Religijne zatem uczucie, które wybucha z ciemnych głębin podświadomości, zarodkiem jest całej religii, a zarazem powodem wszelkich objawów, które w jakiejkolwiek religii istniały albo istnieć będą.” – taki pogląd z pasją, a zarazem z powagą zwalcza św. Pius X w encyklice „Pascendi dominici gregis” z 1907 r. Encyklika ta została ogłoszona dla ukazania niebezpieczeństw modernizmu i potępienia go, toteż w kręgach tzw. „tradycjonalistycznych” katolików często traktuje się ją jako wykładnię i obronę konserwatywnego modelu religijności przed nowoczesnymi deformacjami. Ów konserwatywny model religijności rozumiany jest zaś wśród nich jako katolicyzm racjonalistyczny, system oparty na podstawach rozumowych. A widzicie! – zdają się mówić niektórzy „tradycjonaliści katoliccy”, z (mściwą) satysfakcją stukając palcem we fragmenty encykliki takie jak zacytowany – Oto macie ostateczny dowód, że prawdziwa wiara to nie jakieś odloty w przestworza, tylko akt intelektualnej akceptacji nauk wyczytanych wcześniej w scholastycznym katechizmie, rozpisanym w punktach!

Ta dostrzegalna wśród różnych zwolenników (neo)scholastyki i (neo)tomizmu chęć poniżenia uczucia religijnego i bezwzględnego zgniecenia go w kieracie rozumu jest niezrozumiała i bezpodstawna. Nie zamierzam tu kwestionować, że kluczowe znaczenie dla zbawienia mają formalna przynależność do Kościoła katolickiego i wypełnianie pewnych sformalizowanych praktyk (obowiązek niedzielnej Mszy, przystępowanie do sakramentów). Ale religijność, która ogranicza się tylko i wyłącznie do tego, pozostaje właśnie formą, czyli czymś pustym. Sprowadza się do przestrzegania przepisów, nic jej nie ożywia, jest martwa.

Czego jej brakuje? Duchowości, czyli religijnego życia wewnętrznego. Rozwinąć w sobie życie duchowe pozwala dopiero uczucie religijne; a przynajmniej – ono otwiera do tego drogę najbardziej dostępną dla większości zwykłych ludzi. Nie przez przypadek o żarliwej religijności mówi się jako o rozgrzanym czy płonącym sercu. Gdzie ty tu ze swoimi płaskimi kopytami, rozumie? To uczucie religijne unosi nas do Boga. To ono pozwala nam dobrze przeżyć Mszę świętą, docenić wielkość tej najświętszej Ofiary i uwielbić najwyższego Kapłana, który ją na naszych oczach z Siebie składa – zamiast tylko stać, patrzeć i recytować. To uczucie religijne, czyste i wzniosłe, jest najprostszym sposobem, aby dusza mogła połączyć się ze swoim Stwórcą.

Uczucie religijne wydobywa się z głębokich warstw duszy. Encyklika wspomina je pod niezbyt szczęśliwą nazwą „podświadomości”, aczkolwiek nie jest to określenie Piusa X – święty papież wyraźnie zaznacza, że pojęciem takim posługują się sami moderniści, ponieważ wzięli je z języka nowoczesnej nauki. Stosowanie w tym kontekście terminu „podświadomość” krytykowali nawet autorzy niekatoliccy, tak skądinąd różni, jak Carl Gustav Jung, Julius Evola czy Mircea Eliade. Mógłby on być uznany za trafny w odniesieniu do niższych funkcji psychicznych, związanych z biologicznym funkcjonowaniem ustroju cielesnego człowieka, a przez dawniejszych filozofów opisywanych jako dusza wegetatywna i dusza animalna. Z pewnością jednak trafny nie jest w odniesieniu do wyższych elementów ludzkiej psychiki, bardziej oddalonych od ciała i uczestniczących w życiu religijnym człowieka, a zwłaszcza w najważniejszej części życia religijnego, czyli w życiu duchowym. U większości ludzi owe głębokie warstwy duszy najczęściej drzemią jednak uśpione i trzeba umieć je uaktywnić, dotrzeć do nich w sobie samym, odnaleźć je pod pokrywą naszej zwyczajnej świadomości, używanej w życiu codziennym i wplątanej w jego banalne sprawy. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że wielkie dzieła katolickich mistyków to poradniki czy przewodniki, objaśniające, jak aktywować te głębokie warstwy duszy i uwolnić bądź pobudzić wydobywające się z nich uczucie religijne. Za przykłady niech posłużą „Ćwiczenia” św. Gertrudy z Helfty, zwanej Wielką (1256-1302), pisma bł. Jana van Ruusbroec (1293-1381), „Księga Mądrości Przedwiecznej” bł. Henryka Suzo (1295/1297-1366), „Teotym, czyli traktat o miłości Bożej” św. Franciszka Salezego (1567-1622) czy – nomen omen – „Przewodnik duchowy” księdza Miguela de Molinosa (1628-1696).

Środowiska przeświadczone, że poza perypatetyckim („trydenckim”) stylem katolicyzmu nie ma zbawienia, uważają to przeświadczenie za wizytówkę „tradycjonalizmu”. Tymczasem model religijności oparty na uczuciu religijnym jest bardziej tradycyjny od modelu religijności sztucznie zracjonalizowanej (i historycznie wobec niego uprzedni). Kto nie wierzy, niech się przypatrzy wiejskim wspólnotom religijnym, zarówno tym dawnym, jak i współczesnym. Trudno o przykład większego konserwatyzmu w sprawach religii, niż parafia na wsi. Scholastyka czy filozofia tomistyczna są tam nieznane, za to jak gorące bywa uczucie religijne! W istocie, można ani raz w życiu nie słyszeć o tomizmie, a mimo to być dobrym katolikiem, żyć pobożnie i zostać zbawionym. Ale bez uczucia religijnego wydaje się to wątpliwe.

 

Adam Danek