Matuszewski: Głos w dyskusji o Żołnierzach Wyklętych

Zelazny_58_08Żołnierze Wyklęci to zarówno ludzie, jak też pewna historia i etos, który jej towarzyszy. Mowa o partyzantach i żołnierzach podziemia zbrojnego, którzy po roku 1944 i 1945 zdecydowali się dalej walczyć i uważali, że to, z czym mają do czynienia, jest niczym innym, jak tylko kolejną okupacją, tym razem wspartą przez marionetkowy polski rząd, utworzony ze zdrajców i służący de facto interesom ZSRR. Czy mieli rację? Czy było to – jak chcą oponenci – jedynie marnowanie zasobów ludzkich i nierealne mrzonki?

Uważam, że nie. Przede wszystkim zwróćmy uwagę, że oceniając i wartościując decyzje podejmowane przez „Ognia”, „Mściciela”, „Łupaszkę” i setki innych, popełniamy pewien fundamentalny błąd. Uważamy, że w czasie, o którym mowa, powinni byli wiedzieć o tym, o czym wiemy my w roku 2015, wsparci wnioskami płynącymi z badań historycznych i powszechnie dziś dostępnych dokumentów. Dla nich sprawa była mniej oczywista. Oto bowiem w Londynie nadal funkcjonował zakorzeniony w II RP legalny rząd; podpisano wprawdzie międzynarodowe umowy w Poczdamie i Teheranie, ale pozostawało sprawą jasną, że dotychczasowi sprzymierzeńcy nie darzą się sympatią. Dość rychło potwierdził to Churchill, kreśląc koncepcję tzw. żelaznej kurtyny, a zaogniająca się sytuacja wokół Berlina i kształtowanie się nowych, globalnych stosunków wojskowych i politycznych jak najbardziej sprzyjały dywagacjom o nowym konflikcie. Mówił o nim nawet premier Wielkiej Brytanii.

Błędem jest zatem twierdzenie, że partyzanci walczyli z wiatrakami. Dla nich realną rzeczywistością była wrogość między dwoma blokami politycznymi, pozwalająca domniemywać dalszego zaogniania sytuacji. Było to przeświadczenie na tyle powszechne, że podzielano je nawet na Downing Street.

Często nie bierze się pod uwagę fundamentalnego dla mechaniki podejmowania decyzji zagadnienia formacji intelektualnej i duchowej. Ona nie pozostawiała wyboru co do tego, jaką postawę należało przyjąć wobec nowej rzeczywistości – nawet, jeżeli wróg przejął władzę i nieuchronnie umacniał ją w asyście radzieckich czołgów. Dla wielu wiązało się ze swoistą degeneracją, zmuszeniem jednostki do wyrzeczenia się własnej tożsamości i przyjęcia nowej ideologii, dotąd powszechnie uważanej za najwyższe społeczne i polityczne zło. Trochę tak, jak kilkadziesiąt lat później mówił ksiądz Popiełuszko: „Naród ginie, gdy brak mu męstwa, gdy oszukuje siebie, mówiąc, że jest dobrze, podczas gdy jest źle, gdy zadowala się tylko półprawdami”. Swoją droga zadziwiająca zbieżność postaw – a także losów…

Przejście na stronę współpracy z ludźmi, którzy stanowili dokładne odwzorowanie postaw, z jakimi pozostawali w jaskrawym ideowym konflikcie, było trudne. Mimo to wielu z nich – o czym mało kto wie, początkowo nie tylko decydowało się ujawnić, lecz nawet zasilało szeregi formowanej wówczas MO i SB. Niestety po kilku miesiącach, widząc, z czym mają do czynienia, po prostu wracali do lasu. Nie byli w stanie zaakceptować służalczości wobec Moskwy, którą widzieli wszędzie; zamiast niepodległej Polski – napotykali rosyjskie oddziały i kadrę Armii Czerwonej w roli zwierzchników polskich służb mundurowych i sił zbrojnych. Brutalizacja dnia codziennego i więzienia pełne tych, którzy się ujawnili i zdali broń, dopełniały reszty. I to ujawnili się wcześnie, bez zwłoki. Tylko że dla polskiej i radzieckiej bezpieki nie to było ważne – ci ludzie byli solą poprzedniego systemu, zatem należało się ich pozbyć.

Jednym z najczęściej powtarzanych mitów na temat Żołnierzy Wyklętych jest sprowadzanie ich do roli zdziczałych partyzantów, którzy po kilku latach walki nie potrafią już inaczej żyć, zatem po roku 1945 znaleźli sobie nowego wroga. Ci, którzy w końcu wybierali dalszą walkę, chcieli wrócić do społeczeństwa, a także normalnie pracować – wielu z nich miało przecież rodziny. Ale nie za cenę zaprzedania duszy i zapomnienia o własnej godności, a także uczestniczenia w wydzieraniu z kraju, o który dopiero co walczyli z Niemcami, tego, co najwartościowsze. Nie zapominajmy też, że wobec masowych aresztowań i prześladowania żołnierzy podziemia niepodległościowego niejednokrotnie alternatywą dla partyzanckiego obozu była w ich przypadku codzienna obawa przed aresztowaniem. Wybierali zatem życie niebezpieczne, ale przynajmniej oparte na świadomości tego, przy czym stoją i o co walczą. Nie ma tu mowy o bezmyślnym samobójstwie, ale o kontynuacji walki z okupantem, ryzykownej – ale też ważnej z punktu widzenia interesu społecznego, jak i narodowego.

Ci, którzy po jakimś czasie mimo wszystko jednak decydowali się złożyć broń, jeżeli przeżyli, byli prześladowani całe życie. „Inwigilowano ich do końca istnienia Polski Ludowej, do 1989 r. Nawet jeśli byli wybitnymi profesorami, jak Wacław Felczak – hungarysta UJ, nieangażującymi się w bieżące zwarcie z komunistami. Z kolei ci, którzy w latach 60., 70. weszli do struktur opozycyjnych, do końca swych dni byli intensywnie rozpracowywani, jak płk Józef Rybicki, członek Zrzeszenia WiN, a następnie KOR, czy też płk Marian Gołębiewski, także z WiN, współtwórca Ruchu, czy w końcu Antoni Pajdak, jeden z szesnastki, pobity przez „nieznanych sprawców” jeszcze w latach 80., gdy miał ponad 80 lat” [J. Żaryn, Agonia Rzeczypospolitej, za:http://www.rp.pl/artykul/629244,629245-Agonia-Rzeczypospolitej.html?p=3].

Jeżeli dotąd nie udało mi kogoś przekonać co do słuszności decyzji członków zgrupowań partyzanckich, być może zrobi to cytat z wyroku Sądu Wojewódzkiego w Warszawie. W orzeczeniu stwierdzającym nieważność wyroków śmierci, wydanych w sprawie płk Hieronima Dekutowskiego „Zapory” oraz jego towarzyszy, w uzasadnieniu napisano m.in. co następuje: „żołnierze AK działający później w organizacji WiN byli zmuszeni do przeciwstawienia się zbrojnej, masowej eksterminacji, poprzez walkę zarówno z oddziałami NKWD, jak i wspierającymi je formacjami polskimi, tj. milicją, UB i tzw. Wojskami Wewnętrznymi. Była to walka potrzebna i celowa, polegająca na odbijaniu jeńców lub zapobieganiu morderstwom i aresztowaniom. Sąd Najwyższy określa to obecnie w swoim orzecznictwie jako prawo do zbiorowej obrony koniecznej. Nie ulega wątpliwości, że właśnie taki charakter miały działania zbrojne oddziału Zapory„.

Prawo do zbiorowej obrony koniecznej„.. jakże ważne są te słowa z orzeczenia Sądu Najwyższego…

Idźmy jednak dalej: czy rzecz dotyczy nielicznej grupy, stanowiącej społeczny margines? W żadnym wypadku. „W latach 1944 – 1956, jak ustalili historycy, przez różnego typu formacje podziemne – głównie zbrojne – przeszło ponad 200 tys. Polaków.” [J. Żaryn, op.cit.]. W samym tylko Narodowym Zjednoczeniu Wojskowym w znalazło się jednorazowo ok. 40.000 żołnierzy i oficerów, a z innych przykładów: jeden tylko oddział Józefa Kurasia „Ognia” oblicza się na około 800 – 1000 partyzantów.

Jako realizm przeciwstawia się czasem Żołnierzom Niezłomnym Bolesława Piaseckiego. Owszem – znam jego wypowiedzi, teorię o ratowaniu biologicznej tkanki narodu, etc. Tyle, że fakty wskazują raczej na to, że ów przedwojenny nacjonalista po prostu wystraszył się w więzieniu losu, jaki spotykał wielu jego kolegów. W godzinie próby poszedł na współpracę – bo się bał, a tzw. polityczny realizm stanowił po prostu próbę dorobienia do tego swoistej podbudowy  ideologicznej, służącej usprawiedliwieniu własnego sumienia.

Jak inaczej interpretować to, że jeszcze w roku 1944 działał w konspiracji przeciw PKWN, a po uwięzieniu w dniu 12 listopada tego samego roku, przesłuchiwany kilkakrotnie przez gen. NKWD Iwana Sierowa, bardzo szybko zmienił podejście i w liście skierowanym do ostatniego z wymienionych zadeklarował poparcie dla reform społecznych, wprowadzanych przez komunistyczne władze – w tym reformy rolnej i nacjonalizacji przemysłu, a także obiecał pomoc w wyprowadzeniu ludzi z podziemia zbrojnego? Potem było już tylko gorzej. I tak np. w roku 1947 w porozumieniu z Gomułką założył PAX, w 1956 krytycznie oceniał tzw. odwilż polityczną, pisał peany na cześć Stalina, a w marcu 1968, wraz z całym PAX-em, popierał antyinteligencką i antysemicką nagonkę zorganizowaną przez partyjną frakcję Mieczysława Moczara… Warto też przypomnieć, że książka Piaseckiego pt. „Zagadnienia istotne” została wpisana do przez Kościół do Indeksu w roku 1955, zresztą wraz z PAX-owskim tygodnikiem „Dziś i Jutro”. Piasecki nigdy oficjalnie nie wycofał głoszonych tam poglądów. To już dawno nie był realizm, a rezygnacja, a także posłuszne przyjęcie wyznaczonej sobie roli. Z czasem, dzięki prowadzonej z nadania nowych władz działalności (anty)katolickiej stał się człowiekiem niezwykle zamożnym (o czym często dziś zapominamy), co zapewne jeszcze bardziej dodatnio wpłynęło na spokój jego sumienia…

Odnośnie realizmu dokonanej przez Żołnierzy Wyklętych oceny: zacytowany wyżej wyrok sądu stwierdza między wierszami rzecz podstawową: że mieli oni rację. Walczyli w sprawie słusznej i podejmowali działania konieczne. Dziś, gdy socjalizm w Polsce jest już przeszłością (ok, tu może przesadziłem…), przyznajemy to i uważamy ich za bohaterów. Kto zatem lepiej ocenił sytuację i wybrał słuszne wyjście? Tym, którzy budowali ówczesną rzeczywistość, a ramię w ramię z którymi poszedł Piasecki, dziś urągamy, niejednokrotnie też stawiamy im zarzuty karne.

Na koniec proszę jeszcze pozwolić na dwa słowa w kwestii zjawiska społeczno – kulturalnego, jakim jest swoisty kult, którym otacza się (szczególnie w środowiskach narodowych) zarówno Żołnierzy Wyklętych jako pewną zbiorowość, jak też poszczególnych dowódców grup partyzanckich.

Nie zgadzam się z twierdzeniem, że jest to jeszcze jedna forma gloryfikacji polskiego cierpiętnictwa, czy też kolejny przejaw uwielbienia własnego, jakże romantycznego, rzucania się na pewną śmierć w mesjanistycznym uniesieniu rodem ze Słowackiego. Powtórzmy raz jeszcze, że większość partyzantów walczących z MBP i KBW po roku 1945 doskonale wiedziała co wybiera, ale też świadoma była tego, z jakiego powodu musi to nastąpić. Wybierano to, co uważano za mniejsze zło lub wręcz obowiązek, wsparty zresztą pewnymi przesłankami, zakorzenionymi w ówczesnej sytuacji geopolitycznej.

Rozumiem, że dla niektórych formy, jakie przybiera przywoływanie pamięci o Żołnierzach Wyklętych, mogą się wydawać zbyt płytkie, czasem kontrowersyjne: koszulki, bluzy, teksty piosenek (czasem, przyznajmy, dalekie od literackich ideałów). Ale warto zwrócić uwagę na jedno: to już w zasadzie element kultury masowej. A przecież dokładnie tym samym – czyli wprowadzaniem swych treści do kultury masowej – pustoszą umysły kolejnych generacji architekci socjal-liberalnej rzeczywistości. Nie znam motywu bardziej popularnego spośród promujących patriotyzm, przeciwstawianie się moralnemu upadkowi i obowiązek dochowania wierności zasadom wynikającym ze złożonej przysięgi, aniżeli ŻW. Ich obraz w powszechnej świadomości jest dziś wyryty na dobre, a wraz z nim wartości, których byli nośnikiem. Jeżeli zatem owe koszulki i koncerty rockowe z patriotycznym lejtmotywem pozwolą odwrócić (a niechby tylko na chwilę)  uwagę młodego pokolenia od kulturowej papki, jaką się mu serwuje – to warto. W chwili obecnej nie wytworzyliśmy zresztą nic równie skutecznego.

Mariusz Matuszewski

Kategoria: Historia, Mariusz Matuszewski, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *