Prof. Bartyzel: Medytacja o własności i tradycji

| 19 listopada 2015 | 0 Komentarzy

KossakJuliuszPalacCzart

De republica Cyceron stawia mocną tezę, że własność – zgodnie z nakazami mądrości – winna być rozdzielana według zdolności do jej właściwego użytkowania. Ale zaraz potem zauważa, iż jest to oczywiście zasada niemożliwa do urzeczywistnienia. Płynie stąd wniosek, że w prawie stanowionym nakazy prawa naturalnego mogą być stosowane jedynie w postaci, by tak rzec, rozrzedzonej. Na gruncie prawa własności konkluzja ta, choć dość smutna, wydaje się oczywista; musimy na przykład pogodzić się z tym, że własność posiadają rozrzutnicy albo ci, którzy źle uprawiają ziemię, jednak czy nie prowadzi to do usprawiedliwiania podobnej praktyki w innych sferach – tam zwłaszcza, gdzie w grę wchodzą tzw. wartości nienegocjowalne? Tym, co przychodzi od razu na myśl, jest choćby sławetny „kompromis aborcyjny”.

Faktem niezaprzeczalnym jest natomiast zasadnicza i wieloraka różnica pomiędzy rozumieniem własności prywatnej w nauce katolickiej i przez konserwatystów a jej pojmowaniem przez liberałów. Po pierwsze, własność nie ma charakteru absolutnego, gdyż jedynym właścicielem sensu proprio wszystkiego jest Bóg, a człowiek to tylko „włodarz” mający użytkować tę własność najlepiej, jak potrafi. W stosunku do własności człowiek ma ius procurandi et dispensandi, ale nie ius utendi et abutendi. Po drugie, posiadanie jest prywatne (rodzinne, rodowe etc.), ale użytkowanie ma być społeczne, ma służyć bonum commune. Po trzecie, ta własność, która ukształtowała Europę w średniowieczu, ma związek z zasługą, zwłaszcza wojenną (stąd nadania), i obowiązkami obdarowanego wobec seniora, więc konfiskata za zdradę jest zupełnie uzasadniona, ale to przecież nie to samo, co wywłaszczanie „klasy” posiadaczy. Po czwarte, własność, zwłaszcza nieruchoma i ziemska, nie jest zwykłym towarem, bo wiąże człowieka z otoczeniem społecznym i naturalnym; jest ona zobowiązaniem do przekazania dziedzictwa potomstwu w stanie co najmniej nieuszczuplonym. Dlatego konserwatyści zawsze bronili majoratów, a liberałowie zaczynali wszędzie od grabieży własności ziemskiej – feudalnej i przede wszystkim kościelnej. Po piąte, dominujący dziś typ własności oligarchicznej, anonimowej i nieustannie przechodniej nie zasługuje właściwie na miano prywatnej.

Rozróżnienie prywatne/publiczne jest starożytne, szczególnie rzymskie (res privata res publica) i nie ma nic wspólnego z nowożytnym rozdziałem na „społeczne” i „państwowe”: rzymski pater familias i dominus w domu orazcivis w republice to ta sama osoba, bo res publica to „mury” chroniące domostwa. Ich pomieszanie oraz atakowanie tej konkretnej, realnej tradycji (oraz jej spadkobierczyni, czyli tradycji zachodnio-chrześcijańskiej) w imię „tradycji” sztucznie wykoncypowanej, która jednocześnie (sądząc po podawanych zwykle przykładach, czyli społeczeństw pierwotnych albo dawno już nieistniejących, albo zatrzymanych w rozwoju) jest jakimś „archeologizmem” raczej aniżeli tradycjonalizmem. Bardzo to, nawiasem mówiąc, przypomina podejście tych liturgicznych nowatorów, którzy zniszczyli ryt tradycyjny w imię powrotu do wyimaginowanych albo źle zrozumianych „najstarszych zwyczajów”.

Jeśli arche szuka się w społeczeństwach pierwotnych, to jest to tylko „(pre)historyczne”, podczas gdy arche to zasada transhistoryczna, transcendentna, spoza kosmosu i historii. „Na początku” nie byli Irokezi czy Maorysi, tylko Słowo (Logos), a Słowo nie było na Polinezji czy na Syberii, tylko u Boga. Odczytanie sensu tradycji wcale zatem nie musiało zajść „u zarania dziejów”, lecz przeciwnie – wymagało odpowiedniego stopnia dojrzałości, czyli tego, co Voegelin nazywa leap in being, pozwalającego odczytać transcendentne źródła porządku duszy i społeczeństwa, osobistą (a nie tylko kolektywną) więź człowieka z Bogiem, a co dokonało się jednocześnie i niezależnie od siebie w różnych cywilizacjach, przede wszystkim jednak w doświadczeniu religijnym Izraela oraz w greckiej tragedii (jako „liturgii” Dike politycznej) i filozofii – czyli jednak przez nous/ratio. Rozum noetyczny racjonalizmu klasycznego jest czymś innym niż nowożytny rozum instrumentalny. To Nietzsche szalenie uprościł relację mythos i logos w kulturze greckiej, zupełnie błędnie oskarżając Sokratesa i Platona o zatrucie Hellady racjonalizmem. Tymczasem wystarczy przestudiować pod tym kątem zarówno początek Państwa, jak i Timajosa, żeby przekonać się, że Platon nie deprecjonuje ani mitu, ani tradycji (w sensie obyczaju przodków), co więcej – uważa, że mity wyrażały prawdę duszy, tylko na mało zróżnicowanym poziomie świadomości. Jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że w zepsutej polis tradycja już nie działa samoczynnie, nie chroni więc też młodego pokolenia przed sofistycznym kłamstwem, konieczne jest zatem wzbudzenie rozumnej (logistikon) części duszy, wzniesienie świadomości na wyższy poziom – aż do poznania noetycznego. Kiedy jednak prawda duszy zostanie odkryta w ten sposób, filozof dostrzega, że nie jest w stanie zakomunikować tego doświadczenia duszy inaczej, jak poprzez mit, tyle że teraz musi już sam stworzyć nowy zestaw mitycznych symboli, bo stare – przedfilozoficzne – mity są zbyt proste i „naiwne”, aby to wyrazić. Mit zatem jest zawsze prawdziwy – bo wyraża jakieś poruszenia duszy – toteż głupi jest scjentystyczny pozytywizm, głoszący „pokonanie” mitu przez naukę, ale zatrzymywanie się, czy tym bardziej wzywanie do powrotu do mitów archaicznych, jest przedsięwzięciem absurdalnym i redukcjonistycznym, zaprzepaszczającym zdobycze poznania noetycznego. Aby uchronić społeczeństwo przed zgubną pychą rozumu i wypaczeniem osobowości przez materializm, filozof musi przywrócić prawdę mitu, lecz na wyższym poziomie bardziej zróżnicowanej świadomości.

A „smarowanie klejem” społeczeństwa modo fascista to raczej przepis na takie jego zaklajstrowanie, że wprawdzie może ono od środka gnić dalej nie będzie, ale wskutek martwicy już się nie obudzi i nie odrodzi. Platon też przestrzegał, że polis upadnie, gdy będzie nią rządził archont, którego dusza będzie miała przymieszkę żelaza lub brązu. Choć niewątpliwie w trudnych czasach potrzebny jest „zbawca z mieczem”, który przywróci porządek, a więc raczej król odnowiciel z Polityka, znający logos basilikos, walczący z zepsuciem społeczeństwa, więc niewahający się dokonywać „przeczyszczeń” wśród obywateli, gdy to konieczne, aniżeli znający episteme politike – lecz nie basilike techne – filozof-król z Politei leżącej „u stóp bogów” w niebie (en ourano). Cykl upadku (timokracja – oligarchia – demokracja – tyrania) musi być odwrócony nie przez powrót do idyllicznego Złotego Wieku, lecz przez człowieka, który stanowi mocno trzymające ster narzędzie Idei Dobra.

 

 Profesor Jacek Bartyzel

Kategoria: Jacek Bartyzel, Kultura, Myśl, Publicystyka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *