banner ad

prof. Bartyzel – Franco i Falanga

| 4 grudnia 2014 | 1 Komentarz

                                                 

  Franco  Z okazji 122 rocznicy urodzin generała Francisco Franco przypominamy znakomity, bo pozbawiony (jak podkreślił sam Autor) mitów i przeinaczeń, tekst profesora Jacka Bartyzela.

Po tym, jak Michnikolad nadwiślański zatrząsł się z oburzenia, solidarnego z Michnikolandem hiszpańskim, że w słowniku biograficznym Akademii Królewskiej biogram gen. Franco napisany został spokojnie i uczciwie (przy okazji potwierdziło się po raz kolejny, że dla tych kręgów „poważny” historyk to jedynie taki, który pisząc o wrogach lewicy wyrabia stachanowską normę wyzwisk), miałem okazję wymienić parę zdań, a potem już tylko zapoznać się biernie z opiniami na ten temat moich znajomych z Facebooka. Jak się zorientowałem, wspólną cechą tych różniących się pod wieloma względami głosów jest, z jednej strony, generalna sympatia dla Caudilla czy ogólnie dla el bando nacional w hiszpańskiej guerra civil, z drugiej zaś spore uzależnienie od mitów i przeinaczeń, ale nie tych, które produkował Komintern, a powiela je nadal m.in. Gazeta Wyborcza, lecz powstałych po – mówiąc ogólnie – „naszej” stronie, czy po prostu zwyczajna niewiedza. W tym, przyznaję, pisanym ad hoc i z konieczności dość pobieżnym tekście pragnę przeto wyprostować kilka takich przeinaczeń i zdemitologizować parę mitów, popularnych zwłaszcza wśród „narodowo-radykalnie” nastrojonej młodzieży – co nawet nie dziwi, bo te mity działają na wyobraźnię.

Nasamprzód pragnę jednak zaznaczyć, że ja też darzę ogromnym szacunkiem generała Francisco Franco, raz, jako rzeczywistego katechona, który powstrzymał czerwoną barbarię, dwa jako autentycznego i ostatniego w świecie katolickiego suwerena, utrzymującego – a przynajmniej starającego się utrzymać – swoją ojczyznę w jej roli (jak to nazywają tradycjonaliści hiszpańscy) Cristiandad menor, czyli mniejszej rezerwy duchowej w zdesakralizowanym otoczeniu po rozpadzie średniowiecznej Cristiandad mayor. Darzyć szacunkiem nie znaczy jednak zamykać oczu na błędy (któż ich zresztą nie popełnia?), jak również – co nawet z uwagi na cel naszego przyczynku ważniejsze – rezygnować z obowiązku wiernego rzeczywistemu stanowi rzeczy odczytania jego postaci (i systemu, który personifikował) w kategoriach ideowych i metapolitycznych.

Caudillo, pobożny pragmatyk

Kim zatem był Caudillo de España etc. etc. w tym sensie? Odpowiedź na to pytanie nie może być prosta i jednoznaczna. Odrzucamy oczywiście symplifikację, iż faszystą, zwłaszcza że jej obiegowy uzus ma sens obelgi i stygmatyzacji a nie opisu, co zresztą wcale nie znaczy, że to określenie jest zupełnie bezpodstawne, jeśli zważyć, że w latach 30. i 40. ubiegłego wieku prawie każdy był jakoś faszystą (albo „faszystowskim” w stylu anty-faszystą), tak samo ktoś żyjący w XVIII wieku był jakoś oświeceniowcem, a w pierwszej połowie XIX wieku jakoś romantykiem, albowiem faszystowski był duch epoki. Z drugiej strony, nie przemawia do nas teza, iżby Franco dokonał jakiejś syntezy głównych nurtów hiszpańskiej prawicy (identyfikowanych jako tradycjonalizm, autorytaryzm, nacjonalizm i narodowy syndykalizm Falangi – czyli właśnie faszyzm à la espagnole) – nie dlatego, iżby osobiście nie był do tego zdolny, jako umysł przeciętny (jak to się aż nazbyt często i skwapliwie podkreśla), lecz po prostu dlatego, że taka „synteza” jest zupełnie niemożliwa i nie dokonałby jej nawet geniusz. Nie można bowiem syntetyzować ognia z wodą, tradycji z rewolucją; z takich prób wychodzą co najwyżej hybrydalne potworki i zła „moneta” zawsze w końcu wypiera lepszą – co zresztą miało miejsce.

Można mówić natomiast o pewnych nawarstwieniach w jego ideowo-politycznej psyche, nie zapominając jednak, że zawsze – przynajmniej odkąd stał się przywódcą – sympatie czy skłonności były podporządkowane temu, co uważał za dobre i słuszne z pragmatyczno-władczego punktu widzenia. Najlepiej badać te nawarstwienia chronologicznie, choć oczywiście nie jest to do końca możliwe. Zapytajmy jednak, jaką formację otrzymał oraz jakie nastawienia i nawyki z niej wyniósł ten syn masona – libertyna i żarliwej katoliczki, wyedukowany w wojskowej akademii, restaurowanej po 1874 roku monarchii konstytucyjnej? Otóż, pod każdym względem typową(e) dla przedstawiciela establishmentu monarchii istniejącej od oktrojowania konstytucji w 1834 roku i jednoczesnego złamania zasad prawa dynastycznego; monarchii, która właśnie starała się godzić wodę z ogniem, czyli tradycję katolicką z nowoczesnymi zasadami liberalnymi (jak to wyeksplikował główny polityczny autor Restauracji, premier Antonio Cánovas, pisząc w imieniu Alfonsa XII, że jest jak każdy Hiszpan dobrym katolikiem i jak każdy światły człowiek swojego wieku dobrym liberałem). Oznaczało to zatem złamanie pierwszej fundamentalnej zasady hiszpańskiej ortodoksji publicznej, czyli jedności katolickiej (unidad católica) narodu i państwa, co zostało usankcjonowane w art. 11 konstytucji z 1876 roku, dopuszczającym inne niż katolicki kulty publiczne. Po drugie, monarchia konstytucyjna dokończyła radykalnie dzieła „oświeconego despotyzmu” monarchii absolutnej, centralizując państwo i znosząc ostatnie fueros. Produktem finalnym było więc – ulubione przez liberałów – społeczeństwo jednostek, różniących się tylko majątkiem i wpływami nieformalnymi, w miejsce organicznego społeczeństwa naturalnych ciał społecznych. Z drugiej wszelako strony, establishment liberalny monarchii izabelicko/alfonsjańskiej, który natychmiast po zdobyciu władzy podzielił się na dwa odłamy: konserwatywnych moderados i postępowych exaltados, zdawał sobie sprawę, że pustkę, którą wytworzył zniszczeniem i zasady duchowej, na której stała Hiszpania, i jej naturalnej struktury społecznej, może zalać i wypełnić rewolucja – już nie tylko polityczna, ale i socjalna. Trudno było także utrzymać jedność Hiszpanii po zniesieniu tradycyjnych przywilejów prowincjonalnych, bo to z kolei generowało separatyzm, zwłaszcza Basków i Katalonii. Na to zagrożenie establishment ów potrafił znaleźć tylko jedno – typowo zewnętrzne (zapewniające do czasu „ład uczynków i ciała”, ale nie odwzorowanie „ładu duszy”): militaryzację polityki, centralizację polityczną i, jako ich dopełnienie, korumpowanie sfery cywilnej klientelistycznym systemem „kacykizmu” (lokalnych gubernatorów i urzędników). Cały okres „izabelicki” (1833-1868) to – prócz zmagań z karlizmem – to wyrywanie sobie władzy przez trzech głównie generałów: konserwatysty Nárvaeza, centrysty Leopolda O’Donnella i progresisty Beldomera Espartera. Anarchia sexenio democrático(1868-1874) skłoniła liberalnych konserwatystów i progresistów do zawarcia trwałego kompromisu, polegającego na „systemie dwupartyjnym”, którego osobliwość polegała na tym, że przemienność władzy była ustalana przed wyborami, a nie w ich rezultacie, o co mieli zadbać – kijem i marchewką – „kacykowie”. Ten system załamał się na początku XX wieku wskutek naporu nowych sił lewicy (anarchiści, socjaliści, republikanie, separatyści), i ostatnią próbą jego uratowania była znów dyktatura wojskowa (za przyzwoleniem króla) gen. Miguela Prima de Rivery – zresztą łagodna i fachowa, ale i tak nie dało się monarchii uratować.

Jeżeli dodamy jeszcze do tego fakt dynastycznej uzurpacji, to okaże się, że cały stuletni (1834-1930) system monarchiczno-konstytucyjno-liberalno-centralistyczny był niby to konserwatywny i prawicowy, ale pod każdym względem zdefektowany. Widać to wyraźnie, kiedy przyłożymy do niego karlistowski lemat: Dios – Patria – Fueros – Rey. Katolicyzm – religią jeszcze panującą i uprzywilejowaną, ale już nie jedyną. Ojczyzna – pozbawiona pluralizmu las Españas, wskutek czego podzielona na decydujący o wszystkim Madryt i zmarniałą, a w częściach buntującą się, prowincję. Fueros skasowane. Król jest, ale z dynastii uzurpatorskiej. I to właśnie jest świat ideowy, w którym wychował się, i który ukształtował Franco. To „uzbrojony liberał” (liberal militar), który stanowi ostatnie ogniwo na trajektorii konserwatywnych (ale nie tradycjonalistycznych) generałów, od wspierającego swą żelazną pięścią1 tron Izabeli II, gen. Ramóna Nárvaeza, poprzez restaurującego monarchię w 1874 roku gen. Arsenia Martíneza Camposa i próbującego ją ocalić, wspomnianego już gen. Miguela Prima de Riverę. Tu również jest źródło tego błędu Franco, który często mu wypominają, ale źle lub niedostatecznie go rozumieją, nasi prawicowcy: że dokonał złego wyboru króla. W istocie ten błąd jest znacznie poważniejszy niż pomyłka co do osoby i prawdziwych przekonań D. Juana Carlosa de Borbón. Franco popełnił bowiem typowy błąd monarchistów nie dość uświadomionych co do istoty zasad prawowitości. Sądził bowiem, że króla należy szukać, tymczasem króla trzeba tylko umieć znaleźć tam, gdzie on już jest i czeka, aby objąć, co jego. Ale jak znaleźć, jeśli było się wychowanym w przeświadczeniu, że króla należy szukać gdzie indziej, w obrębie dynastii, która nie miała nigdy prawowitości formalnej, a prawowitość teologiczną straciła? Ślepota jest wtedy nieuchronna.

Oczywiście, to tylko najstarszy i najgłębszy podkład tego „palimpsestu”, którym była polityczna osobowość Franco. Nie można zlekceważyć ani pogłębienia się jego – zrazu bardzo letniej – religijności, ani wpływu wywartego nań przez jedyną poza karlistami grupę autentycznie tradycjonalistyczną, choć niekonsekwentnie, czyli Acción Española2, której doktrynę – nacionalcatolicismo3 – uczynił właściwie doktryną państwową, choć niestety razem z durnowatym nacionalsindicalismo; ani wreszcie oddziaływania lektur pisarzy karlistowskich: Juana Vázqueza de Melli i Víctora Pradery. Nie można jednak też ich przeceniać. Konsekwentnie i szczerze Franco zrealizował jeden punkt tradycjonalistycznego lematu: państwo katolickie4, ale wszystkie pozostałe (Patria jako „ojczyzna ojczyzn”, Fueros i Rey legítimo) zignorował. A nie można selektywnie restaurować Świętej Tradycji. Z Tradycją jest jak z ciążą: niepodobna być w niej częściowo.

Skoro Franco nie odbudował tradycyjnego społeczeństwa organicznego, złożonego i uporządkowanego hierarchicznie z naturalnych ciał społecznych, to musiał znaleźć inne rozwiązanie problematu faktycznie osobistej i dyktatorskiej władzy. Znalazł je – a raczej wziął, idąc jak typowy wojskowy po najmniejszej linii oporu, to, co było pod ręką i na ówczesnym „europejskim topie”: rozwiązanie dokładnie przeciwne doorganicznego, bo mechaniczną i umundurowaną organizację z silnym, aż po 1945 rok, nalotem faszystowskim, pod postacią „zreformowanej” i zunifikowanej Falangi (Pseudo)Tradycjonalistycznej, czyli typowej monopartii, do której zmuszeni zostali wstąpić wszyscy aktorzy el bando nacional. Zamiast zatem tradycyjnej i naturalnej hierarchii – quasi-wojskowa hierarchia organizacyjna; zamiast ciał społecznych – nieszczęsne syndykaty; zamiast restauracji monarchii prawowitej (czy przynajmniej przygotowania „linii drogowej” do niej) – pozostawianie wszystkich w niepewności, jaki będzie ostateczny ustrój do 1947, a kto będzie panował – aż do 1969 roku. Kiedy zaś faszystowski totalizm wyszedł z mody5, Franco rozwinął i realizował – trzeba przyznać, perfekcyjnie – taki model swoistego pluralizmu politycznego6, który w niczym nie zagrażał jego dyktatorskiej władzy. Polegał on na okresowym faworyzowaniu jednej z licznych familias políticas, ale zawsze pozostawiając przyczółki i odwody dla pozostałych „rodzin”. I tak, po okresie preponderancji totalniaków z Falangi – hamowanych jedynie przez ministrów karlistowskich i hierarchię kościelną), nastąpił okres (1945-57) dominacji chadeków – „kolaboracjonistów” z Akcji Katolickiej, następnie (1957-66) pseudokonserwatywnych opusdeistów, którzy wszczęli reformy wolnorynkowe, a upadli wskutek afery MATESA, wreszcie jawnie już liberalnych aperturistas, przygotowujących transición ku „ukoronowanej demokracji”. Na szczycie i jako jedyny decydent pozostawał jednak zawsze Caudillo, z bezgranicznie mu wiernym (taki hiszpański płk Sławek) adm. Luisem Carrero Blanco. Wszystko to pozwala zatem określić Franco jako ideowo eklektycznego pragmatyka władzy, dla którego stałymi i niezmiennymi zasadami są tylko: religia katolicka oraz niezawisłość, wielkość i siła Hiszpanii oraz duma z własnego kraju i – tak, tak!, to dla niego też był priorytet – zamożność Hiszpanów. To skrzyżowanie oficera w służbie Św. Inkwizycji z francuskim Henrykiem IV, który chciał, żeby każdy Francuz miał na niedzielę garnek z rosołem z kury.

Wesoły Wieloryb, czyli o przewagach Falangi

Zdaję sobie sprawę, że tą częścią mego artykuliku wzbudzę szczególną irytację dzisiejszych entuzjastów Falangi, idealizujących ją sobie na modłę swoich własnych marzeń. Zaznaczę jednak, że nie piszę tego po to, aby kogokolwiek specjalnie drażnić; uważam natomiast, że mity, choćby powabne, należy poddawać ożywczemu egzorcyzmowi prawdy.

Nigdy otóż nie mogłem czytać bez pewnego rozbawienia rzewliwych skarg i samych weteranów Falangi, i ich młodych adeptów, na to, że Franco ich „oszukał” albo „zdradził”. Cóż to bowiem realnie znaczy? Jeśli chodzi tu ogólnie o to, że nie dał im nigdy pełni władzy, a potem wręcz zmarginalizował, to jest to oczywiście prawdą, ale niby dlaczego miałby to czynić? Poza tym, jak wskazałem wyżej, dotyczy to nie tylko falangistów, ale wszystkich innych familias políticas i ich głównych aktorów: w tym sensie Franco „oszukał” czy „zdradził” króla, któremu przysięgał jeszcze jako oficer monarchii, Alfonsa XIII (któremu wysyłał skrupulatnie meldunki z każdego odbitego miasta, ale „zapomniał” to zrobić raz – po wyzwoleniu Madrytu i zakończeniu wojny), hrabiego Barcelony i monarchistów juanistycznych, potencjalnie konkurencyjnych generałów, swojego własnego szwagra Serrana Súñera (który z number two spadł nagle do niebytu), oczywiście karlistów, chadeków, ludowców, w końcu też opusdeistów, etc. etc. Dlaczego zatem akurat „zdrada” wobec Falangi miałaby być czymś szczególnie obciążającym? Czy miał wobec niej jakikolwiek dług wdzięczności? Jeżeli natomiast chodzi o to, że nie pozwolił falangistas przejść do „drugiego etapu” i przeprowadzić „rewolucji syndykalistycznej”, która by naprawdę trwale upodobniła Hiszpanię do Włoch Mussoliniego i III Rzeszy, to jest to raczej powód, aby wznieść podwójny toast na cześć politycznej roztropności i aideologicznego zdrowego rozsądku Generalísimo.

Lecz przede wszystkim skargi te są arcykomiczne dlatego, że w gruncie rzeczy sprawy miały się dokładnie odwrotnie. Franco nie zawdzięczał Falandze nic, ona natomiast jemu – wszystko. Generał wyciągnął ją z politycznego niebytu i uczynił potęgą. Do chwili wybuchu wojny domowej Falanga była politycznym karzełkiem, plączącym się między nogami gigantów, pomiędzy – jak by powiedział Donoso Cortés – idącymi na ostateczny bój „falangami katolickimi” i „falangami socjalistycznymi”, w dodatku karzełkiem do końca niezdecydowanym, po której właściwie jest stronie (J.A. Primo de Rivera próbował razem z umiarkowanym socjalistą Indalecio Prieto szukać „trzeciego wyjścia”). Temu karzełkowi Caudillo dał w 1937 roku możliwość zorganizowania całego życia politycznego w ramach masowej monopartii7, w której falangiści de factowchłonęli wszystkie inne nurty. Uczynił tak dlatego, że – jak już napomknięto – powierzenie tej funkcji (i, co też bardzo ważne, propagandy, bo w wojnach papierowych falangiści byli zawsze bardzo dobrzy) umundurowanej i zdyscyplinowanej organizacji najlepiej zapewniało mu porządek na tyłach w wojnie toczonej zasadniczo wysiłkiem armii i karlistowskich requetés (Banderas de Falange weszły do walki faktycznie dopiero w 1937 roku).

Oczywiście, nie zapominam o poważnej różnicy pomiędzy pierwszą, kadrową i „autentyczną” Falangą „starych koszul” (camisas viejas) a drugą, masową, do której zapisywali się wszyscy oportuniści i ci, co chcieli zrobić karierę: jak to mawiał mający niewyparzony język karlista F. Elías de Tejada, todas prostitutasnajgłośniej krzyczą: „Franco, Franco, Franco!”. Wiadomo też, że do 1942 roku Falangą rządził (i nadawał jej prohitlerowski kurs) faktycznie wicepremier Ramón Serrano Súñer, który wywodził się z chadecko-konserwatywnej i republikańskiej CEDA. W tym okresie falangizm w walce z karlizmem i z Kościołem zniżył się wręcz do politycznego bandytyzmu: w 1942 roku falangistowscy bojówkarze wrzucili dwa granaty w tłum wiernych, wychodzących z Bazyliki Virgen de Begoña pod Bilbao, po mszy za poległych requetés, zabijając dwie i raniąc kilkadziesiąt osób; w 1945 roku został przez nich pobity do krwi w madryckim parku Buen Retiro wspomniany F. Elías de Tejada; wreszcie 24 VII 1951 roku w zamachu bombowym, tuż po wyjściu z mszy św. w kościele w Tetuanie, zginął dawny dowódca requetés, minister wojny, gen. José Enrique Varela.

Przyjrzyjmy się jednak owej „autentycznej” Falange Española z okresu II Republiki i jej obliczu ideowemu. Przede wszystkim rzuca się tu w oczy kompletna niespójność i chaotyczny miszmasz w łonie tego – skądinąd faktycznego „dziwnego przypadku” (extraño caso), jak napisał S.G. Payne – hiszpańskiego faszyzmu. Założona w 1933 roku FE powstała na bazie trzech zupełnie niekompatybilnych grup. Pierwsza, najważniejsza i najliczniejsza, to skupiona wokół faktycznie „charyzmatycznego” belissimo joven, José Antonia Prima de Rivery y Sáenz de Heredia, grupa takich samych jak ów markiz de Estella (i syn eks-dyktatora), który gardził monarchią, inteligentnych i wykształconych, ale „romantycznie rozwichrzonych”, señoritos iseñoritas z dobrych madryckich domów, arystokratycznych i burżuazyjnych, lecz bałamucących się społecznym radykalizmem i zafascynowanych dynamiką włoskiego faszyzmu, okraszona nadto awangardowymi pisarzami i artystami, jak Ernesto Giménez Caballero, z Gaceta Literaria, gdzie zresztą młodzi faszyści doskonale się rozumieli z młodymi anarchistami i komunistami. Falangiści Prima trochę się wprawdzie tłukli z bojówkami komunistów i socjalistów (bardziej jednak byli tłuczeni, bo początkowo, nieco „franciszkański” wódz im zabraniał), ale większe sukcesy mieli w podbojach modnych madryckich kawiarń i kabaretów, na czele z ich ulubionym „Wesołym Wielorybem” (La Ballena Alegre). Podkreślić należy, że José Antonio (jak przyjęło się mówić) był naprawdę religijny, wręcz mistycznie (podobnie jego siostra Pilar), i że gardził Hitlerem, odkąd się z nim (raz w życiu) spotkał, oświadczając, że to zły człowiek, bo nie wierzy w Boga. Pięknie, lecz trzeba też zauważyć, że żaden karlista nie potrzebował urządzać sobie rendez-vous z gefrajtrem z wąsikiem, aby dojść do takiej konkluzji.

Druga grupa to tzw. narodowi syndykaliści, którym przewodził Ramiro Ledesma Ramos. Postać będąca zupełnym przeciwieństwem José Antonia: wręcz „antycharyzmatyk”, ponury i nudny doktryner, choć wykształcony filozoficznie w Niemczech, lecz co najważniejsze – fascynat narodowego socjalizmu i osobiście Hitlera (tłumaczył Mein Kampf na hiszpański i nawet czesał się „w ząbek” na wzór swojego idola), zawzięty plebejusz i ateista, nienawidzący katolicyzmu, monarchii i arystokracji. Różnice były więc tak jawne, że jeszcze przed wojną Ledesma i jego JONS odeszli od Falangi. Ten nieszczęsny półgłówek miał zupełnie tragikomiczny koniec, bo gdy wybuchło powstanie, zgłosił się, by bronić republiki przed reakcją, ale go aresztowano i rozstrzelano8. Trzecia grupa wreszcie to prowincjonalne ugrupowanie z Valladolid o obliczu chadecko-konserwatywnym, któremu przewodził wyciszony i poważny Onésimo Redondo. Los sprawił więc, że już na początku wojny zginęli przywódcy wszystkich trzech odłamów. Szczególny wymiar miała oczywiście śmierć José Antonia, aresztowanego jeszcze przed wojną, a po jej wybuchu skazanego na śmierć i rozstrzelanego. Franco faktycznie nie kiwnął palcem, aby wysłać jakiś oddział na Alicante i spróbować go odbić9. Czy jednak można mu się dziwić, skoro José Antonio w listach pisanych z więzienia odgrażał się, że wystąpi przeciwko powstaniu, jeśli okaże się ono „reakcyjne”? W gruncie rzeczy, rojos zabijając Prima oszczędzili Franco jeszcze jednej egzekucji (a Hiszpanii narodowej – wojny domowej w wojnie domowej, tak jak stalinistów z POUM w Barcelonie po przeciwnej stronie), do której niechybnie musiałoby dojść. Natomiast martwy José Antonio znakomicie nadawał się do wykorzystania jako Proto-Mártir Krucjaty.

Już chyba z tego pobieżnego przeglądu widać, jaki był to eklektyzm: faszyzm – albo proweniencji włoskiej albo nazistowskiej, antykapitalistyczny radykalizm społeczny, republikanizm, mistyczny katolicyzm (ale z chęcią podporządkowania Kościoła „ewangelii falangistowskiej”) – albo jadowity antykatolicyzm Ledesmy. No, i trochę tradycjonalizmu, owszem, zwłaszcza w nawiązaniach do Hiszpanii imperialnej i konkwistadorskiej, ale Tradycji traktowanej jak „kwiatek do kożucha” faszystowsko-narodowo-syndykalistyczno-republikańskiego. Stać mocno wrośniętym w Tradycję, żyć integralną Tradycją po prostu, a wąchać ją jak ładny kwiatek (dodając zaraz, że trzeba go przesadzić do nowej doniczki i zmienić mu ziemię), to są dwie zupełnie różne rzeczy. A wszystko to w oceanie retoryki, retoryki i jeszcze raz retoryki… Romantycznej, egzaltowanej, „heroicznej”; jednym słowem – prawie niewyczerpanego rezerwuaru „mocnych”, wyrażających dezynwolturę i pogardę dla „mieszczuchów” („lepiej umrzeć od kul marksistów niż od nudności prawicowców” itp.) frazesów na podorędziu. Dawno rozpoznany i opisany, od Armina Mohlera począwszy, faschistiche Still – oto cała myśl polityczna „joseantonianizmu”.

Lecz naprawdę to nie wszystko, bo trzeba w końcu wskazać najważniejszy fundament ideowy falangizmu, jakim był – wiem, że to może być zaskakujące, ale tak było – liberalizm. Prawda, w najbardziej wyrafinowanym intelektualnie kształcie na gruncie hiszpańskim, jaki stanowiła myśl filozoficzna José Ortegi y Gasseta. Falangiści mieli wielu mistrzów, których czcili, zwłaszcza z liberalno-nacjonalistycznego Pokolenia ’98, na czele z Miguelem de Unamuno – tyleż patetycznym, co chimerycznie zmiennym w swoich zapatrywaniach politycznych. Jednak ich największym guru był bez wątpienia Ortega y Gasset. Wielbili go wszyscy: Primo de Rivera, Giménez Caballero, Juan Aparicio, a Alfonso García Valdecasas i Ledesma Ramos byli nawet jego studentami. „Nasza pozycja teoretyczna – pisał ten ostatni – widzi i uczy się w książkach mistrza José Ortegi y Gasseta, gdzie znajduje się prawie w całości”. Cóż takiego ich w nim fascynowało?

Aby na to odpowiedzieć, trzeba naprzód zdystansować się do powszechnego w Polsce odbioru Ortegi. Jest on wprawdzie jednym z tych nielicznych myślicieli hiszpańskich, którzy w Polsce są czytani, ale rozumianym mocno jednostronnie, w perspektywie uniwersalistycznej, bez odniesienia do kontekstu bezpośredniego, czyli właśnie hiszpańskiego. Ortega jawi się więc w Polsce jako elitarysta ostrzegający przed „buntem mas” i piętnujący demokratyczną „nienawiść do lepszych” (odio a los mejores), a zatem jako myśliciel konserwatywny, stąd bardzo lubiany na prawicy. Tymczasem, w geografii politycznej Hiszpanii Ortega nigdy nie był na prawicy; przez większość życia zajmował pozycje, które można określić jako „lewe centrum”: republikańskie, laickie, postępowe. Nie można go określić nawet jako konserwatystę, tym bardziej zaś jako tradycjonalistę. Ba, był on bodaj nawet najbardziej finezyjnie wyrażającym swe przekonania – więc najgroźniejszym – wrogiem hiszpańskiej Tradycji. Jego zdaniem, Tradycja – czyli ów nierozerwalny stop katolicyzmu z hispanidad – przetrąciła Hiszpanii kręgosłup (España invertebrada – tak brzmiał tytuł jednej z pierwszych jego książek), uczyniła ją chorą na patologiczny brak woli (abulia), „martwą rasą”, „bezwładnym szkieletem”, „oligarchią śmierci” zaklętą w izolującej od Europy „tybetanizacji” (czyż może być bardziej wymowne oskarżenie Kościoła?). Kiedy więc czytamy o „buncie mas”, to myślimy o (roszczeniowych) masach gdziekolwiek, ale dla Ortegi „masy” to także – i najbliżej – „katolicki ciemnogród”, hiszpańskie „mohery”, którym nie można wbić do tępych głów świadomości dobrodziejstw „wchodzenia do Europy”.

Czy to znaczy, że Ortega nie był hiszpańskim patriotą? Bynajmniej. On chciał Hiszpanię odrodzić, ale uważał, że warunkiem odrodzenia, „witalizacji” czy „rewitalizacji” Hiszpanii jest zasypanie tego duszącego truchła Tradycji, a więc przede wszystkim modernizacja, laicyzacja i „europeizacja”. W XVIII i XIX wieku antytradycjonalistyczni afrancesados szukali natchnienia głównie w Paryżu. Dla Ortegi „europeizacja” powinna być przede wszystkim intelektualną „germanizacją”, której sam doznał studiując na najlepszych niemieckich uniwersytetach, poznając neokantyzm szkoły Marburskiej, fenomenologię, egzystencjalizm Heideggera etc.

I to właśnie wzięli od Ortegi falangiści. Oni też kochali na swój sposób Hiszpanię, ale co do roli Tradycji mieli zbliżone poglądy, choć może bardziej zniuansowane. Też bardzo przejęli się misją modernizacji Hiszpanii, żeby ją uczynić wielką i żywotną. A co w latach 30. było szczytem nowoczesności w Europie, najszybszą ścieżką modernizacji? Były takie ścieżki dwie: bolszewicki marksizm z piatiletkami w Rosji Sowieckiej oraz faszyzm i narodowy socjalizm. Akceptacja marksizmu była wykluczona (choć nie całkiem dla Ledesmy). Pozostawał więc tylko faszyzm. José Antonio wybrał wariant włoski, Ledesma, który też studiował w Heidelbergu – hitleryzm, zamieniając tylko Żydów Cohena, Natorpa czy Husserla na Hegla, Hartmanna, Heideggera i najmodniejszego germańskiego „filozofa” – Adolfa Hitlera. I trzeba dodać, że Ortega wcale się do tego nie dystansował. W programie założonego przez siebie Ugrupowania w Służbie Republiki zawarł dążenie do zorganizowania Hiszpanów jako „narodu pracujących” (pueblo de trabajadores), z obowiązkiem pracy i przymusowym połączeniem wszystkich obywateli w syndykaty – wypisz, wymaluj, program Falangi. Po śmierci zaś swojego ucznia Ledesmy powiedział: „Nie zabili jakiegoś człowieka, zabili zrozumienie” (No habéis matado a un hombre, habéis matado a un inteligencia).

Oto zatem istota falangizmu: liberalizm ortegiański ożeniony z narodowym syndykalizmem i faszystowskim „stylem”. Liberalny faszyzm, faszystowski liberalizm – słucham, że niemożliwe? A czyż włoski liberał heglista, Giovanni Gentile, nie był pierwszym doktorem faszyzmu?

Coda: Hiszpańscy „pryszczaci”, czyli od „zetempowca” do „ojca demokracji”

Na koniec, przyjrzymy się drodze politycznej najwybitniejszych intelektualistów Falangi, aktywnych zwłaszcza po 1940 roku, ale z „autentycznym” rodowodem „starych koszul”, nie żadnych tam karierowiczów. Mowa tu o takich postaciach, jak poeta (współautor hymnu Falangi, potem szef propagandy, zwany „hiszpańskim Goebbelsem”) Dionisio Ridruejo, filolog Antonio Tovar, filozofowie Pedro Laín Entralgo i José Luis López-Aranguren. Od zakończenia wojny domowej są oni bardzo opozycyjni wobec Franco, ale z jakiej strony jest to (zrazu) opozycja? Właśnie z faszystowskiej, a nawet narodowo-socjalistycznej10. Mają oni pretensje do Franco, że nie pozwolił na „rewolucję syndykalistyczną”, tylko ustanowił reakcyjną dyktaturę klerykalno-obszarniczo-wojskową, oraz że nie chce wspomóc walczącego o nowy ład w całej Europie, Führera Trzeciej Rzeszy. Lecz oto, mijają lata, i intelektualiści ci, nie zmieniając pozycji wrogiej Franco (acz korzystając cały czas z różnych beneficjów systemu), zmieniają język swojej opozycyjności. Reżim już nie jest dla nich za mało faszystowski, lecz za bardzo faszystowski, bo oni właśnie stają się „antyfaszystami”. Dołączają do „opozycji demokratycznej” i ją współtworzą, niektórzy wręcz spiskują przeciwko Franco (udział Ridruejo w contubernio de Munich). Wybierają różne opcje – Ridruejo zakłada socjaldemokrację, Arangueren staje się mentorem postfrankistowskiej „prawicy”, Laín i Tovar nie należą do żadnej partii – ale wszyscy są wielkimi demokratami i na starość nikt już nie pamięta, że idolem tych „ojców demokracji”, antyfaszystów i bojowników walki z dyktaturą (straszliwie prześladowanych funkcjami ambasadorów, rektorów etc.) był kiedyś Adolf Hitler.

Czy niczego Ci to nie przypomina, Koteczku? Przecież to są biografie takie same, jak wielu „ojców demokracji” III Rzeczypospolitej, dekorowanych przez prezydentów Kwaśniewskiego i Komorowskiego. To jak Wiktor Woroszylski, który wysiadając w 1945 roku na stacji Łódź Fabryczna pyta kolejarza, gdzie tu się można zapisać do partii bolszewickiej; jak Karol Modzelewski i Jacek Kuroń piętnujący Gomułkę w Liście otwartym do Partii za to, że nie przykręca śruby Kościołowi, nie wprowadza kolektywizacji wsi i nie zastępuje wojska strażą robotniczą; jak „drogi Bronisław” Geremek karcący, jako sekretarz uczelniany, tegoż Kuronia nawet za jakieś tam odchylenie od linii stalinowskiej. A potem wszyscy ci panowie stają się budowniczymi „opozycji demokratycznej” i w końcu okazuje się, ze byli w niej od zawsze. Chcesz więc zrozumieć, Koteczku, meandry myśli falangistowskiej? Studiuj uważnie – niczym Plutarchowe Żywoty paralelne – życiorysy polskich „ojców demokracji” z „lewicy laickiej” – może jednak niekoniecznie z dzieł ich nadwornych hagiografów, takich jak Andrzej Friszke.

prof. Jacek Bartyzel 

za; www.legitymizm.org

foto: wikipedia/Francisco_Franco#mediaviewer/File:Retrato_de_Francisco_Franco.jpg

1 Jak mówi anegdota, kiedy umierającego Nárvaeza spowiednik spytał: „Synu, czy wybaczyłeś swoim wrogom?”, ów odpowiedział: „Nie mam, ojcze, wrogów, wszystkich kazałem rozstrzelać”.

2 Acz nie pozwolił na reaktywowanie tego „pisma męczenników” po wyzwoleniu.

3 Lepiej jest używać tego określenia w wersji oryginalnej, bo przekład polski: „narodowy katolicyzm” deformuje jego sens sugestią, iż chodzi tu o jakąś „nacjonalizację” katolicyzmu, podczas gdy właściwy sens jest odwrotny: chodzi o to, że to katolicyzm nadaje sens hiszpanizmowi.

4 Lecz nawet i w tym pod koniec życia się ugiął – tym razem przed zmodernizowaną hierarchią kościelną – wprowadzając prawo o wolności religijnej.

5 Należy mocno podkreślić, że sięgnięcie w latach 1937-45 po wzorce faszystowskie nie miało nic wspólnego z rzeczywistymi poglądami czy upodobaniami Franco. Przeciwnie, teatralny faszyzm włoski go śmieszył, a ponury rasistowski hitleryzm budził jego odrazę. On po prostu wziął to, co mu się wtedy politycznie kalkulowało, a potem bez najmniejszego żalu odrzucił jako zużyty but.

6 Należy oczywiście jeszcze pamiętać o dwóch najważniejszych filarach władzy: armii i (z wyjątkiem okresu „progresizacji” po SV II) Kościele.

7 Naturalnie, musiał się jednocześnie pozbyć niezdolnego do jakiejkolwiek finezji politycznej, prostaka Manuela Hedillę, formalnego szefa Falangi po śmierci José Antonia, który zresztą znakomicie mu to ułatwił wszczynając rebelię w Walencji; Franco nie rozstrzelał go na prośbę Hitlera (znamienny protektor!), ale zakazał działalności.

8 Ściślej mówiąc, gdy wiedział już, że czeka go śmierć, wyrwał karabin z rąk żandarma i strzelił sam do siebie, krzycząc, że nikomu nie pozwoli go zabić.

9 Dodajmy, że kilka lat później nie kiwnął również palcem, aby spróbować wydobyć z hitlerowskiego obozu koncentracyjnego regenta Wspólnoty Tradycjonalistycznej, księcia Ksawerego.

10 W tym wypadku warto polecić dobrze udokumentowane studium A. Wielomskiego, „Faszyzm kleszy” Pedra Laína Entralgo. Biografia z faszystowską dziurą, „Studia nad Faszyzmem i Zbrodniami Hitlerowskimi”, t. XXX, 2008.

 

Kategoria: Historia, Jacek Bartyzel, Myśl, Polityka, Publicystyka, Religia

Komentarze (1)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Manufaktura1 napisał(a):

    Franco zatrzymał postęp gospodarczy, naukowy,społeczny  na dziesięciolecia. To był  zadufany w sobie mitoman-faszysta. A Falangi na szczęscie już nie ma – monarchia ją unicestwiła.

    Pozdrawiam Janusz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *