urzędowych, szyderczo przezwanej przez libertariańskich radykałów minarchizmem (od przedrostka ‘min’ słowa ‘minimum’)”. Pan profesor przypomina ponadto, że tzw. „Geografia polityczna libertarianizmu jest wszelako dużo bardziej skomplikowana”. Rzecz jasna nie można się z tym nie zgodzić. Zainteresowanych szczegółami tej analizy odsyłam do tekstu Profesora  (http://www.legitymizm.org/libertarianizm-geneza-systematyka).

Nie sądzę, abym musiał naszym czytelikom przybliżać idelogię marksizmu. Jego mutacji. Jak przypominał prof. Bartyzel, brytyjski konserwatysta, śp.Roger Scruton, zauważał że, „każdy lewicowy intelektualista jest typowym jakobinem”, który „wierzy, że światu brak mądrości i sprawiedliwości, a wina leży nie w naturze ludzkiej, lecz w panującym systemie władzy”. Sądzi, że ucisk, który rządzi światem, działa zarówno od wewnątrz, jak i od zewnątrz.

O dziwo, pomimo oczywistych różnic, istnieje szereg wspólnych dla libertarian i marksistów koncepcji. Jedną z najważniejszych jest koncepcja jednostki. Dla obu grup, jednostka jest tym, wokół czego kształtuje i „kręci się” ich ideologia, światopogląd.  

Tym zaś, co je dzieli, jest  pojęcie własności. Dla marksisty własność jest polem bitwy, na którym kolektywny proletariat (czy grupy w jego mniemaniu uciśnione – traktorzystki, LGBTQ itd; itp.) dąży do obalenia klasy posiadaczy (czy ciemiężycieli – heterosekualny mężczyzna, ksiądz itd; itp.). Z kolei w kosmologii libertariańskiej, to wielki i suwerenny Stwórca ulepił pierwszego człowieka, a następnie szybko obdarzył go tym, co mu się słusznie należało –  własnością. Stamtąd było już z górki. Nastąpił „spontaniczny porządek” i kosmiczna układanka została ułożona. „Spontaniczny porządek” dla libertarian to tzw. wolny rynek. Dla libertarianina jest to fundament każdego społeczeństwa, które bazuje na racjonalnie podejmowanych decyzjach jednostki posiadającej. Właściciela.

Propozycja społeczeństwa, w którym nikt nikogo nie krzywdzi, do niczego nie zmusza i nie grabi mienia, jest nader piękna. Niby bardzo chrześcijańska. Ale i bardzo utopijna. Charakteryzująca się jednocześnie naiwnością wobec ludzkiej natury i nadmierną wiarą  w obfitość, w swoich wspólnotowych ramkach, bardzo racjonalnych i zarazem produktywnych jednostek.

Summa summarum, idea spontanicznego porządku jest znacznie atrakcyjniejsza od marksistowskiej koncepcji odwiecznej wojny klas. Ale libertariańska idea jednostki jako fundamentu budulcowego społeczeństwa jest przecież fałszywa.

Społeczeństwo jest z definicji wspólnotą ludzi mieszkających w danym kraju lub regionie i posiadających wspólne zwyczaje, prawa i organizacje. Jego komórką podstawową – rodzina. Formą organizacyjną – państwo. Innymi słowy, nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo jednostek. Zarówno marksizm, jak i libertarianizm zawodzą. Tam, gdzie marksista bełkocze wyjaśniając swoją pogmatwaną wizję społeczeństwa, libertarianin mówi o bezcielesnych ludzkich wyspach, których jedyną wspólną wartością są serie transakcji ekonomicznych. Ani jedna, ani druga z tych ideologii nie próbuje wyjaśnić fundamentalnie społecznej natury osoby ludzkiej. Sposobu, w jaki wspólne tradycje i wartości kształtują kulturę i sztukę danej civitas. Jak prymat wiary łączy społeczności, ani tego że rodzimy się, wiedząc, że zostaliśmy stworzeni do miłości. W każdym przypadku czynniki, które sprawiają, że jesteśmy ludźmi, są mocno spłaszczone. Zapomniane przez  obydwie wizje utopijnego „dobra”.

Niestety, marksizm wydaje się postrzegany życzliwiej przez młodsze pokolenie od libertarianizmu. Świat  zachodni cierpi na plagę dekadenckiego egoizmu. Ów egoizm, choć w pewien sposób zahamowany w okresie okupacji ludowej, wkracza i nad Wisłę. Prawoczłowieczy marksista z bogatego domu próbuje rozwiązać (spowodowany przez ten egoizm) problem pogłębiajacej się samotności, poprzez kolektywną walkę polityczną. Ta „solidarność” przemawia do zapatrzonych w swoją komórkę młodych, głośniej od wolnorykowości i niskich podatków.

W naszym nowym paradygmacie społecznym (dalekim od tego, co tak naprawdę stanowi społeczeństwo) moralne zamieszanie to już normalność. Tylko w takim układzie fundamentalna komórka społeczna – która początkuje rodzinę – małżeństwo, może być sprowadzona do funkcji dochodowej, służącej do odliczenia od podatku, zbudowanej na kanwie chłodnej i bezowocnej umowy dwóch abstrakcyjnych  jednostek.

To, co powstało na bazie pierwszych osad rodzinnych, tylko częściowo wpisuje się w kontekst wspomianego już  spontanicznego porządku. Ogniwem łączącym owe rodziny nie była tylko i wyłącznie wymiana handlowa.  Ich centrum stanowiły świątynie, a później kościoły. To one doprowadziły do rozkwitu społeczeństw. Wokół nich rosły lokalne struktury ekonomiczne, kultura i sztuka. Miejskie place i rynki, które dostarczały rodzinom niezbędnych produktów.

Dla przednowoczesnego człowieka, ergo człowieka prawdziwego, jako oczywistą podstawę społeczeństwa słusznie rozumiano rodzinę. Żaden człowiek nie jest wyspą, jak powiadają. Jesteśmy wszakże stworzeni do miłości i współżycia.  Zanim zaistniała jednostka abstrakcyjna, to właśnie ojciec, matka, syn, córka, siostra i brat tworzyli przedpolityczne struktury, na których budowało się społeczeństwo. To jest jego właściwą podstawą i tylko na jej bazie możemy uniknąć kolektywizmu. Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo marksistowskie, tym bardziej nie może istnieć coś takiego jak społeczeństwo libertariańskie.  Może istnieć tylko kolektyw, w którym jednostka spełnia rolę podstawowego elementu każdego układu społecznego.

Powodem porażki obydwu ideologii jest właśnie ich antropologia. Obydwa kierunki myśleniowe pomijają to, co najważniejsze, a co zawsze zauważalne przez konserwatystę. A  mianowicie, że fundamentem wspólnoty jest rodzina zbudowana na małżeństwie. Że  własność prywatna musi być (jak uczą nas karliści) broniona  „przeciwko socjalizmowi, a własność zbiorowa przeciwko indywidualizmowi. Uważając, że własność nie może być przypisana wyłącznie jednostce albo państwu, lecz także ciałom społecznym.”

 

Arkadiusz Jakubczyk

Kategoria: Arkadiusz Jakubczyk, Myśl, Polityka, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: