banner ad

Syria: co po Assadzie?

| 29 maja 2013 | 0 Komentarzy

assadJakkolwiek rzeź w Syrii, pokazywana przez media, jest prawdą, a rządzący nią Bashar al-Assad z pewnością zasługuje na opinię krwawego dyktatora, to jednak dyskusja o tym, co stanie się w konsekwencji upadku obecnego rządu, pozostaje dalece niewystarczająca. Rezultatem może być zastąpienie kolejnego socjalistycznego dyktatora następnym fundamentalistycznym islamskim reżimem – z horrendalnymi konsekwencjami dla katolików i innych mniejszości, jak też stabilizacji na arenie międzynarodowej.

Krzyki o natychmiastowe włączenie się w najnowszą tragedię w Syrii przywodzą na myśl znany, powtarzający się schemat: rewolucja przeciw rządom tyrana wytwarza wypełnione okropieństwami obrazy, pokazywane następnie w amerykańskich domach. Narasta zrozumiała sympatia dla buntowników, podobnie jak odraza w stosunku do dyktatorskiego reżimu. Pada żądanie podjęcia jakiejś akcji – a potem po prostu się ją podejmuje. Po upadku dyktatora rewolucjoniści zaczną niestety budować państwo muzułmańskie, oparte na fundamentalistycznym rozumieniu islamu, co przyniesie nową falę przemocy w stosunku do bezbronnych i niewinnych. To właśnie wydarzyło się w Egipcie, Libii oraz Tunezji, podobnie jak w Kosowie, które od czasu uzyskania niepodległości zaczęło być niebem dla dżihadystów.

 

Obecnie opisany przed chwilą schemat wydaje się powtarzać w Syrii. Niedozbrojeni rebelianci przegrywają z dobrze wyposażonymi siłami Assada, a nacisk na nich nie słabnie. Obrazy z rzezi mają być tego ilustracją. W rezultacie coraz bardziej słyszalne stają się napływające od politycznych liderów i wpływowych dziennikarzy ponaglenia do udzielenia pomocy. Zalecana jest interwencja USA, być może nawet akcja Narodów Zjednoczonych, a Sekretarz Stanu USA, Hillary Clinton, stwierdziła ostatnio, że Assad spełnia kryteria osoby mogącej być uznaną za zbrodniarza wojennego.

 

Pozostaje jednak pytanie: co po Assadzie?

Bunt pod wodzą islamskich ekstremistów

Obecna rewolta w Syrii ma charakter dżihadu, a jej genezę da się prześledzić wstecz aż do roku 2004, kiedy to islamscy fundamentaliści rozpoczęli kampanię terroru przeciwko reżimowi Assada w odwecie za zamknięcie dróg przenikania bojowników z Syrii do sąsiadującego z nią Iraku. Szlaki te wykorzystywano do niesienia pomocy w akcjach przeciw USA i oddziałom armii irackiej. Assad nie jest wprawdzie sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, tym niemniej jego rząd zdecydowanie sprzeciwia się walce o radykalnie islamskie państwo irackie tuż za swoją granicą, nie chce też wzmocnienia fundamentalistów we własnym państwie.

 

W odpowiedzi na zamknięcie szlaków przerzutowych jeden z najbardziej wpływowych duchownych muzułmańskich w Syrii, Abu al-Qaga, wezwał do obalenia reżimu Assada; skutkiem apelu stało się rozpoczęcie zbrojnej walki z rządem. Sam Abu al-Qaga zginął potem w roku 2007.

 

Syryjskie Bractwo Muzułmańskie odgrywa znaczącą, zarazem zaś wiodącą, rolę w rebelii przeciw Assadowi. W artykule opublikowanym w roku 2011 jeden z liderów Bractwa, Mohammad Shaqfah, oświadczył, że stara się on naśladować w Syrii model turecki. „Nie chcemy niczego na ludziach wymuszać” – stwierdził Shaqfah. „Nie zastąpimy jednej dyktatury kolejną”.

 

Tym, o czym Shaqfah nie wspomniał, jest fakt stopniowego podważania przez obecnego premiera Turcji, Recepa Erdogana, tradycyjnego tureckiego sekularyzmu (choć większość Turków to muzułmanie, Republika Turecka jest państwem świeckim od roku 1923 – a więc od momentu jej założenia przez Musafę Kemala). Sentymentalne oświadczenia Shaqfaha można zakwestionować również dlatego, że rejestr przeprowadzonych z sukcesem rewolucji w Egipcie, Libii i Tunezji, gdzie Bractwo grało pierwsze skrzypce, nie potwierdza jego słów.

Prześladowania katolików

W Egipcie, Libii i Tunezji nowe formy konstytucyjne i administracyjne, zastępujące poprzednie reżimy, oparte są na szariacie. Strach coraz silniej dotyka populacji katolików w tych krajach, a kolejna wojna z Izraelem wydaje się coraz bardziej prawdopodobna. Niektórzy zwolennicy nowo wybranych islamskich rządów nawołują wręcz do powrotu kalifatu – teokratycznej, islamskiej formy państwa z aspiracjami do objęcia władzy nad światem. Katolicki Maronicki Patriarcha Libanu, Beshara al-Rai, stwierdził niedawno, że przemoc i rozlew krwi podczas oraz po ustanowieniu islamskich państw demokratycznych zamienia “Arabską wiosnę” w zimę dla katolików oraz wielu muzułmanów.

 

Patriarcha, którego kościół licznie reprezentowany jest też w Syrii, uważa obecność sił zewnętrznych, wspierających rebeliantów, za część problemu. „To nie ludzie ich chcą [rewolucji prowadzonych przez buntowników]. Stoją za nimi kraje wspierające je finansowo, militarnie i politycznie… Normalni ludzie tego nie chcą” – deklaruje Rai. Ma też dość poważne obawy co do muzułmańskiego powstania przeciw Assadowi. Stwierdził, że pomimo wielu poważnych błędów reżim Assada gwarantował wolność religijną dla wszystkich grup.

 

Niestety Stany Zjednoczone ponownie wydają się gotowe do eksportu demokracji bez zważania na naszą Bill of Rights. A efekty zainstalowania demokratycznych rządów bez realnej ochrony dla mniejszości są dziś widoczne w Iraku. Gdy po wycofaniu się armii USA muzułmański rząd Iraku objął władzę, inspirowane przez fundamentalistów pogromy, bomby i przemoc ze strony tłumów, kierowane przeciw katolickiej mniejszości, spowodowały spadek liczby katolików w Iraku z około 1.500.000 do mniej niż 500.000. Przemoc i zastraszanie katolików wraz z innymi mniejszościami doprowadziła Komisję Stanów Zjednoczonych ds. Międzynarodowej Wolności Religijnej (the United States Commission on International Religious Freedom) do stwierdzenia, że samo istnienie chrześcijaństwa w Iraku, podobnie jak innych mniejszości, jest zagrożone.

 

Odkąd muzułmanie zebrali przytłaczającą ilość głosów w krajach Bliskiego Wschodu, islamscy fundamentaliści także byli zadowoleni z demokracji: oznaczało to bowiem osiągnięcie celu prowadzonej walki, a także pozostawienie bezradnych mniejszości.

 

USA mogą bronić demokracji, ale tylko pod warunkiem, że prawa mniejszości religijnych będą identyczne, jak te, którymi dysponuje muzułmańska większość. Z racji tego, że sytuacja w Syrii zaczyna się powtarzać, rząd nie powinien wspierać ani reżimu Assada, ani też dążących do jego obalenia islamskich fanatyków. Przynajmniej dopóty, dopóki nie wiemy kogo wspieramy.

 

Toby Westerman

Kategoria: Myśl, Polityka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *