banner ad

Danek: Felieton kataryniarski

| 3 listopada 2018 | 0 Komentarzy

Zacznę od przytoczenia długiego cytatu:

 

„Z wstąpieniem na tron Katarzyny II dla narodu rosyjskiego nastąpiły nowe, lepsze czasy. Panowanie jej – to epopeja, epopeja o gigantycznym i zuchwałym pomyśle, majestatycznym i odważnym wykonaniu, obszernym i wyczerpującym planie, świetnej i wspaniałej formie, epopeja godna Homera i Tassa! Panowanie jej to dramat, dramat o złożonym i skomplikowanym wątku, żywej i szybkiej akcji, pstrej i bogatej galerii charakterów, dramat, który przypomina tragedię grecką ze względu na królewski majestat i tytaniczną potęgę bohaterów, dzieło Szekspira ze względu na oryginalność i koloryt osób oraz różnorodność scen, które się przesuwają szybko jak w kalejdoskopie, to zjawisko budzące mimo woli okrzyki zachwytu i radości! Ze zdziwieniem i z pewnym nawet niedowierzaniem patrzymy na te czasy tak nam bliskie, że nawet żyją jeszcze niektórzy ich przedstawiciele, a tak jednocześnie dalekie, że nie możemy dojrzeć ich wyraźnie bez teleskopu historii, czasy tak dziwne i cudowne, że skłonni jesteśmy uważać je za jakiś bajeczny okres. Po raz pierwszy od panowania cara Aleksego duch rosyjski objawił się wówczas z całą swoją mocarną siłą, z całym swoim bujnym rozmachem i – jak to się mówi – poszedł na całego. Wówczas właśnie naród rosyjski, który oswoił się wreszcie jako tako z ciasnymi i obcymi formami nowego życia, który nauczył się je znosić i niemal się z nimi pogodził, jak gdyby ulegając wyrokowi nieuniknionego i niepokonanego losu – woli Piotra, odetchnął po raz pierwszy swobodnie, uśmiechnął się wesoło i dumnie rozejrzał – nie pędzono go bowiem przemocą do wielkiego celu, ale prowadzono za jego zgodą; umilkło bowiem groźne słowo i czyn, zamiast niego rozbrzmiewa z tronu głos, który mówi: raczej przebaczę dziesięciu winnym niźli ukarzę jednego niewinnego; sądzimy, iż mamy prawo powiedzieć, i uważamy to sobie za zaszczyt, że żyjemy dla naszego narodu; niech Bóg broni, aby jakiś naród był szczęśliwszy od narodu rosyjskiego; albowiem »Ustawa o rangach« i »Przywilej dla szlachty« uświęciły nietykalność praw szlacheckich, albowiem wreszcie uszy rosyjskie cieszą niemilknące fanfary zwycięstw i podbojów. Wtedy obudziła się także myśl rosyjska, powstają szkoły, ukazują się niezbędne do początkowej nauki książki, tłumaczy się wszystkie arcydzieła obcych literatur; miecz rosyjski zaczyna hulać na całego, drżą na swoich tronach monarchowie, padają i łączą się z Rosją królestwa! (…). Dlaczego więc tak się działo? Dlatego, powtarzam, że myśl rosyjska miała wreszcie swobodę, że geniusz rosyjski mógł wreszcie chodzić z rozwiązanymi rękami, że ta wielka niewiasta potrafiła zespolić się z duchem swego narodu, że szanowała godność narodową, że ceniła wszystko, co rosyjskie, do tego stopnia, iż sama pisała utwory literackie po rosyjsku, kierowała pismem i za pogardliwy stosunek do ojczystego języka karała swoich poddanych karą straszliwą – „Telemachidą”… Tak, dziwne i cudowne były to czasy, ale jeszcze dziwniejsze i cudowniejsze było to społeczeństwo! Cóż to za mieszanina, co za pstrokacizna i rozmaitość! Ile różnorodnych, ale związanych ze sobą i ożywionych tym samym duchem elementów! Bezbożność i fanatyzm religijny, nieokrzesanie i wyrafinowanie, materializm i pobożność, namiętne umiłowanie nowości i fanatyczny kult rzeczy starych, uczty i zwycięstwa, przepych i zamożność, zabawy i wyczyny godne Herkulesa, wielkie umysły i wielkie charaktery najróżnorodniejszego rodzaju i kształtu, a wśród nich Synalkowie szlacheccy, Prostakowowie, Tarasowie Skotininowie i Brygadierzy: szlachta, której ogładę towarzyską podziwiał dwór Francji, i szlachta, która wychodziła na rozbój ze swymi poddanymi!”

 

Słowa te wypowiedział w 1834 r. w swoim debiutanckim dziele Wissarion Bieliński (1811-1848), jeden z najwybitniejszych rosyjskich intelektualistów epoki mikołajowskiej (1).

          Autor „Dumań literackich” pokazał tutaj, co zwykle umyka nam, Polakom, kiedy mówimy o Rosji w okresie nazywanym przez nas epoką rozbiorową. Otóż za panowania Katarzyny Wielkiej państwo rosyjskie wcale nie było bezwładną masą jęczącą pod mitycznym „knutem”, jak lubimy je przedstawiać, żeby uzasadnić swoje poczucie wyższości i status moralnego zwycięzcy. Przeciwnie, we wszystkie strony przebijało sobie wyjścia na świat, wkraczało do historii powszechnej, emanowało rozwijającymi się siłami, wigorem, dynamizmem. Pasjonarnością – dodałby wielki „eurazjatycki” historyk Lew Gumilow. Wolą mocy – dodałby Nietzsche. Niby Rzym (pierwszy) w bardzo, bardzo dawnych czasach.

          Naprzeciw stała Rzeczpospolita, wyczerpana wewnętrznymi wojnami i wojenkami, rozstrojona „złotą wolnością”, skorodowana anarchią i warcholstwem, ściśnięta między silnymi sąsiadami. Rodzące się imperium napotkało podupadłe byłe imperium. Ale to pierwsze mogło przynieść ratunek temu drugiemu.

          Katarzyna II nie chciała rozbiorów Polski. Przeciwnie, chciała utrzymać jej terytorialną integralność, ponieważ w odwiecznej rywalizacji mocarstw o panowanie nad przestrzenią dążyła do zamiany całej Rzeczypospolitej w rosyjski protektorat. Droga do ocalenia Rzeczypospolitej wiodła zatem przez współpracę z „Semiramidą Północy”. I to na nią powinny się były orientować polskie elity polityczne w czasach stanisławowskich, tak, jak nieco później przyjęły orientację na rodzące się imperium Napoleona.

          Patriotyczna mitologia, która tradycyjnie zastępuje nam myśl historyczną, wynosi pod niebiosa konfederację barską, jako pierwszy znaczący ruch zbrojny zwrócony przeciw Rosji. Ignoruje zarówno fakt, że to właśnie konfederacja doprowadziła do pierwszego rozbioru Polski, jak i fakt, że konfederaci posunęli się do dokonania świętokradzkiego zamachu na naszego króla. Tymczasem do zawiązania konfederacji barskiej w ogóle by nie doszło, gdyby nie dyplomatyczna niezręczność prokonsula Katarzyny Wielkiej w Polsce, ambasadora Nikołaja Repnina. Imperatorowa wyciągnęła jednak z tego właściwe wnioski i później nastąpił, jak pisze konserwatysta Adolf Bocheński, „okres rządów najwybitniejszego rosyjskiego ambasadora w Polsce – hr. Stackelberga” (2), który wystrzegał się błędów swojego poprzednika, a pod jego długoletnią kuratelą (1772-1790) Rzeczpospolita cieszyła się wewnętrzną stabilnością i rosnącym dobrobytem oraz wreszcie zyskała sprawny aparat rządowy z prawdziwego zdarzenia w postaci Rady Nieustającej i podległej jej administracji.

          Gdyby we właściwym momencie polskie elity polityczne wyraźnie zdecydowały się na przyjęcie protektoratu Katarzyny nad Rzecząpospolitą, państwo polsko-litewskie prawdopodobnie uniknęłoby podziału między sąsiadów, a także poprzedzających go trzech wojen, wszystkich przegranych. W położeniu, w jakim znajdowała się Rzeczpospolita w latach sześćdziesiątych XVIII wieku, po wojnie siedmioletniej, stratowana kopytami rumaków obcych armii, nie mogła nic stracić na związaniu się z imperium Północy. Szeroko rozpowszechniona wizja naszych dziejów, utrzymana w stylu bogoojczyźnianej cepelii, przedstawia konfederację barską jako powstanie przeciw Rosji podjęte pod sztandarem nie tylko niepodległości, ale również świętej wiary katolickiej. Późniejsze powstania stylizuje podobnie. Za zbrodnię poczytuje się więc Katarzynie, że w 1767 r. kazała porwać z Warszawy i wywieźć do Kaługi biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka. Ale pięć lat później za pozwoleniem imperatorowej ksiądz Sołtyk powrócił do kraju i zmarł na ojczystej ziemi w 1788 r., a jego grobowiec na Wawelu to jeden z najbardziej imponujących przykładów sztuki sepulkralnej w Polsce. Jednocześnie jako wzór patriotyzmu podsuwa się nam powstańców kościuszkowskich, którzy w 1794 r. powiesili – czyli zamordowali – biskupa inflanckiego Józefa Kossakowskiego i biskupa wileńskiego Ignacego Massalskiego, a o mały włos nie powiesili również biskupa chełmskiego Wojciecha Skarszewskiego. Tymczasem protektorat cesarzowej nie groził Kościołowi katolickiemu w Polsce niczym, biorąc pod uwagę, że Rosja była najmniej oświeceniowym z mocarstw ościennych i że to właśnie Katarzyna ocaliła przed zniszczeniem zakon jezuitów po tym, jak w 1773 r. papież Klemens XIV zarządził jego kasatę pod naciskiem władców Francji, Hiszpanii i Portugalii, którzy z kolei działali z inspiracji masonerii.

          Prawda jest taka, że powinniśmy zasadniczo zrewidować całą naszą popularną historiografię (zarówno tę z okresu PRL, jak i starszą), lubującą się w pokazywaniu trzech dekad epoki stanisławowskiej jako walki kilku wcieleń „stronnictwa patriotycznego” ze „staroszlacheckim” obozem petersburskich jurgieltników. Prawdziwym stronnictwem patriotycznym w tamtych czasach, dążącym do ocalenia Rzeczypospolitej od zagłady, byli ci, co reprezentowali ideę aliansu z Katarzyną II: Familia, partia hetmańska i wreszcie konfederacja targowicka, do której przystąpił też przecież król Stanisław.

          10 września 1904 r. w Wilnie miało miejsce szeroko komentowane wydarzenie – uroczyste odsłonięcie na placu Katedralnym pomnika Katarzyny Wielkiej. W uroczystości wzięło udział kilkudziesięciu polskich konserwatystów, reprezentujących kręgi ugodowe z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Z tego powodu do ugodowców przylgnęło przezwisko „kataryniarzy”. A to właśnie oni mieli rację.

          Rację mieli kataryniarze.

 

Adam Danek   

 

1. Wissarion Bieliński, Dumania literackie, [w:] tenże, Pisma filozoficzne, przeł. Wiera Anisimow-Bieńkowska, Warszawa 1956, t. 1, s. 45-48 (podkreślenie w oryginale). Poemat „Telemachida” był rosyjską przeróbką francuskiej powieści „Przygody Telemacha” biskupa Françoisa Fénelona, napisaną przez poetę Wasilija Trediakowskiego. Katarzyna II rozkazywała swoim dworzanom czytać go za karę za drobniejsze przewinienia.

 

2. Adolf Bocheński, Między Niemcami a Rosją, Warszawa 1994, s. 26 (praca wydana pierwotnie w 1937 r.).

Kategoria: Adam Danek, Historia, Kultura, Myśl, Polityka, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *