Żak: Odcieleśnienie

W żadnym wieku, nawet w średniowieczu, nie panowała taka nienawiść do ciała, jak obecnie. Nie tylko nie lubimy swojego ciała, ale gotowi jesteśmy je katować na siłowni, eksperymentować z kolejnymi dietami cud, wstrzykiwać wszelkie możliwe świństwa z botoksem na czele, a nawet iść pod skalpel, byle tylko przypominać wymuskane Photoshopem zdjęcie jakiegoś celebryty lub celebrytki. Czyżby pochody średniowiecznych biczowników to była zaledwie igraszka wobec dzisiejszego znęcania się nad ciałem? – pisze Artur Żak.

Dlaczego tak bardzo nie lubimy swojego ciała? Bo nie wyglądamy jak Brad Pitt, albo nie mamy ust jak Angelina Joly? Dlaczego zaśmiecamy swoje ciała najgorszym syfem z białym pieczywem na czele i kilogramami cukru na dokładkę? Czy aż tak bardzo chcemy się zatracić? Choć używam liczby mnogiej, to tak naprawdę pytania kieruję do siebie samego. Łatwiej jednak ukryć się za liczbą mnogą, gdyż wtedy odpowiedzi mogą być bardziej abstrakcyjne i nie zmuszają do stawania twarzą w twarz z problemem narastającego odcieleśnienia. Przejdzimy zatem do pierwszej osoby.

Coś mnie kilka dni temu podkusiło i zacząłem porządkować stare gazety. Z dobrych chęci niewiele zostało, bo niebacznie otworzyłem jesienny numer „Więzi” z 2010 roku, a tam Marek Drwięga, nota bene, autor książki „Ciało człowieka. Studium antropologii filozoficznej” stwierdził, że: „Dziś patrzymy na ciało poprzez wyobrażenia, którymi jesteśmy bombardowani przez media, reklamę, popkulturę, ekonomię. Te wprowadzające w błąd obrazy przeszkadzają doświadczyć ciała we właściwy sposób.”. Bartłomiej Dobroczyński, psycholog dopowiedział z kolei: „Wbrew pozorom współcześnie nie panuje  kult ciała, tylko gnostycka z ducha niechęć czy wręcz nienawiść do ciała – szczególnie silnie objawia się to w popkulturze. Panuje natomiast kult wyglądu. A ponieważ ciało nie spełnia zazwyczaj wymaganych standardów czy ideałów, w związku z tym poddaje się je rozmaitym torturom, aby standardom tym sprostało. Dlatego pozwalamy sobie wszczepiać rozmaite jady kiełbasiane, botoks, silikon…”

Nigdy nic sobie nie wszczepiałem, a z wyglądu, jak kiedyś napisałem, żadne ze mnie ciacho, a co najwyżej zakalec, a jednak poczułem, że jakiś lęk łapie mnie za gardło i próbuje spętać kość gnykową. Kilkadziesiąt lat bombardowania reklamami, filmami, teledyskami musiało zostawić we mnie ślad i oto ten ślad zmaterializował się niedefiniowalnym lękiem. Może kiedyś bym go zignorował, ale otoczony zwałami kurzu oplatającymi stare gazety poczułem, że niewiele różnię się od nich, tylko że zamiast kurzu pokrywa mnie szczelna warstwa popkulturowych impulsów, które skutecznie otępiły moje zmysły.  

Możliwe, że żyjemy w świecie, w którym, aby się dobrze poczuć, trzeba niczego nie czuć. Tak jak alkoholik osiąga swoją nirwanę w butelce wódki, jak narkoman zatraca się w kolejnej porcji narkotyku, tak jako człowiek kultury zachodniej osiągam swój raj pozwalając by zewsząd płynęły w moim kierunku miliardy pikseli. Kiedy więc świat pyta mnie, czego potrzebuję, aby dobrze się poczuć, nie oczekuje mojej odpowiedzi, bo jego algorytmy już przygotowały dla mnie odpowiednią cyfrową papkę, którą mam się faszerować i dowartościować. 

A moje ciało? Ogłupiałe od nadmiaru impulsów zaczyna przygotowywać się do krzyku… Nieśmiało (jeszcze!) wysyła znaki ostrzegawcze, ale świat z uśmiechem modelki o kuszących ustach częstuje mnie mądrością o skuteczności leków przeciwbólowych i każe machnąć ręką na nic nie znaczące objawy. Z czasem nauczy mnie (a może już nauczył), aby kolejne wysyłane przez ciało symptomy ignorować bądź też… Tak, tak… Zachłysnąć się nimi i studiować zaciekle wszystkie możliwe choroby, które mogą się przyplątać, bo mądrością jest być na nie wszystkie przygotowanym. Dziś w sklepie słyszałem uczone dialogi, których pewnie nie powstydziłby się student piątego roku medycyny.

Bądźmy jednak sprawiedliwi. To, że się odcieleśniamy, nie jest zjawiskiem ostatnich kilku dekad. Gnostycyzm zrobił swoje i wszystkie pokrewne mu nurty, ale i swoją cegiełkę dołożył, pewnie nieświadomie, św. Augustyn, który w dziele „O wierze prawdziwej” napisał: „Nie wychodź na świat, wróć do siebie samego: we wnętrzu człowieka mieszka prawda.” Słowa autora „Wyznań” podchwycili gorliwi uczniowie i tak nieopatrznie to, co duchowe zyskało w naszym kręgu kulturowym prymat nad tym, co cielesne, zmysłowe. Doskonale ujął to portugalski kardynał Jose Tolentino Mendonça w książce „Mistyka chwili”. Pisze on: „Dzisiejsze praktyki duchowe cechują nadal z jednej strony nadmierne zagłębienie w doświadczeniu wewnętrznym, a z drugiej – odsunięcie się od ciała i od świata. To, co duchowe, uważa się za ważniejsze od tego, czego doświadcza się zmysłowo. Jedno szanuje się jako coś złożonego, cennego i głębokiego, podczas gdy drugie postrzega się jako powierzchowne i, niezmiennie, trochę nieprzyzwoite.”

Swoje trzy grosze dorzucił również wujek Freud i psychoanaliza, która babranie się we własnym wnętrzu podniosła do rangi obowiązku i najwyższej świętości. Zalew książek psychologicznych i gazet temu poświęconych jest ogromny. Gdziekolwiek nie spojrzeć, tam szczerzą uśmiechnięte kły mądre poradniki i przymilają się psychologiczne rozważania, które mają zrobić z nas siódmy lub ósmy cud świata.

No dobrze, a gdzie w tym wszystkim jest miejsce na ciało? To, że jest nie podlega dyskusji, tylko że czasami jest tak daleko, że trudno je zauważyć. Aby odnaleźć ciało należałoby odnowić kontakt ze zmysłami. Na nowo nauczyć się patrzeć na rosnące na podwórku rośliny, nauczyć się wąchać ziemię, słuchać rano śpiewu skowronka, smakować chleb z masłem i pomidorem. Krótko mówiąc: widzieć, dotykać, słyszeć, smakować, wąchać. A wtedy… Wtedy, jak pisze kardynał Jose Tolentino Mendonça możemy odkryć, że „Bóg wkracza do naszego życia przez najpowszedniejsze, najpospolitsze i najbliższe z drzwi: pięć zmysłów.”

W mojej głowie zaczęło kiełkować natrętne pytanie, kiedy ostatnio, tak po prostu, najnormalniej w świecie, położyłem się na trawie i wpatrywałem się w biegnące po niebie chmury? Musiało to być dawno, bardzo dawno temu, bo nie byłem w stanie przypomnieć sobie tego momentu. Możliwe, że ostatni raz zrobiłem to w szkole podstawowej, jakieś trzydzieści kilka lat temu, kiedy w piątej klasie na szkolnej wycieczce urwałem dla jednej z dziewczyn bukiet stokrotek, a później szukałem zarysu jej twarzy wśród postrzępionych chmur. Tamtego dnia ziemia pachniała stokrotkami. a osa chciała użądlić mnie w tyłek. Ptaki wieczorem urządziły prawdziwy koncert, który przerwała wiosenna burza, która napełniła cały świat świeżością.

A później… Później uwierzyłem, że dobre oceny na świadectwie znaczą więcej niż dotyk, smak, słuch czy węch… Aż zacząłem robić porządki i wśród zakurzonych gazet znalazłem…

 

Artur Żak

 

Kategoria: Artur Żak, Myśl, Publicystyka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: