banner ad

Zimny: Kto zwyciężył nad Wisłą?

| 20 sierpnia 2019 | 1 Komentarz

Święta państwowe i ważne rocznice powinny przebiegać w atmosferze zgody narodowej i kultywowania pamięci o bohaterach tamtych wydarzeń i zapewne tak sytuacja przedstawia się w wielu przypadkach. Jednakże 15 sierpnia jest świętem niezwykłym pod tym względem, ponieważ powracają zadawnione, zdawałoby się, spory i kłótnie. Tak i w tym roku znalazło się niemałe grono osób walczących o „prawdę” o bitwie warszawskiej. Walka ta polega na odżegnywaniu Józefa Piłsudskiego od czci i wiary, powtarzaniu opowieści niesamowitych o tym, że załamał się psychicznie czy uciekł i o autorstwie planu bitwy, co do którego można stwierdzić z całą pewnością tylko jedno – że nie był on autorstwa Marszałka.

Zacznijmy więc od tego, że plan kontruderzenia był planem wielkiego i śmiałego manewru, co było znakiem rozpoznawczym Piłsudskiego. Tak dowodził na szczeblu taktycznym jako brygadier C.K. Armii, tak samo przeprowadził operację wileńską czy kijowską. Flankowanie i pewien, powiedzielibyśmy, proto-Blitzkrieg, znacząco wyróżniały Komendanta spośród innych dowódców, którzy z okopów wielkiej wojny wynieśli przyzwyczajenie do walk pozycyjnych. Za autorstwem Piłsudskiego przemawia jeszcze jedna okoliczność. Marszałek planował kontrofensywę już dwa tygodnie wcześniej, wówczas miała ona wyjść nie znad Wieprza, a znad Buga, a wabikiem na Armię Czerwoną miał być Brześć. Dowodzącemu na tym odcinku frontu gen. Sikorskiemu nie udało się jednak utrzymać miasta dość długo, by dać wojsku dość czasu na przegrupowanie niezbędne do kontruderzenia.

Nie powinno jednak zabrzmieć to, jak krytyka wszystkich innych dowódców, którzy popełniali błędy i nie byli w stanie sprostać genialnym zamysłom Piłsudskiego – o, zdecydowanie nie! Fakt, że do kontruderzenia w ogóle doszło, zawdzięczamy bardzo dobremu dowodzeniu i to właśnie w chwilach najtrudniejszych, czyli klęsk frontowych. Aby przeprowadzić udane kontrnatarcie trzeba bowiem przeprowadzić koncentrację sił doń niezbędnych, którą muszą osłaniać wojska frontowe, tak jest przynajmniej w warunkach normalnych. Warunki wojny ‘20 roku normalne nie były. Polska nie miała dość rezerw, by oddziały liniowe miały co osłaniać. Jedyną szansą przeprowadzenia kontruderzenia było wykorzystanie do tego celu … jednostek frontowych. Tymczasem polskie jednostki frontowe były nie tylko przemęczone, ale co gorsza, znajdowały się w ciągłym odwrocie. Polscy dowódcy potrafili jednak, wobec niemożności odwrócenia sytuacji, zadbać o to, by był to odwrót skoordynowany, by ani przez moment nie przerodził się w paniczną ucieczkę, jak, nie przymierzając, klęska Armii Czerwonej pod Warszawą. Dzięki temu udało się ocalić dość jednostek, by sformować grupę uderzeniową. Ta koncentracja marszem była zagrywką ryzykowną i niecodzienną, można ją śmiało nazwać polskim wkładem w rozwój strategii wojennej.

Tymczasem niedługo po tym, jak plan kontruderzenia znad Buga wziął w łeb, Piłsudski wyjechał do Anina. Nie znalazł się jednak w depresji, a ciężko pracował nad znalezieniem nowego rozwiązania wobec dezaktualizacji starego. To tam odkurzył stary plan Prądzyńskiego z czasów wojny listopadowej. Co do ewentualnych innych kandydatów do tytułu zbawcy Europy, trzeba wspomnieć, że gen. Weygand proponował rozwiązanie w stylu wielkiej wojny: bitwę pozycyjną, zresztą na północ od Warszawy, a gen. Rozwadowski znacznie mniejsze kontruderzenie, w kierunku na Mińsk Mazowiecki. Były to plany mniej ryzykowne, ich niepowodzenie nie groziło całkowitą klęską, ale w przypadku zwycięstwa nic jeszcze nie przesądzały, mogły oddać w ręce polskie inicjatywę taktyczną, ale nie strategiczną. Plan Piłsudskiego, gdyby się nie powiódł, groziłby katastrofą, ale w razie powodzenia – odwracał losy wojny.

Było to więc ogromne ryzyko i właśnie dlatego Piłsudski wziął na siebie przeprowadzenie tego manewru. To zresztą też zawsze było cechą Marszałka – gdy coś wymyślał, nigdy nie przerzucał odpowiedzialności. Ale znów nie zamierzamy odbierać nic pozostałym dowódcom, ponieważ powodzenie operacji zależało w znacznym stopniu od skutecznego związania Armii Czerwonej na północy, musiała być ona zajęta bojem, tak by cios w plecy okazał się zabójczy, i żeby nie było możliwości manewru, przerzucenia wojsk na zagrożony odcinek. To zadanie zostało przez dowódców frontu i armii doskonale wykonane –  może doskonale to przesada. Sikorski nieco zbyt wcześnie rozpoczął kontruderzenie na północy, akcję nad Wieprzem należało przyśpieszyć o jeden dzień; niemniej na wojnie, podobnie jak w piłce nożnej, gra się tak, jak przeciwnik pozwala.

Wyjazd Wodza na front miał jeszcze jedno zadanie. Jak już zostało wspomniane, kontruderzenie przeprowadzono nie siłami rezerwy, a oddziałami frontowymi, oddziałami, które od początku lipca były w ustawicznym odwrocie. Ich morale i wiara w zwycięstwo znajdowały się na bardzo niskim poziomie. Przed przystąpieniem do realizacji planu, Piłsudski objechał wszystkie jednostki i wpajał żołnierzom, że zwycięstwo jest możliwe. Nie wiemy, czy ktokolwiek inny umiałby to zrobić równie dobrze, jak Marszałek. Jego żarty mające poprawić nastrój żołnierzom znajdującym się w fatalnej sytuacji są powszechnie znane, taką miał osobowość. Był z nimi, on, sam Wódz, żył jak oni, w obozie, jadł to co oni, razem z nimi cierpiał wszystkie niedole zgrupowania. Taka postawa zawsze miała wielki wpływ na psychiczne nastawienie żołnierza, tak było też w 1920.

Przed wyjazdem Piłsudski złożył dymisję. Zauważmy, że była to dymisja warunkowa. Po pierwsze, w razie klęski pod Warszawą, Polska byłaby zdana na łaskę i niełaskę mocarstw zachodnich – a tam Marszałek prasę miał fatalną. Po drugie, podczas dowodzenia operacją można zaginąć w akcji, a praca armii i państwa nie mogła przecież zostać przerwaną. Analogiczną dymisję przed lądowaniem w Normandii złożył gen. Eisenhower.

Wreszcie ostatnia osobliwość. Do takiego flankowego manewru potrzebna była kawaleria, tak, aby nadać uderzeniu odpowiednią prędkość i siłę. Ale kawalerii nie udało się zgrupować i uderzać należało piechotą. To jeszcze zwiększało wagę związania nieprzyjacielskich oddziałów bojem. I uderzono piechotą, narzucając jej szalone tempo. Poszczególne dywizje bolszewickie bito jedna po drugiej, częstokroć kompletnie zaskoczone uderzeniem od południa. Polacy, mimo natarcie, stracili tylko 4,5 tys. żołnierzy; bolszewicy: 25 tys. poległych, 65 tys. wziętych do niewoli. To była ponad połowa stanu osobowego R.K.K.A. z chwili rozpoczęcia operacji.

Nie wspomnieliśmy o zasługach gen. Rozwadowskiego. Nie jest to przeoczeniem ani złośliwością. Sztab jest zawsze cichym bohaterem – zapewnia koordynację, łączność, opracowuje plany przekazane do realizacji przez naczelne dowództwo, przekazuje rozkazy. Wykonuje całą brudną robotę, która jest zbyt mało widowiskowa, aby ktoś o niej później pamiętał. Ale bez tej tytanicznej pracy też nie byłoby zwycięstwa, czego najlepszym przykładem fakt, że bolszewicy dowiedzieli się o polskim planie uderzenia znad Wieprza, tylko nie uwierzyli w możliwość jego przeprowadzenia, właśnie dzięki dobrym posunięciom sztabu generalnego. Trzeba też wszakże pamiętać, że wojsko jest instytucją hierarchiczną, na której szczycie znajduje się wódz. I armia o tym etosie pamiętała – gdy politycy wątpili w Piłsudskiego-Naczelnika, wojsko nie zwątpiło w Piłsudskiego-Wodza. Współpraca ta była bardzo zgodną, czego dowodzą świadectwa z tego okresu – a spory pojawiły się później.

Kończąc wspomnimy, że kiedyś walczyliśmy z określeniem „cudu nad Wisłą”, cuda wszak czynią bogowie. Dlatego też zmieniliśmy zdanie. Cuda czynią bogowie. Józef Piłsudski był bogiem wojny.

 

 

Adrian Zimny

 

 

 

 

 

Kategoria: Adrian Zimny, Historia, Kultura, Myśl, Polityka, Publicystyka

Komentarze (1)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. maria pisze:

    To Piłsudskiemu wiele zawdzięczamy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *