banner ad

Jakubczyk: W sprawie antyamerykańskiego imperializmu amerykańskiego

| 3 października 2020 | 0 Komentarzy

W tytule nie ma błędu – wszystko się zgadza. Moim pierwszym, opublikowanym tłumaczeniem z języka polskiego na angielski był znakomity tekst profesora Jacka Bartyzela pod tytułem „Dwie Ameryki. Ameryka Romańska i Ameryka Fenicka”.

Utożsamiając w nim Stany Zjednoczone z Fenicją, Profesor celnie konkludował, że „Talassokratyczne imperium północnoamerykańskie opasuje świat siecią powiązań komercyjnych – uzależniających ekonomicznie – i wojskowych baz w strategicznie ważnych punktach, z których może w każdej chwili interweniować, zmuszając do posłuszeństwa, gdy tylko hegemon uzna swoje interesy handlowe i polityczne (co w tym wypadku jest właściwie jednością) za zagrożone. „Ład duszy” i zbawienie poddanych nie interesuje hegemona tego imperium”.

Te same wnioski da się z łatwością wyciągnąć analizując podłoże, przebieg i konsekwencje amerykańskiej wojny secesyjnej, która, poczynając od skrytej akcji lądowania żołnierzy federalnych w forcie Pickens (stanowiącej nic innego, jak tylko udaną próbę sprowokowania Południa do działań zbrojnych), aż do swego kresu w maju roku 1865, miała podłoże czysto ekonomiczne. W grę wchodziły podatki, opłaty i dochody. Nic zatem dziwnego w tym, że do tej pory Jankesi paktują głównie z tymi z którymi ‘da się zarobić’ lub  ‘wydoić’, a atakują tych, których ‘da się wykorzystać’.

Oczywiście, należy się zastanowić czy tak płytkie i bezduszne pryncypia leżały u podwalin amerykańskich państw? Czy zamiarem tzw. Ojców Założycieli tychże państw był ów imperializm? Czy wtedy Jankesi, a dzisiaj ich waszyngtońscy spadkobiercy –  niezależnie od afiliacji partyjnych – są zachowawcami czy raczej zdrajcami pierwotnej amerykańskiej idei państwowości? Skąd wziął się pomysł podjęcia próby wdrożenia w życie tak demonicznego celu, jakim jest uzurpacja odtworzenia świata na swój obraz.

Jak argumentują działacze konserwatywnych amerykańskich ruchów grassroots, ojcowie założyciele faktycznie dość jasno opowiadali się za otwartym handlem i to ze wszystkimi, ale nigdy nie wiązali tego z uwikłaniami sojuszniczymi. Nawet Waszyngton i Jefferson mówili o tym wielokrotnie i dość wyraźnie. I nawet najbardziej pobieżne spojrzenie na Deklarację Niepodległości, Ordynację Północno-Zachodnią i Konstytucję z 1787 r.  zaświadczy o tym,  że nie były one spisane gwoli napędu imperializmu.

W istocie, jego kołem napędowym, na dobre rozpoczętym podczas tak zwanego „Drugiego Wielkiego Przebudzenia”, byli protestanccy kaznodzieje, tacy jak katolikożerca Szalony Lorenzo Dow, którzy argumentowali, że oceany są sposobem Boga na połączenie Ameryki z  resztą świata. Że drogi wodne to autostrady handlu i wpływów. Nie da się ukryć ich zasięgu. Przecież wśród najbardziej rażących amerykańskich imperialistów byli Albert Beveridge, Albert Mahan, Teddy Roosevelt i Woodrow Wilson. W przeciwieństwie do tej radykalnej postawy, ojcowie amerykańskich państw republikańskich zakładali konfederację wolnych i pokojowych wspólnot przemysłowych, chronionych ich dalekim położeniem geograficznym przed rywalizacją i tradycyjną polityką Starego Świata, a także wykorzystujących wszystkie zasoby cywilizacyjne w celu zapewnienia  wewnętrznego spokoju swojej ludności. Ich pragnieniem było uniknięcie scentralizowanej polityki wielkich statystyk, „równowagi sił”.

Nie ulega wątpliwości że amerykańska, ekonomiczna dominacja świata chyli się ku upadkowi. Chiny, Indie a nawet Brazylia niczym hieny krążą wokół jej wątłego ciała. Gwarantem historii jest także to, że każde imperium skazane jest na rozkład. Wiadomo też że coś wyrośnie na jego gruzach.

Z konserwatywnego, pro-europejskiego punktu widzenia najlepszy byłby luźny konglomerat niezawisłych państw.  Jako osobie, której ów kontynent jest bliski z racji tego, że tam dorastałem, jak również z uwagi na to, że duży procent moich przyjaciół i rodziny nadal tam żyje wśród potomków tamtejszych europejskich osadników, najlepszym rozwiązaniem dla Stanów i Kanady byłoby – po pierwsze, odtworzenie odrębnych amerykańskich państwowości  sprzed wojny secesyjnej.  Odrodzenie Konfederacji Państw Południa, powrót Alaski do Rosji, jak również oddanie części ziem na użytek ich rdzennych mieszkańców (Indian, Inuitów i Aleutów). Całkiem niezłym pomysłem byłoby także utworzenie terytorialnej enklawy dla zawiedzionych ‘amerykańską wolnością’ tzw. afroamerykanów podług planów ministra Narodu Islamu Loiusa Farrakhana. W Kanadzie,  stworzenie katolickiego państwa Wielkiego Quebecu i powrotu reszty jej ziem pod berło odrestaurowanego domu Stuartów  – Wittelsbachów.

 

Arkadiusz Jakubczyk

Kategoria: Arkadiusz Jakubczyk, Polityka, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: