Milo Yiannopoulos jest znany przede wszystkim ze swojego prowokacyjnego konserwatyzmu. To on jest autorem słynnych stwierdzeń: „Feminizm jest rakiem”, „Kontrola urodzeń robi z kobiet brzydkie wariatki”, „Islam jest rakiem” i inne. Tradycją stało się już, że jego przemówienia są przerywane lewicowymi protestami, a jednym z głośniejszych takich przypadków były wydarzenia w Berkeley w lutym b.r., które to doprowadziły do tego, że odwołano zapowiedzianą prelekcję Yiannopoulosa po tym, jak członkowie Antify powybijali okna, obalili barierki, dokonali podpaleń i ataków na policję. Jakkolwiek Church Militant nie podpisuje się pod wszystkim, co czyni i mówi Yiannopoulos, stoi wraz z nim po tej samej stronie barykady, jeśli chodzi o niezmienne nauczanie Kościoła i o sprzeciwianie się tym, którzy najchętniej zmieniliby nauczanie Chrystusa, żeby móc czuć się bardziej komfortowo. Church Militant publikuje niniejszym to, czego nie opublikował magazyn America.

Milo Yiannopoulos pisze: 

"Przed ponad miesiącem przesłałem odpowiedzi na pytania zadane mi przez America, pismo prowadzone przez jezuitów. Nie zostały one jednak opublikowane, być może z miłosierdzia – żeby co starsi czytelnicy nie zeszli na zawał serca. Być może też nie spodobała im się moja krytyka o. Jamesa Martina, jednego ze współtwórców pisma, który znany jest z brnięcia w dwuznaczności, ilekroć trzeba wypowiedzieć się na temat tych punktów doktryny katolickiej, które mogłyby spowodować nieprzyjemne zamieszanie na anglikańskim garden party.

Co ciekawe, gdy jezuici zastanawiali się nad tym, czy warto opublikować moje odpowiedzi, jeden z najwyższych rangą kardynałów Kościoła nazwał o. Martina „jednym z największych jawnych krytyków nauczania Kościoła w sprawach seksualności”. Oznacza to, że moją stronę w tej dyskusji zajął czarny książę kościoła, wychowany na kontynencie, gdzie wciąż jeszcze męczeństwo za wiarę jest powszechne – gdy zaś przeciwnikiem jest reprezentant białej burżuazji, którego największym życiowym problemem jest to, że wino odrobinę zwietrzało. Warto zadać sobie pytanie: poparcie którego z nich jest czymś lepszym?"

 

Choć wychowałeś się w wierze katolickiej, mówisz i czynisz publicznie wiele szokujących rzeczy, które zdają się nie pasować do religii Twojego dzieciństwa. W jakim sensie wciąż uważasz się za katolika?

Wielu świętych było szokujących, a z pewnością można to powiedzieć o naszym Panu, który miewał nawet kłopoty z powodu swoich szokujących wypowiedzi, jak zapewne pamiętacie. Ja sam z pewnością nie jestem święty, ale nie sądzę, by kwestia „szokowania” była właściwym wyznacznikiem mówienia o katolicyzmie w życiu publicznym. Jaką treść ma na przykład stwierdzenie, że dla wielu katolików – włączając w to mnie – obecny papież jest szokujący? Można też zauważyć, że szokują również rzekomo katoliccy politycy, ustanawiający takie prawa, które sprzeciwiają się nawet prawu naturalnemu, do akceptacji którego niepotrzebna jest nawet wiara religijna.

Wracając do mojego przypadku: czy przez „szokujący” rozumiecie to, że ja – katolik, głośno wyrażam swoje zaniepokojenie islamem, który od ponad tysiąca lat proklamuje wojnę przeciwko Świętej Matce Kościół?

A może to, że twierdzę, że krucjata Planned Parenthood jest tak samo okrutna jak ludobójstwo na czarnej rasie?

Czy też, że poparłem krytykę antykoncepcji papieża Pawła VI tak sugestywnie, że Hillary Clinton zaatakowała mnie za to w swojej kampanii prezydenckiej?

Jeśli mam być szczerzy, to najbardziej szokującą rzeczą jest to, że takie biedny grzesznik jak ja mówi o antykoncepcji więcej niż 99% naszych biskupów, którzy najwyraźniej są zbyt zajęci takimi kwestami, jak różnorodność czy zmiany klimatyczne, żeby mówić o Bogu.

To, że czasem żartuję na temat swojej nieczystości i upodobania do czarnych mężczyzn rzeczywiście może szokować – wciąż jednak nazywam się katolikiem. I również w tym nie widzę niczego ostatecznie aż tak szokującego. Jeden z największych świętych wszechczasów, szesnaście wieków temu, modlił się: „Panie, uczyń mnie czystym, ale jeszcze nie teraz”.

Ktokolwiek wychował się w katolickich miastach typu Nowy Orlean czy Rzym jest dość odporny na szok – i z pewnością ja nie jestem w stanie nazbyt go zszokować.

Sądzę, że to właśnie wizyta w Nowym Orleanie skłoniła Evelyna Waugha do poczynienia obserwacji, którą często przytaczam: protestanci chodzą do kościoła, bo zdają się wierzyć w swoją bezgrzeszność;  katolicy zdają sobie zaś sprawę ze swojej grzeszności i dlatego chodzą do kościoła. Waugh, pytany przez ludzi, jak może nazywać siebie katolikiem, odpowiadał, ze nie mają pojęcia, jak bardzo złym człowiekiem byłby, nie będąc katolikiem.

Przypomnijmy, że grzechy cielesne są na samym końcu skali.  Na szczycie jest pycha. Zatem wypadam dużo lepiej niż niektóre feministki i moi republikańscy, establishmentowi oponenci. Nie mówiąc już o islamie!

Osobiście wierzę w dążenia. Będąc dzieckiem z biednej rodziny, aspirujesz do wzbogacenia się. Jeśli jesteś nieśmiały, dążysz do tego, by być bardziej pewny siebie, żebyś mógł publicznie bronić swoich racji. Jeśli zaś jesteś – jak ja – biednym grzesznikiem, starasz się wykonać jakiś ruch naprzód. Cuda się zdarzają!

W jakich mometach doświadczasz napięcia pomiędzy katolicyzmem a Twoim sposobem życia?

A czy katolik musi uciekać od napięcia powodowanego przez swoją słabość? Katolicy lepiej się ubierają, lepiej jedzą i lepiej imprezują. Dlaczego mieliby nie być lepsi, jeśli chodzi o odczuwanie winy?

Nie zamierzam podważać nauki Kościoła w kwestii homoseksualizmu. Nie ma tu napięcia intelektualnego; wcale nie marzę, aby Kościół odrzucił swoją ciężką do przyjęcia prawdę i okłamywał tylko po to, żebym poczuł się lepiej. Kocham prawdę, a nie kłamstwo, i wiem, że prawda nie składa się z czyichś odczuć.

Dlatego właśnie nie rozumiem katolików takich jak – wybaczcie moją impertynencję – jeden z redaktorów tego pisma, ojciec Martin, którzy sugerują, że jeśli ludziom nie podoba się to, co mówi Kościół, to pewnie kościół się myli albo powinien ich przeprosić. Kościół opiera się na skale i na krzyżu, a nie na przytulaskach.

Jeśli jednak bardzo chcecie, żebym mówił o uczuciach, to – jak mówiłem już wcześniej – sam odkryłem, że jest ze mną coś nie tak, ponieważ moje stosunki seksualne nie owocują małymi Milusiami, które chciałbym mieć. A to dokładnie wpasowuje się w nauczanie Kościoła o tym, że homoseksualizm jest „obiektywnie nieuporządkowany”, gdyż nie prowadzi do prokreacji.

Mały przypis: Kościół nie twierdzi, że obciążają mnie pokusy, których doświadczam, a tylko grzech. I jest to prawda. A Jego założyciel powiedział, że przyszedł uzdrowić tych, którzy się źle mają – więc nie rozpaczam.

Co z twojego katolickiego wychowania wspominasz najlepiej?

Jedną z najlepszych rzeczy była pochwała macierzyństwa Maryi. Niezależnie od niedoskonałości mojej ziemskiej matki, nauczono mnie, że macierzyństwo to wspaniałe powołanie, i nie jest ono dla mężczyzn. Dlatego właśnie sądzę – i zgadzam się w tym z Chestertonem – że smutne jest to, że współczesne feministki tak bardzo pogardzają macierzyństwem i innymi atrybutami charakterystycznymi dla kobiet. Pomysł, że kobieta i mężczyzna nie powinni się różnić – mieć innych zainteresowań, zalet i sposobów odnoszenia się do świata – wydaje mi się szalony, a fakt, że próba zaprzeczania tym różnicom nas unieszczęśliwia, jest faktem empirycznym.

Dorastanie w otoczeniu katolickim nauczyło mnie również, jak ogromną wartość ma cnota skromności – nawet, jeśli nie jest ona akurat moją najmocniejszą stroną. Ta cecha jest niezmiernie ważna dla społeczeństwa, bo uczy nas, że powinniśmy być wyrozumiali  względem różnych opinii; nie możemy arogancko uciszać każdego, kogo opinia pozostaje w niezgodzie z naszą. Jest to dla mnie szczególnie istotne, ponieważ mimo całej swojej próżności zdaję sobie sprawę, że nie jestem ani tak inteligentny jak Tomasz z Akwinu, ani tak dobry jak św. Franciszek.

Jest taki wspaniały cytat pisarki Flannery O’Connor, która lubiła szokować i uprawiała autotrolling: „Nie jestem ograniczona do tego, co myślę czy odczuwam osobiście; jestem katoliczką”. Miała na myśli to samo, co Chesterton w swoim słynnym żartobliwym powiedzeniu: „Tradycja to demokracja umarłych”. Poprawność polityczna oferuje nam samotność i cienki kleik. Kościół – wielkie przyjęcie z tłustym mięsem i czerwonym winem.

 Jak się modlisz?

Na kolanach.

Kto spośród żyjących bądź dawnych postaci jest dla Ciebie wzorem wiary katolickiej?

Papież Benedykt XVI wciąż jest największym mędrcem i erudytą Europy, chociaż jestem pewien, że nie zasługuję nawet na to, by go podziwiać. Nie bał się powiedzieć, że islamski irracjonalizm jest jednym z największych problemów dla świata.

Nawiasem mówiąc, w tym samym wykładzie w Regensburg wskazał na zachodni sekularyzm jako źródło równie niebezpiecznego braku równowagi – tak samo bowiem, jak islam odnosi się do racjonalności, sekularyzm równie wrogo traktuje religię. Ponadto, papież docenił moich dawnych, pogańskich przodków z Grecji jako tych, którzy ufundowali najgłębsze korzenie racjonalności Zachodu.

Moje osobiste motto, „śmiech i wojna”, pochodzi z Heretyków Chestertona. Powinien zostać patronem katolickich dziennikarzy! Oczywiście, również Hilaire Belloc to wspaniały obrońca wiary. W latach 30., po upadku kalifatu, kiedy nikt nie wyobrażał sobie, że islam może jeszcze kiedykolwiek stanowić zagrożenie, on zapowiadał już, że Zachód znów będzie zagrożony, ponieważ pieniądze i technologia nie mogą być alternatywą do braku poświęcenia dla własnej cywilizacji.

Cytowałem już św. Augustyna, który miał problemy z lubieżnością. Wrzuciłem kiedyś na Twittera  fotografię strony z Wyznań, która zaczynała się cytatem: „Wspomnę teraz na swoją niegdysiejszą głupotę”. Pewnego dnia będzie doskonale pasować do moich pamiętników.

Rebelais i ci anonimowi trolle, którzy napisali Carmina Burana, to bratnie dusze.

Florence King nie była co prawda rzymską katoliczką, ale jako konserwatywna eseistka uzyskała tytuł, do którego sam aspiruję. Recenzent z New York Timesa napisał o niej: „Jezuicki umysł, język kierowcy ciężarówki”.

Jaki jest twój ulubiony cytat z Pisma Św. i dlaczego? 

Kusi mnie, żeby pójść po najmniejszej linii oporu i przytoczyć ten słynny fragment z Eklezjasty, którym nie pogardziłby Waugh: “Marność nad marnościami i wszystko marność”.

Ostatnio własnym nakładem wydałeś nową książkę Dangerous po tym, jak zwolniono cię z Breitbarta, a twój pierwotny wydawca rozwiązał kontrakt. Jak odpowiadasz krytykom, którzy twój sposób ekspresji nazywają „nienawistnym” i „krzywdzącym”?

Prawda zwykle boli, i Kościół zawsze to rozumiał. Dlatego właśnie tak często pokazuje nam wizerunek cierpiącego na krzyżu człowieka. Nie rozkoszuję się cudzym bólem, ale też nie daję się zastraszyć i nie pozostaję milczący, gdy ktoś grozi mi tym, że poczuje się urażony.

Fakt, że tak wielu z nas jest przekonanych, że największym złem jest obrazić czyjeś uczucia, wiele mówi o upadku naszej cywilizacji. Jeśli sądzicie, że mylę się co do czegoś, zamiast szlochać, pokażcie mi dowody i przedstawcie racjonalną argumentację.

Albo zacznijcie żartować! W mojej publicznej działalności często działam jak błazen nadworny, który przedstawia głębokie prawdy i zostaje niewysłuchany. Może to właśnie macie na myśli, kiedy określacie mnie jako „szokującego”. Mój przyjaciel, mediewista z Uniwersytetu w Chicago (ochrzcił się na Wielkanoc – Deo Gratias!) – często zawstydza mnie, pisząc o mnie per „święty głupiec”. Piszę „zawstydza”, ale oczywiście jest to wielki komplement, a ja lubię być zauważany.

Nawiasem mówiąc, wcale nie wyrzucono mnie z pracy.

W książce wspomniałeś o tym, że podczas nadawania audycji popełniłeś błąd, za który cię wyrzucono. Kiedy patrzysz wstecz na swoją karierę, co byś zmienił?

Niczego bym nie zmieniał.

W latach 2011 – 2012 w rankingu 100 najbardziej wpływowych ludzi w ekonomii cyfrowej w Wired UK’s, a Observer nazwał cię mianem „pit bulla tech mediów”. W jaki sposób pojawienie się tech mediów zmieniło sposób uprawiania dziennikarstwa?

Mam do tech blogerów pretensję o zapoczątkowanie trendu tzw. „dziennikarstwa procesualnego”, który polega na pisaniu czegokolwiek, co wydaje się być prawdziwe w danym momencie, i ewentualnego prostowania tego później, czego zresztą nigdy nie czynią. Tech – dziennikarstwo ma obecnie niższe standardy niż zamtuz w Detroit – dlatego porzuciłem to i teraz żyję z bycia sławnym.

Byłeś jednym z pierwszych dziennikarzy, którzy zajmowali się tematem Gamergate (afera dot. przedmiotowego prezentowania kobiet w grach komputerowych – przyp. tłum) krytykującego polityzację świata gier; jak to ująłeś, gry zostały zawłaszczone przez „bandę socjopatycznych, feministycznych programistów, podjudzanych przez amerykańskich, politpoprawnych aż do bólu techblogerów”. Jak odpowiesz tym, którzy oskarżają cię o wspieranie takich trendów w grach, które niszczą godność kobiety?

Dokładnie tak samo, jak nie ma żadnych dowodów na to, iż w latach 90. Muzyka rockowa, heavy metalowa i gry komputerowe spowodowały wzrost przemocy, tak samo nie ma podstaw do siania paniki związanej ze współczesnymi grami. Te rzekome naukowe dywagacje na ten temat są w istocie przykrywką politycznej maskarady. Na szczęście, wygraliśmy, a dziwaczni feminiście są w defensywie, jeśli chodzi o światek graczy.

Czym jest dla ciebie męskość?

To gotowość wystawienia się pod ostrzał wroga, niezależnie od tego, czy ma się na sobie mundur, aby Bronic pewnego dobra – swojej rodziny, kościoła, państwa, cywilizacji. Faceci w mundurach są dużo lepszymi mężczyznami niż ja, choć nawet ja mogę zdziałać odrobinę dobra, broniąc tych wartości za pomocą telntów, którymi mnie Bóg obdarzył. 

I tutaj nasz Pan wskazał nam drogę: przeszedł horror Męki, aby obronić I odkupić całą ludzkość. Podeprę się w tej sprawie Rodem Dreherem: każdy, kto naucza o pluszowym Bogu, zamiast o męskim Bogu z kart Pisma Świętego, pozostawia młodych ludzi na pastwę obrzydliwie zakłamanych bożków rasy i ideologii.

Chłopcy pragnący stać się mężczyznami zawsze do pewnego stopnia są potencjalnymi barbarzyńcami, bo mają w sobie głód męskości, a nie wiedzą, gdzie ją znaleźć lub jak ją sensownie wyrazić. Nasz Pan pokazał, co ona znaczy, ale zbyt wielu ludzi Kościoła traktuje męskość jako temat tabu lub wręcz się jej wstydzi.

Jako homoseksualny katolik, brałeś udział w dyskusjach na temat związków jednopłciowych w programach informacyjnych, zaskakując odbiorców swoimi poglądami. Opowiedz w skrócie, co myślisz na ten teamt.

Po pierwsze, za św. Tomaszem z Akwinu powtórzę, że prawo stanowione nie może zabraniać  tego wszystkiego, co Kościół uznaje za złe – utopizm przynosi więcej zła niż korzyści, biorąc pod uwagę, jak bardzo słaby jest człowiek.

Przez długi czas odnosiłem się negatywnie do homoseksualnych małżeństw. Potem się zakochałem, i na dzień dzisiejszy sam nie wiem, co mam myśleć.

Dodałbym jeszcze, że tak samo, jak Kościół nie narzuca społeczeństwu całego swojego kodeksu moralnego, tak samo i społeczeństwo winno szanować Pierwszą Poprawkę i nie zmuszać wierzących, by popierali wszystkie dekrety uchwalone przez polityków. Oburza mnie, kiedy gejowscy aktywiści intencjonalnie szokują na ulicach i placach (czyli na widoku publicznym; znacznie gorzej, niż kiedy dzieje się to w zaciszu Sali sądowej) tych wszystkich prostych wierzących, którzy nikogo nie krzywdzą, zajmując się robieniem pizzy etc.

W 2008 roku na falach BBC komentowałeś wizytę papieża Benedykta XVI w Wielkiej Brytanii. Co było, patrząc z Twojej perspektywy, najbardziej istotne w tym historycznym wydarzeniu?

Niezwykle doniosła była wizyta w Oratorium Johna Henry’ego Newmana, i posunięcie tym samym procesu kanonizacyjnego o krok naprzód. To wspaniałe, biorąc pod uwagę to, że dla Newmana wrogiem numer jeden był liberalizm religijny. Nie wierzył w świat, w którym, jak wyraziłby się George Weigel, gra w religijne „do wyboru, do koloru”. 

Watykan ustanowił specjalną komisję do badania i restrukturyzacji medialnej strategii komunikacyjnej Stolicy Apostolskiej. Gdybyś miał udzielić papieżowi Franciszkowi jednej porady na temat dziennikarstwa, jaka ona by była? 

Doradzałbym mu milczenie. 

Chcesz dodać coś na koniec?

Módlcie się za mnie. Potrzebuję tego.

 

Tłum. Agnieszka Sztajer