banner ad

Cab: Kim Pan jest, Panie Januszu?

| 14 listopada 2022 | 6 komentarzy

Janusz Korwin-Mikke to postać, której nie trzeba przedstawiać. Znany niemalże każdemu Polakowi (obstawiamy, że gdyby zrobić rzetelny sondaż rozpoznawalności, byłby w top 5 polskich polityków, być może za Tuskiem i Kaczyńskim, zapewne przed Morawieckim). Czy to enfant terrible polskiej sceny politycznej, jak go kiedyś określił Donald Tusk? Czy to "stary dziadek w muszce", zwodzący na manowce prawicową młodzież, uwodząc ich prostymi politycznymi receptami? Polski Joker, niczym Donald Trump, Boris Johnson, Eric Zemmour, Wołodymyr Zełenski (z początku swojej prezydentury) czy Władimir Żyrinowski, skandalista, który pomimo łatki jaką nadały mu media i własna aktywność, potrafi oddziaływać na politykę w mniejszym lub większym stopniu, będąc jej trwałym komponentem, mimo sukcesów czy niepowodzeń? A może, przyjmując bardziej polską tradycję, Stańczyk, który – niczym w utworze Jacka Kaczmarskiego, nawiązującym do znanego obrazu Matejki – jest postacią tragiczną, wieszczącą kasandryczne wizje, których nikt nie wysłucha, bo głosi je błazen? Na te i inne pytania postaramy się odnaleźć stosowne odpowiedzi w niniejszym tekście. Dołożymy wszelkich wysiłków, aby analiza odbiegała od stereotypów, powszechnych diagnoz oraz pospolitych i wyświechtanych sloganów, których pełno – a jakże – w prawicowym Internecie.

Korwinizm: konserwatyzm czy liberalizm?

Spróbujmy sobie wyjaśnić, co ideowo reprezentuje sobą Janusz Korwin-Mikke. Na początku, oddajmy głos samemu zainteresowanemu. W swojej wieloletniej karierze politycznej, najczęściej określał się mianem "konserwatywnego liberała". Czy to antylogia? Wielu krytyków Korwin-Mikkego sugeruje, że jest to zbitek przeciwstawnych słów, który ciężko uznać, za cokolwiek wartościowego, bowiem można być albo konserwatystą, albo liberałem – tertium non datur.

Poniekąd zgadzamy się z powyższą krytyką, choć zabawa w semantyczne uszczypliwości dalece wykracza poza sens niniejszej analizy. Korwin-Mikke nazywał się również reakcjonistą, robiąc to w typowy dla siebie sposób, cytując fragment tekstu narodowosocjalistycznej pieśni Horst Wessel Lied/Die Fahne hoch, w której podmiot liryczny desygnuje dwóch wrogów narodowego socjalizmu w postaci Rotfrontu Ernsta Thälmanna i rzeczonej reakcji. Czy w takim razie Korwin-Mikke jest dziedzicem niemieckiej rewolucji konserwatywnej z lat 20.? A może odwołuje się do pruskich junkrów? To byłoby zbyt banalne i przypadkowe, więc przejdźmy dalej.

Bohater naszych rozważań w ostatnich latach bywa określany mianem "wolnościowca". W naszym przekonaniu to słowo-wytrych zostało wymyślone, w ramach zjawiska, które my nazywamy "neokorwinizmem" lub "postkorwinizmem", służącym wykrzywieniu komplementarnych poglądów Korwin-Mikkego, w celu uwydatnienia ich części, kosztem reszty, ażeby ugrzecznić wizerunek środowiska: "Korwin jest za wolnością, wszyscy lubimy wolność, więc wolność jest najważniejsza". Apoteoza wolności prowadzi nas w kierunku libertarianizmu. Czy Korwin-Mikke jest libertarianinem? Czy faktycznie – najszerzej rozumiana – wolność jest dla bohatera niniejszego tekstu najważniejsza? Absolutnie nie. Żeby to udowodnić, wystarczy spojrzeć na stosunek Korwin-Mikkego do wolności zgromadzeń. Czy prawdziwy wolnościowiec zabroniłby protestować studentom na placu Tiananmen? Czy prawdziwy wolnościowiec domagałby się rozgonienia przez służby państwowe protestów proaborcyjnych jesienią 2020 roku? Odpowiedź na te pytania zostawiamy czytelnikom.

Sympatia jaką Korwin-Mikke darzy różne postaci z przeszłości, od gen. Franco, przez gen. Pinocheta po Denga Xiaopinga pokazuje, że "wolność" nie jest dlań najważniejsza, niezależnie od tego czy sam się do tego przyzna czy też nie. Ostatecznie, czy tak konserwatywny postulat jakim jest chęć restytucji niedemokratycznej formy monarchii pozwala na nazwanie go "wolnościowcem", "liberałem"? Widać u Korwin-Mikkego przywiązanie do wartości "porządku", które objawia się licznymi wyrazami sympatii wobec postaci takich jak Władysław Gomułka, Wojciech Jaruzelski czy Władimir Putin (które można określać na różny sposób, ale na pewno nie mianem „wolnościowców”). Stosunek do ordnungu jest pewną przesłanką, żeby nazwać naszego bohatera ogólnie prawicowcem, konserwatystą.

Jaki to nurt prawicy? Gdybyśmy chcieli zabawić się w znalezienie najbardziej adekwatnego przykładu historycznego, zapewne posłużylibyśmy się tak zwanym high toryism, nieprzetłumaczalną, jedną z wielu angielskich form, konserwatyzmu. Niemniej, uważamy, że przekładanie jakichś idei, doktryn spoza naszego rodzimego polskiego poletka jest nadużyciem, więc przyjmiemy na potrzebę dalszych rozważań, że Janusz Korwin-Mikke reprezentuje… Korwinizm, a biorąc pod uwagę istotne zmiany ostatnich dwóch dekad, jego wyodrębniony nurt: paleokorwinizm.

Tylko krowa (Korwin) nie zmienia poglądów

Interesująca dla naszych rozważań jest sprawa ewolucji Korwin-Mikkego. Dużo osób popełnia błąd, myśląc, że bohater niniejszego tekstu ma swoisty gwóźdź w mózgu, który sprawia, iż od trzydziestu, czterdziestu, a może pięćdziesięciu lat myśli tak samo. Nic bardziej mylnego.

W istocie, Janusz Korwin-Mikke w latach 80. i 90. był zaczadzony popularnością Ronalda Reagana, Margaret Thatcher oraz anglosaskiego konserwatyzmu, który nie łączył się z polskimi tradycjami (warto podkreślić, że owa miłość do atlantyzmu, dotyczyła niemalże całej polskiej prawicy lat 90., co było widocznie chociażby w dawnej twórczości prof. Jacka Bartyzela). Nie bez powodu, Korwin-Mikke należał do tej frakcji Unii Polityki Realnej, która popierała przystąpienie do NATO, była krytyczna wobec akcesu Polski do Unii Europejskiej, prezentując absurdalną alternatywę dołączenia do NAFTA (projektu atlantyckiego), w opozycji do takich tuzów intelektualnych polskiej prawicy jak chociażby Tomasz Gabiś.

Korwin-Mikke był też zwolennikiem lustracji oraz twórcą słynnej uchwały, którą w ostatnich dniach rządów Jana Olszewskiego wykonywał, nie kto inny, jak Antoni Macierewicz. Znacząca zmiana w postrzeganiu sytuacji międzynarodowej nastąpiła na początku XXI wieku. Ciężko nam wskazać dokładną datę przełomu w myśleniu Korwin-Mikkego, acz dostrzegamy ją w rozciągniętym przedziale lat 2003-2008, za której symboliczny finał uznajemy napisanie przez Korwin-Mikkego książki "Rusofoby w odwrocie" (wydanej rok później), na kartach której w miażdżący sposób skrytykował politykę Lecha Kaczyńskiego w czasie wojny rosyjsko-gruzińskiej. Późniejsze lata tylko utwierdzały Korwin-Mikkego w przekonaniu, że Ronald Reagan nie żyje, a Stany Zjednoczone George'a Busha, nie mają nic wspólnego z tym, co od zawsze popierał. Ba, w jego przekonaniu, Ameryka nie skończyła się w latach 80. ubiegłego wieku, a znacznie wcześniej. Od tego czasu dostrzegamy znaczne zmiany w poglądach Korwin-Mikkego, które dzisiaj odsądzane są od czci i wiary za naruszenie pewnych dogmatów w polskiej polityce zagranicznej. Jego krytycy posuwają się nawet do oskarżeń o agenturalność, co szczególnie widoczne jest w 2022 roku, w czasie trwania wojny rosyjsko-ukraińskiej.

Wolny rynek

Wielu przeciwników Korwin-Mikkego z prawej strony polskiego życia politycznego, zarzuca mu, że jego poglądy ekonomiczne są nieprawicowe. Jesteśmy w stanie się z tym zgodzić, bowiem przywiązanie do niskich podatków i braku polityki socjalnej – w naszym przekonaniu – nie świadczą o tym czy człowiek jest z prawicy czy lewicy. Dla nas jest to kwestia drugorzędna.

Jednak przyjmując optykę adwokatów diabła możemy znaleźć w przywiązaniu do liberalnej ekonomii pewne pozytywy. Dla przykładu, Korwin-Mikke krytykuje rządowy program "500+", korzystając z klasycznego wachlarza argumentów antysocjalnych, podobnie jak zwolennicy Koalicji Obywatelskiej czy innego Komitetu Obrony Demokracji. Czasami posługuje się krzywdzącą retoryką wobec beneficjentów tego programu, zresztą tak samo jak przedstawiciele rzeczonych organizacji. Zwróćmy uwagę na to, że podobnie jak stereotypowi zwolennicy Donalda Tuska, Korwin-Mikke potrafi obrazić Polaków, którzy dali się kupić za przysłowiowe 500 zł. Jednak w imaginarium Korwin-Mikkego, taki sam zarzut można wystosować do Polaków, którzy dali się kupić za unijne dotacje. Czy zwolennicy Tuska spod znaku KOD, potrafiliby postawić znak równości między zwolennikami "500+" a zwolennikami Unii Europejskiej? Tutaj również pozwolimy czytelnikom odpowiedzieć na to pytanie, we własnym zakresie.

Janusz Korwin-Mikke i jego konsekwentny wolnorynkowy przekaz jest przydatny dla dyskursu. Od 2015 roku mamy do czynienia z postępującym wzrostem polityki socjalnej, którego co do zasady nie krytykujemy. Kiedy rząd wprowadzał program "500+" byliśmy umiarkowanymi zwolennikami tego programu, kiedy rozszerzył go na "pierwsze dziecko" nabraliśmy pewnych zastrzeżeń, kiedy zaczął zasypywać wyborców programami z magicznym plusem na końcu, staliśmy się wobec tego bardzo krytyczni. Nie jesteśmy naiwni. W rzeczywistości demokratycznej, to Jarosław Kaczyński jako jedyny "znalazł" złoty klucz, zapewniający samodzielną większość parlamentarną, co na trwałe usadowi go w panteonie największych polskich polityków, niezależnie od sympatii czy antypatii doń. To jest po prostu fakt. Niestety ten klucz został odnaleziony w sposób wyjątkowo kosztowny. Establishmentowa opozycja, mimo iż znaczna część jej elektoratu nie akceptuje polityki socjalnej PiS, jest bezradna i – co do zasady – popiera kolejne rozwiązania rządu, w obawie o utratę części swoich wyborców. Istnienie Korwin-Mikkego jest o tyle dobre, że wprowadza do dyskursu krytykę. Bez tej krytyki mielibyśmy stałe licytowanie się na to kto zapewni większy lub lepszy socjal. Prowadziłoby to nas na manowce, gdyż rządzący, a także znaczna część opozycji nie myśli systemowo (a wyborczo), co również im wybaczamy bo takie są uroki demokracji. Zresztą, któż ośmieliłby się być jej przeciwnym (mimowolnie, stawiamy kolejne pytanie retoryczne)? Popieramy przesuwanie dyskursu w prawą stronę, ale również popieramy hamowanie dyskursu, który grozi stabilności polskiej gospodarki.

"Protokół 1%" i "korwinizm bez Korwina"

Błędem byłoby opisywanie politycznej sylwetki Korwin-Mikkego bez wspominania o tym, co kryje się pod zwrotem "kontrowersyjnej wypowiedzi". Każdy obserwator polskiego życia politycznego natknął się na jeden z wielu bon motów bohatera naszego tekstu. Wiemy, że za Hitlera podatki były trzy razy niższe, wiemy, że kobiety są (średnio) głupsze od mężczyzn, wiemy, że paraolimpiada to szachy dla debili, wiemy, że miejsce Grodzkiego jest w cyrku między kobietą z brodą a murzynem z takim 20 calowym…, wiemy, że lekka pedofilia nie jest szkodliwa, wiemy, że zawsze się trochę gwałci. Niestety nie wiemy czy Hitler wiedział o holokauście. Te i inne sztandarowe wypowiedzi Korwin-Mikkego doprowadzały wielu ambitnych działaczy do konstatacji, że "z Korwinem się nie da". Właśnie tak powstały dwie hipotezy: pierwsza internetowa o "protokole 1%" (wedle której każda tego typu wypowiedź sprawia, że poparcia dla Korwin-Mikkego i jego partii gwałtownie spada) druga polityczna wprowadzenie "korwinizmu bez Korwina" (wedle której, program partii jest idealny, wystarczy tylko ograniczyć rolę/wyrzucić prezesa). Jak wiemy, hipotezy można afirmować lub falsyfikować, więc rozpracujmy powyższe.

Uważamy, że "protokół 1%" to fałszywa wizja. Dlaczego? Korwin-Mikke od trzydziestu lat posługuje się tym samym rezerwuarem bon motów. Jego mądrości o paraolimpiadzie były wałkowane, co cztery lata, ilekroć rozpalany był znicz olimpijski. Tematyka kanclerza III Rzeszy? Gwarantujemy, że pojawiała się jeszcze we wczesnych latach 90. Kwestia mizoginii? To samo. Jedynym wyjątkiem była konkretna, spersonalizowana sprawa Krzysztofa Bęgowskiego vel Anny Grodzkiej. Zgadza się, to było świeże.

Kontrowersje Korwin-Mikkego dawno już przebiły szklany sufit i zawędrowały tak daleko, że nikogo – absolutnie nikogo – to nie rusza (poza malkontentami ze środowiska, którzy i tak – najwyższej z zaciśniętymi zębami – oddadzą głos na kolejną partię Korwin-Mikkego). Pamiętajmy, że Donald Trump potrafił wygrać mimo "grab them by the pu**y", Tusk potrafił wygrywać z Palikotem i Niesiołowskim na pokładzie, a Kaczyński z Pawłowicz i Macierewiczem (ludzie po prostu godzą się z tym, że wizerunek danego polityka jest dużo bardziej agresywny, kontrowersyjny, bo stanowi niejako integralną część danej osoby).

"Korwinizm bez Korwina"? Ta koncepcja nawet nie zasługuje na falsyfikację. Wystarczy przyjrzeć się wszystkim Nitrasom, Piterom, Horałom, którzy twierdzą, iż odeszli z UPR/od Korwina, bo nie da się realizować jego programu, kiedy ów bombarduje wyborców wyżej wymienionymi bon motami. W porządku, wiemy, że niektórzy exUPRowcy osiągnęli niesamowite kariery polityczne, czego im gratulujemy, a nawet zazdrościmy. Natomiast, zadamy kolejne pytanie, na które może sobie odpowiedzieć uważny czytelnik: Jak im idzie realizowanie "korwinizmu bez Korwina" w PiS czy PO/KO? Ile podatków obniżyli? Jak im idzie prywatyzacja służby zdrowia? Jak im idzie wdrażanie dobrowolności ZUS? Pytania retoryczne.

Jednak najlepszym falsyfikatorem obu hipotez jest 25 maja 2014 roku. Przypomnijmy sobie wynik Kongresu Nowej Prawicy do europarlamentu: 7,15% i czterech europosłów. Oczywiście, jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale spójrzmy szerzej. Cofnijmy się do 2012 roku: paraolimpiada to szachy dla debili, 2013 roku: Grodzki to stary komuch, który wyłudził miejsce w Sejmie, 2014 roku: Nie ma dowodów na to, że Hitler wiedział o holokauście (jakiś staruszek w Dallas, w tym momencie krzyczy "Bingo!"). Na domiar złego (?), po każdym wspomnianym strzale Korwin-Mikkego ma miejsce ogromna fala linczu medialnego. Prezes KNP jest krytykowany przez wszystkich polityków od prawa do lewa. Nie cofa swoich słów, nie przeprasza. Czyżby "Protokół 1%"? Mimo wszystko, osiąga sukces.

Przypomnijmy, że w tych samych wyborach startuje Polska Razem Jarosława Gowina, która stroi się w piórka "korwinistów bez Korwina". Ostatni spot ugrupowania krakowskiego arbiter elegantiarum, opublikowany mniej niż tydzień przed wyborami, przedstawia Marka Migalskiego, Pawła Kowala, Adama Bielana i – last but not least  – Jarosława Gowina, trzymających i przekazujących dalej muchę, cytując przy tym najbardziej kontrowersyjne wypowiedzi Korwin-Mikkego, podkreślając, że zgadzają się z jego "wolnościowymi" postulatami. Na koniec, bodaj sam Jarosław Gowin, rozwiązuje muchę. Majstersztyk. Synteza obu hipotez na jednym spocie. I co? Polska Razem: 3,16%, Kongres Nowej Prawicy: 7,15%. Nie będziemy już się znęcać nad tym, że ówczesna partia Jarosława Gowina biła na głowę partię Korwin-Mikkego, w kwestii kadrowej (współtworzyły ją polityczne gwiazdy, będące przy tym parlamentarzystami), finansowej (sponsorzy) oraz medialnej (czas antenowy). Nie jest w naszym interesie kopanie trupa politycznego Jarosława Gowina, więc te i inne uciechy również zostawiamy naszym czytelnikom.

Mimo, że dobitnie ukazaliśmy, iż "korwinizm bez Korwina" nie ma szans (przynajmniej w najbliższych latach) na powodzenie, to obie hipotezy niczym ucięte głowy hydry, odrastają w swojej nowej, jeszcze nie do końca falsyfikowalnej odsłonie, jaką stał się: neokorwinizm/postkorwinizm. Sam Korwin-Mikke, powtarzając prawidła fizyki, mawia, że na każdą akcję, przychodzi reakcja. Reakcją na neokorwinizm jest paleokorwinizm lub, dla koneserów onomastyki: metakorwinizm.

 

Harold J. Cab

Kategoria: Polityka, Publicystyka

Komentarze (6)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Paweł Kopeć pisze:

    Tow. JKM dziś?! Obecnie nikim; brak zasad, wartości, morale, honoru, twarzy, wiedzy, rozezania, ogłady; szczególnie po 24 II 2022 (w zasadzie już od 2014 r.)… tak jak jego kompani z socyalistyczno-narodowej, ruskiej, kremlowskiej i sputnikowej KOnfederacji, sekty politycznej, za pieniądze polskich podatników. Szkoda?! Tylko tego ostatniego.

    Degrengolada, upadek, degeneracja.

    Dno. Wstyd i wiocha.

  2. Paweł Kopeć pisze:

    Ps. Osobiście gardzę rozwodnikami (konserwatyzm albo jest, albo go nie ma; on).

    "Kto w małej rzeczy jest wierny…" Vide: ST/NT Biblia, KKK, Breviarium Fidei, święci i Ojcowie KK, Dante… 

  3. Paweł Kopeć pisze:

    JKM! Dekalog! VI. "Nie cudzołóż!". Powiedział Jahwe; a to chyba jeszcze coś znaczy (?!).

  4. Marcin Sułkowski pisze:

    @ Ad Autor

    "Czy faktycznie – najszerzej rozumiana – wolność jest dla bohatera niniejszego tekstu najważniejsza? Absolutnie nie. Żeby to udowodnić, wystarczy spojrzeć na stosunek Korwin-Mikkego do wolności zgromadzeń. Czy prawdziwy wolnościowiec zabroniłby protestować studentom na placu Tiananmen? Czy prawdziwy wolnościowiec domagałby się rozgonienia przez służby państwowe protestów proaborcyjnych jesienią 2020 roku? Odpowiedź na te pytania zostawiamy czytelnikom."

    Na gruncie myśli Hayeka również można zabronić niektórych protestów, bowiem kładzie nacisk na ład społeczny (stąd niektórzy właśnie nazywali Hayeka torysem). Na gruncie myśli Rothbarda to już w ogóle nie ma problemu z egzekwowaniem zakazu jakiegokolwiek protestu, bo cała przestrzeń ma być prywatna – wystarczy, że protestujący przekroczy granicę własności prywatnej i może spotkać się z fatalnymi konsekwencjami. Problemem jest tutaj rozumienie wolności. U Hayeka jest momentami bliskie tradycji klasycznej. U Rothbarda to zwyczajnie swawola w myśl "róbta co chceta" (byle u siebie). Korwin romansuje tutaj z wizją wolności wyrażającą się w przekonaniu, że prawdziwa wolność realizowana jest tylko w zgodzie z rozumem a więc i konieczne jest poszanowanie obowiązującego prawa.

    "Kontrowersje Korwin-Mikkego dawno już przebiły szklany sufit i zawędrowały tak daleko, że nikogo – absolutnie nikogo – to nie rusza" – nie zgadzam się. Przekaz mainstreamu potrafi grillować kwestie absolutnie trzeciorzędne w taki sposób, że zdawać się może, że zależą od tego losy świata. Korwin sam naraził się jednak na to, że rzucając regularnie swoje nonsensowne i często nieeleganckie opinie media głównego nurtu uznały i zaczęły go prezentować jako wariata. A większość w Polsce nie chce głosować na wariata, bo większość ma kompleks. A to zachodu, a to presji grupy a to jakiś inny. Mało kto z ogólnej większości chce być w… mniejszości.

    "Pamiętajmy, że Donald Trump potrafił wygrać mimo "grab them by the pu**y"" – bo w USA jest zupełnie inna struktura społeczna i wśród wyborców "rednecków", których liczy się w milionach, takie sformułowanie jest dla Trumpa tylko in plus. Jasne, zrazi innych, ale liczy się finalny bilans. U nas by to nie przeszło właśnie przez różnice w strukturze społecznej.

    "Tusk potrafił wygrywać z Palikotem i Niesiołowskim na pokładzie, a Kaczyński z Pawłowicz i Macierewiczem" – to jest właśnie potwierdzenie powyższego. Inna struktura społeczna. Część osób zagłosowała na Palikota, bo był antyklerykalny, nowy, opowiadał nieco o niższych podatkach (dwa ostatnie wywindowały przecież Nowoczesną) i wydawał się "z zewnątrz". Niesiołowski to stary wyga, który zasiadał w sejmie tyle razy, że się opatrzył – tak samo Macierewicz. Starsi pamiętali, że Niesiołowski chciał obalać pomnik Lenina w Poroninie a Macierewicz był za lustracją i się trzymają ich od lat. Pawłowicz to swoisty ewenement.

    "Jednak najlepszym falsyfikatorem obu hipotez jest 25 maja 2014 roku." – proszę sobie przypomnieć jaka była frekwencja na ówczesnych wyborach. To było zaledwie 23%. Przy tej frekwencji o wiele łatwiej zmobilizować żelazny elektorat a ten zawsze bronił Korwina bez względu na jego fikołki. Kolejną kwestią jest, że pamiętanie o skandalicznych wypowiedziach jest krótkotrwałe. Jeśli skandal ma się realnie odbić na wyniku wyborczym, to musi być czymś więcej niż głupią wypowiedzią i musi być blisko wyborów. A wynik partii Gowina wziął się stąd, że oni zwyczajnie byli nijacy. A nie ma niczego gorszego przy próbie osiągnięcia dobrego wyniku w demokratycznych wyborach niż bycie nijakim ;)

     

    Ad Paweł Kopeć – Jeśli dobrze pamiętam, to Korwin chyba nigdy nie twierdził, że jest katolikiem. Dzięki temu mógł realizować swój "konserwatyzm od pasa w górę" ;)

  5. AndrzejZ pisze:

    Niestety tekst jest słaby. Nie mówi nic nowego. Powiela stereotypy. Jestem daleki od gloryfikowania Pana JKM, ale jest on człowiekiem z którym jest się o co spierać, bo ma własne zdanie i potrafi go bronić , nigdy nie szedł z prądem w przeciwieństwie do pozostałej większości polskich polityków, którzy tylko powtarzają gdzieś usłyszane prawdy, które zresztą zazwyczaj są bzdurami. 

  6. Szczytkiewicz pisze:

    JKM to w wielu kwestiach tradycjonalista, a już tym bardziej na tle obecnych chadeków i innych pobożnych socjalistów, którzy są tak naprawdę pobożnymi (na pokaz) lewakami. JKM wiele razy popierał monarchię absolutną, krytykował jakobinów. Popierał antydemokratyczną K3M, która zakładała dziedziczną monarchię, wyłączne prawo dla lokalnych posesjonatów w sprawowaniu władzy zwierzchniej nad miastami i wioskami. Czyli w jego ustroju różne majoraty czy ordynacje i inne zwierzchności lokalnych władców i możnowładców nie stanowiłyby problemu. Oczywiście w tych prywatnych dobrach, miastach i wioskach "poddani" posiadający jakieś drobne majątki i prowadzący swoje przedsiębiorstwa powinni mieć lepsze warunki niż w dupokracji, bo każdy zwierzchnik swoich dziedzicznych dóbr, miast i wiosek chciałby przyciągać do siebie jak największą liczbę jak najlepiej wypłacalnych i przedsiębiorczych osadników. I JKM w tej kwestii się nie myli, bo np. w moich okolicach rządził ród Małachowskich, który zorganizował na swoim terytorium budowę miasta i wielu sąsiadujących z nim wiosek. Rzemieślnicy i rolnicy chętnie się osiedlali. Zarówno mieszczanie jak i kmiecie mieli dziedziczne i silne prawa posiedzicielskie i użytkowe w stosunku do nadanych im przez hrabiego gruntów. Posiadanie domu, warsztatu, chaty, zagrody na gruncie oddanym w dziedziczne posiadanie i użytkowanie zbliżało ich do pełnej własności gruntu. Mogli te nadane grunty jak i te domy,chaty,warsztaty,zagrody pomiędzy sobą kupować, sprzedawać etc. Dziedzic wszystko to zatwierdzał w księdze ziemskiej sądowej. Mieszczanie-Rzemieślnicy mogli płacić podatki w pieniądzu, albo w swoich produktach. Kmiecie też mogli wypłacać się pieniądzem, produktami, albo pańszczyźnianą pracą jakiegoś reprezentanta gospodarstwa przez ileś dni w roku. Każdy mógł z dziedzicem ustalić rodzaj daniny w zależności jaką był w stanie zapłacić. Dla niektórych kmieci pieniądz miał małe znaczenie. Mierzyli bogactwo ilością zbiorów, a nie pieniądzy. Dlatego zbieranie pieniędzy na podatek/czynsz łanowy było bardziej uciążliwe niż utrzymywanie i wysłanie parobka do roboty na sąsiednie pole należące do dworu. Każdy miał więc jak chciał. I było to bardziej "wolnościowe" niż ten syf co mamy teraz. W ogóle te ówczesne świadczenia w porównaniu z obecnymi na rzecz państwa to jak kropla w oceanie, ale zawsze znajdzie się jakiś debil pokroju Leszczyńskiego z Kretyniki Politycznej, który będzie nam opowiadać swoją marksistowskie "Ludową Historię Polski". Już samo użycie w tytule "Ludowa" dyskwalifikuje autora i ukazuje, że książka nie ma innego wymiaru niż propagandowy. Wracając jeszcze na moment do JKM to uważam go za świeckiego konserwatystę, który konserwuje stary ustrój zamiast śpiewać kolędy i jednocześnie popierać lewacki ustrój jaki mamy obecnie. JKM mówił też o starostwach i wójtostwach, że powinny być w rękach posesjonatów, a nie dyzmokrstycznych gołodupców obiecujących utopijne gruszki na wierzbie. JKM ma więcej wspólnego z konserwatuzmem niż chadek, który co niedzielę chodzi do kościoła. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

%d bloggers like this: