Matuszewski: Kameloci Królestwa, które nadejdzie

Czy bycie konserwatystą jeszcze wystarczy?

Po pierwszych udanych próbach zrujnowania Starego Porządku i zerwania więzi łączącej Tron i Ołtarz, zaczęto wymyślać coraz nowe sposoby przebudowy państwa, cechujące się coraz dalej idącą dowolnością i coraz bardziej odbiegające od pierwotnego, naturalnego biegu ewolucji politycznej i społecznej. Konserwatyzm, początkowo usiłujący usystematyzować to, czym był ów porządek, oparty na Wierze, Tradycji, Autorytecie i Prawie, z czasem coraz bardziej przeobrażał się w jeden z wielu równolegle współistniejących pomysłów na organizację życia publicznego, rywalizujących o miejsca w parlamentach i innych gremiach politycznych. Zamiast stawić opór, przeobrażono to, co nienaruszalne, w paragrafy programów partyjnych i zaczęto nad nimi dyskutować, a potem – zmieniać je zgodnie z oczekiwaniami mas by uzyskać kilka głosów więcej, zebrać fundusze i nawiązać koalicje wyborcze.

Jeżeli miałbym wskazać jedną główną przyczynę sukcesu rewolucji, to jest nią narzucenie wszystkim własnych warunków. Największym błędem konserwatyzmu było ich przyjęcie.

Nie jesteśmy konserwatystami – bo być nimi już nie możemy. Kim więc jesteśmy?

Nie ma sensu podejmować kolejnych prób odpowiedzi na tak postawione pytanie w oparciu o skrojone na miarę współczesnego myślenia o państwie definicje z zakresu politologii. Wynika to z prostej zależności: oto bowiem zgodnie z obowiązującą dziś praktyką życia politycznego każdy uczestnik gry wyborczej definiuje cel, do którego w danym momencie dąży. W naszym przypadku jest inaczej: to cel, do którego dążymy, określa naszą polityczność. Jesteśmy monarchistami, co oznacza, że uznajemy Królestwo z zasiadającym na tronie Bożym Pomazańcem za najlepszą formułę organizacji życia politycznego, hierarchiczną i sakralną – choć doczesną. Naszym celem musi zatem być restauracja monarchii. Nie jakiejkolwiek, było by to śmieszne. Legalnej i świętej, w wymiarze czysto ludzkim opartej na fundamencie legitymizmu i tradycji. Jako że nasz cel to osadzenie na tronie Króla, naszą powinnością jest służyć mu w czasie, jaki nam Bóg wyznaczył, wedle wszystkich naszych sił i umiejętności, tak, by przybliżyć moment jego powrotu. 

W zakresie doczesnym Król stanowi zatem niezmienny fundament naszej politycznej tożsamości. To nie jest kwestia opinii. „Idea królestwa – uczy Jean Raspail – jest niezależna od tego, czy się w nią wierzy, czy nie. Nieważne, ilu jest niedowiarków. Bóg  to Bóg. Król to król”. Jeżeli już, to jest to kwestia świadomości.

Król dla większości stał się bytem nierealnym, jego istnienie odwołuje się bowiem do tych uczuć, które nie są już podzielane przez nikogo. Ale on trwa, jego posłannictwo nie jest zależne od jego własnej woli, a tym bardziej od życzeń jego ludu. Zostało mu powierzone, a on ma obowiązek je przyjąć po prostu dlatego, że nadeszła jego kolej, by stać się wcieleniem Królestwa i jego Tradycji. „Wszyscy inni – pisze dalej Raspail do Faramunda – winni Ci są wierność, nawet, jeśli nigdy jej nie doświadczysz. Będąc dziś niczym, jesteś zarazem wszystkim”.

Los, który przyjmujemy, brzemię poddanych Króla, który dopiero ma nadejść, trzeba wybrać. Ten, kto tego wyboru dokona, musi najpierw zdobyć się na odwagę wiary i zerwania z utopią, której hołduje współczesny świat, co niejako automatycznie wyklucza go z grona biorących udział w polityce bieżącej, a zamiast tego skazuje na trud pielgrzymowania w samotności. Co najtrudniejsze: cel tej pielgrzymki jest odległy – na tyle, że nie będzie nam dane go ujrzeć, a naszym zadaniem może się okazać jedynie przekazanie sztafety kolejnym duszom, które w swoich samotniach zechcą uczcić i przechować relikwię Królestwa po to, by pewnego dnia mogło ono powrócić. Sprawia to, że nasza pozycja w świecie przypomina nieco rekluzję – to szczególne wezwanie do złożenia dobrowolnej ofiary z części własnego uczestnictwa w doczesności (co oczywiście nie jest równoznaczne z brakiem świadomości procesów w niej zachodzących) w imię wierności Bożemu prawu.

(Tu krótka dygresja. Wielu monarchistów uznaje się za oddanych Królowi wygnańców, których świat nie chce zaakceptować. Nie jest to prawdą. Świat nas nie odrzuca, przeciwnie: zaprasza nas do siebie i kusi tym, co nazywa normalnością, jak również powszechną akceptacją. Prosi jedynie o wyparcie się naszego posłannictwa.)  

Król nie tyle posiada królestwo – co nim jest. Ta prosta zasada pozwalała mu podróżować po całym państwie i zawsze być u siebie. Niech zatem twój umysł i twój dom zawsze będą gotowe na przyjęcie króla. W ten sposób stwarzasz podstawy restauracji królestwa – również te materialne. Dopóki istnieje jeden dom, w którym Król będzie u siebie – istnieje Królestwo. Dopóki choć jedna dusza modlić się będzie o jego powrót – Bóg zechce słuchać. Jeżeli ktoś jeszcze dołączy do tej świętej przygody, jeżeli jeszcze jedno zaproszenie do niej zostanie przyjęte by pomóc nieść tę pochodnię przez czas i ziemie, które niegdyś należały do Króla, by raz jeszcze oświetlić je blaskiem jego Korony – wówczas Królestwo się rozszerzy. Dokona podboju. Pamiętaj, że nie jest ważne ile ziem i dusz zjednoczysz wokół Tronu, najważniejsze – to by ten proces trwał bez ustanku. To dzieło nigdy nie może ustać.

I to jest nasze zadanie: przygotować zręby Królestwa.

Stracono już zbyt wiele, by można je było odzyskać jednym szturmem. Jeżeli kiedykolwiek powróci, to dlatego, że istnieją Kameloci gotowi poświęcić się tej żmudnej pracy bez nadziei na ziemską nagrodę. Wiem, że istnieją zwolennicy idei monarchicznej, którzy poza stawaniem do wyborów nie widzą innego wyjścia. Czyniąc tak, skazują się na porażkę niejako podwójnie: po pierwsze dlatego, że przyjmują warunki dyktowane przez rewolucję. Po drugie dlatego, że na przygotowanym przez nią polu nikt już nie rozumie wznoszonych przez nich postulatów, a zatem realne zwycięstwo przy urnie wyborczej jest utopią. Zresztą, „Król to nie jest klasa ani partia, on stoi ponad klasami i nie zna partii” – uczy Georges Valois.

Królestwo żyć będzie tak długo, jak długo o nim nie zapomnimy. Przetrwa w duszach swoich Kamelotów. A dopóki królestwo trwa, Król może powrócić i będzie u siebie.

 

Mariusz Matuszewski

 

 

Kategoria: Myśl, Polityka, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: