Prof. Bartyzel: „Jerzuś” Zawieyski, czyli sodomskie „gorącości” moralisty katolickiego

| 23 lipca 2016 | 3 komentarze

1-F-1684-364-300x

W domu moich Dziadków, w których bibliotece po raz pierwszy zetknąłem się z książkami Zawieyskiego, jego nazwisko wymawiano z namaszczeniem. I mnie się to więc zrazu udzieliło, bo to, co przeczytałem najpierw, czyli Notatnik liryczny i Pokój głębi, naprawdę mnie poruszyło – zwłaszcza opowiadanie Dno studni niepamięci, o ofierze Abrahama. I później zresztą jego proza, zarówno beletrystyczna, jak eseistyczna, na ogół się broniła. Literackim koszmarem okazały się dopiero jego poronione dramaty: ich pięć tomów w wydaniu zbiorowym to jeden z większych „pomników” grafomanii w polskiej literaturze – można współczuć aktorom zmuszanym (a tak było za czasów jego „dygnitarstwa”) do zmagania się z drewnianym językiem jego dialogów i „przeżywania” tych wszystkich „ochów” i „achów”.

Im bardziej doroślałem, tym bledsza stawała się również legenda jego politycznego „bohaterstwa”: kiedy po raz pierwszy wysłuchałem, a nie tylko przeczytałem, jego sławetne wystąpienie sejmowe z 1968 roku, czułem się osobiście zażenowany jego niemęskim, płaksiwym tonem. Kiedy zaś dowiedziałem się, że wcześniej zupełnie serio uważał, że jako członek Rady Państwa jest „1/16 głowy państwa” i był z tego dumny, to już wiedziałem, że tak może myśleć tylko półgłówek. Owszem, miał ładny epizod w okresie zwanym „stalinowskim”, kiedy nie publikował, naprawdę nieomal przymierając głodem, ale polityk z niego był żaden. Co gorsza, swoim niepohamowanym gadulstwem i plotkarstwem przez telefon, oczywiście na podsłuchu, wyrządził więcej szkód niż tuzin Tajnych Współpracowników, dostarczając bezpiece „na tacy” bezcenne informacje o prymasie Wyszyńskim, Kościele polskim, Kurii Watykańskiej, KIK-u, pisarzach, emigrantach, kanałach informacyjnych i przerzutowych, a także życiu prywatnym.

Przed wojną wręcz komunizujący, jak to żydowscy puryce wypędzeni przez kahał (de domo nazywał się Feintuch), w czasie niemieckiej okupacji nawrócił się na katolicyzm. Ani myślę tego podważać, nie będę też roztrząsał, jak odtąd swój katolicyzm godził z lewicowością. Zapytałbym raczej, jak „społeczną wrażliwość” człowieka lewicy godził z luksusową konsumpcją, jako wabikiem dla swoich najdroższych kochaneczków, pojonych alkoholem i karmionych kawiorem przed zawleczeniem ich do sypialni, w tych czasach, kiedy miał już – jak sam przyznawał – „zawrotne pobory”. Znamienne też, że mając decydujący wpływ na fundusze i zasiłki dla pisarzy, nigdy nie pomógł żadnej kobiecie.

O jego „Stasiu” (Stanisławie Trębaczkiewiczu), czyli seksualnym niewolniku, którego zwyczajnie kupił sobie od jego ubogich rodziców, wiedziano powszechnie; nawet Prymas przymykał na to oko. Na KUL-u (gdzie załatwił mu wykłady, choć „Staś” nie miał odpowiednich uprawnień) nazywano go za plecami „Panią Zawieyską”. Ale „małżonek” traktował „żonę” jak psa, do którego obowiązków należało, prócz prac domowych i conocnego wypełniania „powinności małżeńskich”, rozbieranie i taszczenie do łóżka pijanego „Jerzusia” wracającego z libacji i orgii. Lecz przede wszystkim „Staś” był tylko wierzchołkiem sodomickiej góry lodowej (czy raczej ognistej); rzecz w tym bowiem, że „Staś” był… zbyt wstydliwy, przyzwoity, skromny, miał za mały temperament. „Jerzuś” natomiast był nienasycony, ciągle w gorącości, żarliwości i euforii. Miał co najmniej jeszcze dwóch stałych, wieloletnich partnerów: znanego później socjologa Marcina Czerwińskiego oraz pallotyna, księdza Romana Szczygła, zwanego pieszczotliwie „Szczygiełkiem” (w jego biogramie w Wikipedii napisano, że Zawieyski był „jego bliskim znajomym”; również nadworny hagiograf KIK-owców i „opozycji demokratycznej”, prof. Friszke, nawet się nie zająknął na temat jego homoseksualnych wyczynów we wstępie do wyboru Dzienników, a więc gatunku jakby z natury intymnego). Ale poza tym były całe tabuny Adasiów, Lusiów, Tadziów, Kaziczków, Janeczków, Kubusiów, najdroższych syneczkówkochaneczkówsmoktusiów, kleryków, aktorów i chłopców „z miasta”, których kochał tak, że czasem aż płakali z bólu, nieraz po kilku dziennie, można by rzec, „w pociągu, w przeciągu, na drągu”: Teraz jest z nim Adaś, ale nadal spotyka się z Lusiem. Po wyjeździe Stasia przychodzi do niego Tadzio; Odwiedził go Kubuś, zakonnik. Korzystając z chwilowej nieobecności Stasia, do którego ktoś przyszedł, zaprowadził zakonnika do drugiego pokoju, prędko pokochał i szybko wyprowadził. Sprowadzał ich nawet do pokoju „Aniołów Stróżów” u zakonnic w Laskach, tyle że trochę się bał, że wpadnie. Ilu duchownych zdeprawował, również w Rzymie, dokąd często jeździł? A jak „rozwiązywał” problem spowiedzi, aby móc przystępować do Stołu Pańskiego, wymijając kołtuństwo, zacofanie i ciemnotę polskich katolików, (…) ograniczonych intelektualnie księży, [którzy] nie potrafiliby [go], zrozumieć, (…) fanatycznego kardynała Wyszyńskiego? Bardzo prosto: spowiadał się u swoich smoktusiów w sutannach, którzy go oczywiście rozumieli i rozgrzeszali.

Tak, wiem, zaraz usłyszę, że to przecież żaden wyjątek, że można wskazać wielu innych katolickich pisarzy tej samej „orientacji”. Ale ja nie znam drugiego takiego przypadku, w którym występowałby aż taki rozziew pomiędzy dnem moralnego upadku a uwznioślaniem swojego autowizerunku, również w literaturze. Zazwyczaj katolicki pisarz mający taki sam problem stara się swoją twórczość „zobiektywizować”: pisze w sposób „przezroczysty”, chowając siebie za narracją o teologii, kulturze, polityce, nie daje natomiast, i to natrętnie, do zrozumienia, jakim to jest „uduchowionym” moralistą, który jest chyba ulepiony z czystej pneumy. Zawieyski czyni to natomiast nieustannie i nachalnie: W moim życiu liczy się tylko służba Bogu i społeczeństwu. Jego hipokryzja sięgała zaiste niebotycznych wyżyn; w Dziennikach pisze: W Laskach staczałem walkę o swoją świętość osobistą. Wracam stamtąd przepełniony sprawami Bożymi, ale swoim smoktusiom opowiadał co innego: najczęściej jeżdżę tam, gdy jestem skacowany, zdechły, wymęczony moim młynem – sejmową katorgą, rautami w Belwederze, miłosnymi seansami i libacjami, gdy choruje moja gospodyni, a Laski słynęły z dobrej kuchni. Podczas orgii nie wahał się nawet drwić z rzeczy świętych: gdy podczas nagich tańców w jego sypialni jeden z syneczków, były ksiądz, zaintonował Te Deum, figurant dołączył do niego, wtórując mu w pieśniach śpiewanych w kościele.

Profesor Jacek Bartyzel

 

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Joanny Siedleckiej Biografie odtajnione. Z archiwów literackich bezpieki (Zysk i S-ka, 2015).

 

za: legitymizm.org

 

 

Kategoria: Jacek Bartyzel, Kultura, Publicystyka, Religia, Wiara

Komentarze (3)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. ks.. Adam Martyna pisze:

    Żydowski judaszp

  2. ks.. Adam Martyna pisze:

    To przez takich jak on i przez to, że hierarchia przymykala oczy i uszy mamy dziś"wiosnę Kościoła"

     

     

     

  3. Sahajdaczny pisze:

    Obrzydliwe… pod tym względem niestety Kościół w Polsce nie zdał egzaminu. Jesteśmy na froncie i walce z diabłem i jego siłami w świecie, od takich ludzi powinno się odcinać stanowczo, a księży wywalać. Modlić się za nich – tak, pomagać wyjść z tego straszliwego grzechu – tak, ale niestety pozwolić im działać w strukturach kościelnych – kategorycznie nie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *