Solarewicz: „Ja se na to ne hodżu”. Zasłyszane w dzieciństwie

| 3 czerwca 2016 | 0 Komentarzy

8e811-317230W maju czterdziestego czwartego uciekali na zachód. Konie i wóz, pożyczone od jakiegoś Ukraińca, już stały przed domem. Nagle do drzwi zapukał hołowa, wójt.– Ty, Iwanka, sedy – powiedział do mojej babci.– Sedy… Tebe neczeho ne budet – usłyszała zdumiona kobieta.

Z Pietryczami, wioską oddaloną 18 km od Złoczowa, wojna obeszła się w miarę łagodnie. Ale rodzina po upowskich napadach w okolicy nie widziała tu już miejsca dla siebie. Mimo zapewnień hołowy wyjechali.

Dotarli do Rzeszowa. Jego mieszkańcy podzielili się z wygnańcami wszystkim, co mieli. Ale tam też była bieda. Dlatego latem babcia zdecydowała się na ryzykancką wyprawę po jedzenie, z powrotem do rodzinnej wioski. Dotarła tam towarowym pociągiem, leżąc między skrzynkami po amunicji.

 

Kraj krzyży i chleba

Ostrożnie wędrowała po okolicy. Mało mówiła, dużo słuchała i patrzyła. Nie było już Tymeckich, zamordowanych na oczach najmłodszego dziecka. Zniknęła bez śladu Rozalia, Ukrainka z Poczap (wraz z kulawą matką). Ta, która wiele razy napominała swego brata za mordowanie bezbronnych. Babcia spotykała nielicznych, zaszczutych Polaków, sowieckich żołnierzy, ukraińskich dezerterów i różne podejrzane indywidua. Nocowała u znajomych, często zmieniając kwatery. Jeśli w ogóle spała. Bo wiem, że nocami też czuwała. I wysłuchiwała opowiadanych szeptem historii. Pierwszą osobą, która opowiedziała babci ostatnie tragiczne wydarzenia, była pani Czajkowska, Ukrainka. Gdy tylko usłyszała, że przyjechała dawna znajoma, zaprosiła ją do swojego domu. Tam zamknęła za sobą drzwi i z całej siły objęła ją za szyję. Zaczęła się strasznie trząść. Babcia wspominała po latach – Jak ona mi opowiadała… Ja myślałam, że ona mi tam umrze!

 

Nie chciał zabijać Polaków

Była to jedna z rodzin, o których mówi się po prostu: „Porządni ludzie”. Czajkowscy żyli dostatnio. Mieli murowany dom, kryty dachówką (wówczas nie takie częste). – Taki dworek – mówiła babcia – a wokół niego zabudowania gospodarcze. Stać ich było na wynajmowanie parobków. Byli znani z dawania godziwej zapłaty za pracę i dobrego traktowania ludzi.

W domu mieli dwoje małych dzieci. Dwoje starszych, córka i syn, uczyło się we Lwowie. Pewnego dnia, a było to wieczorową porą, Czajkowskiego spotkał sąsiad, Sikora.– Daj dzieci do naszej organizacji – powiedział.– My potrzebujemy uczonych ludzi, żeby nam pomagali pracować. Czajkowski oczywiście wiedział, o jaką „pracę” chodzi.– Ja se ne hodżu na to, ko mij sin maczał ruki w ludzku newynnu krow – odpowiedział.– Ja se ne hodżu na to – powtórzył.

 

Tak się rozstali.

Gdy przyszedł do domu, opowiedział to żonie. A żona chwyciła się go kurczowo – Oj, że tebe zabyjut! „Ja wtedy płakałam i krzyczałam” – relacjonowała potem. – Ja widieła, szto mojeho człoeka pryjdut, zabyjut. Od tego czasu mąż już nie nocował w domu. Ale pewnego razu jednak przyszedł. Chciał się tylko zdrzemnąć. Położył się na łóżku, tak jak stał, w ubraniu, a żona pilnowała przy oknie.

 

I wtedy oni zaczęli walić do drzwi.

Nie wpuszczeni do środka, przystawili drabinę do dachówki. Przez okno w dachu, przez strych (wyważyli drzwi), dostali się do mieszkania. Mieli karabiny maszynowe. Kazali Czajkowskim położyć się na podłodze. Po nim przejechali serią. Kilka razy.– Z hory na dił striłyły – wspominała Ukrainka. Jej samej zabronili przez dwie godziny podnosić głowę.– Niech sobie Pani wyobrazi – ciągnęła – jak ja się czułam. Jak ta śmierć trzepała mężem przy mnie. Kiedy nim przestało rzucać – chociaż była półżywa – podniosła głowę. Ich już nie było. Spod pociętych pierzyn wydostały się dzieci, które natychmiast przytuliły się do matki.– A na podwórzu blask! Mordercy zanim odeszli, wyprowadzili bydło z obory, a budynki z drobiem podpalili. W domu zdążyli jeszcze zniszczyć piece kaflowe…

Ale przyszedł dzień i trzeba było pochować męża. W Pietryczach ludzie wiedzieli, że to był wyrok. Nikt nie przyszedł pomóc. A był w wiosce niejaki Turkało – Taki był światowy człowiek – mówiła babcia, a pewnie miała na myśli, że był lokalną złotą rączką. Czajkowska odnalazła go i kazała mu zbić trumnę. Z desek pozostałych ze spalonej stodoły.– To była taka paka. Na pogrzeb nie przyszedł nikt. Zupełnie nikt.– Tylko ona sama, z tym Turkałą i z tymi dziećmi małymi zrzuciła męża do grobu. Zrzuciła, bo spuścić trumny nie było komu.

 

Ukrywali ją Ukraińcy

Babcia wróciła do Rzeszowa dopiero na wiosnę czterdziestego piątego. Wcześniej nie mogła. Nie miała przepustki z NKWD. Dla władzy sowieckiej, która tu znowu nastała, była szpionem.

Do tego czasu przechowała ją ukraińska rodzina z Uciszkowa. Kuccy dali jej ciepły kąt i jedzenie, tak, że nawet nie musiała wychodzić z domu. Ukrywali ją całą zimę.– Dlatego – wielokrotnie powtarzała, mówiąc o wojnie na Kresach – nie wolno mierzyć wszystkich ludzi tą samą miarą. I żałowała, że nie przysłała tym dobrodziejom zaproszenia do Polski. Wiem, że wspominała ich często i z wdzięcznością. Nigdy nie dowiedziała się, jak potoczyły się dalej losy Czajkowskich, którzy nie chcieli zabijać Polaków. Ani gdzie i kiedy zginęła odważna Rozalia.  

 

 

Aleksandra Solarewicz

 

Kategoria: Aleksandra Solarewicz, Historia, Publicystyka, Reportaż, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *