I oto raz jeszcze dryfujemy przez część roku, w której otacza nas albo śnieg i lód, albo plucha i szaruga. Oczywiście i ta pora, i jej aura mają swoje uroki. W tym roku jednak zamiast o nich, z jakiegoś powodu często myślę o Tahiti, dalekiej wyspie na ciepłych morzach. A ściślej – o obrazach Gauguina, bo to one są dla mnie oknem, przez które widać ten skrawek lądu wśród bezmiarów Oceanu Spokojnego.

Francuski malarz Paul Gauguin (1848-1903) wyprawiał się na Tahiti dwukrotnie. Pierwszy raz w 1891 r., by powrócić do Europy w roku 1893. Drugi raz w 1895 r. i pozostał tam do śmierci. Opuścił Europę, którą uważał za kontynent „zwyrodniałych ras” (jak wyraził się, spisując wspomnienia), wyczerpanych fizycznie i duchowo (1). W Maorysach z Tahiti odkrył ludzi żyjących w sposób jednocześnie bardziej naturalny i bardziej uduchowiony, niż Europejczycy (2). Zachwycony, mówił o „wielkości i głębi tahitańskiej tajemnicy” (3). Ale ten artysta uciekł też ze świata, gdzie sztuka stała się synonimem sztuczności, zbytku. Chciał przywrócić malarstwu funkcje „kultowe i dekoracyjne” (4). Te drugie wiązały sztukę z prawdziwym życiem, codziennym rytmem użytkowości, te pierwsze zaś z rzeczywistością zwykłe życie przekraczającą, z sacrum. Takie cechy miała sztuka średniowiecza, dlatego Gaugin wzorował swoje malarstwo na szczególnie dla niej istotnych formach witrażowych (5). Doszedł jednak do wniosku, iż „sztukę europejską można odrodzić tylko poza Europą, w kontakcie z pierwotną, nie skażoną cywilizacją naturą” (6).

Zanim odkrył Tahiti, krainą spełnionej utopii regresywnej, pierwotnej natury, wciąż tkwiącą w średniowieczu, była dla Gauguina Bretania, z jej chłopskim społeczeństwem, „zabobonami” i reliktami starożytnej cywilizacji celtyckiej. Tam uciekał z Paryża; pisał o niej: „Znajduję tu dzikość i prymityw. Kiedy stukam sabotami po granitowym brzegu – słyszę głuchy, matowy, potężny ton, którego szukam w malarstwie.” (7). Fascynował się „kamienną rzeźbą bretońską, archaiczną obyczajowością i folklorem Bretanii.” (8).

Od starożytności przejawia się w kulturze europejskiej to pragnienie ucieczki przed zepsuciem miejskiej cywilizacji do starszych, surowszych form życia, bo są one czystsze i zdrowsze. Przylgnęło do niego miano „mitu szlachetnego dzikusa”, używane ironicznie lub nie. Jego wyrazem jest już dzieło Tacyta „Germania” (9). Od czasów żyjącego w V wieku pisarza kościelnego Salwiana z Marsylii, który w swoich dziełach przeciwstawił stoczonemu moralną zgnilizną cesarstwu rzymskiemu nieskażone nią ludy barbarzyńskie, „mit szlachetnego dzikusa” pozostaje obecny w literaturze chrześcijańskiej. Epoka tzw. wielkich odkryć geograficznych sprawiła, że połączył się on z wizją „wysp szczęśliwych”, ponieważ umacniały go relacje podróżników o życiu egzotycznych społeczności wyspiarskich, które wcześniej nie miały żadnych kontaktów z europejską cywilizacją. Jak uznawali zachodni komentatorzy, czynnik wyspowego położenia ich ojczyzn, zapewniającego im przez wieki względną izolację od świata, walnie przyczynił się do zachowania przez nie czystości i uczciwości obyczajów. W epoce Oświecenia „mit szlachetnego dzikusa” był w Europie popularny jak nigdy wcześniej, niezmiennie głosząc swą tezę o wyższości społeczeństwa starszego, bardziej archaicznego, nad społeczeństwami nowocześniejszymi; może najbardziej wyrazistym przykład stanowi napisany przez Denisa Diderota (1713-1784) kontrowersyjny, lecz frapujący „Przyczynek do podróży Bougainville’a” (1771), mikropowieść o cechach traktatu społecznego (10). Jej akcja rozgrywa się właśnie na Tahiti.

Gauguin jest wielkim depozytariuszem „mitu szlachetnego dzikusa” w malarstwie, piewcą wysp szczęśliwych; a misję tę potwierdził własnym życiem. Apologeci kultury mieszczańskiej, traktujący garnitur i picie z porcelanowych filiżanek jako doczesne objawienie absolutu, a ich odrzucanie jako nieledwie atak na człowieczeństwo, od zawsze mają przeciw niemu tylko jeden kontrargument: powtarzają jak mantrę, że „mit szlachetnego dzikusa” jest jedynie projekcją znudzonych (wygodnym życiem wśród garniturów i filiżanek) europejskich intelektualistów, bo naprawdę społeczeństwa archaiczne wcale tak nie wyglądały. Dopiero antropolodzy XX wieku tacy jak Leo Frobenius (1873-1938) czy Claude Lévi-Strauss przy użyciu materiału empirycznego pokazali, że mit ów miał oparcie w rzeczywistości, nie składał się z wymysłów.

Tym, co najmocniej oddzieliło świat nowoczesny od świata tradycyjnego, było powstanie cywilizacji technicznej. Nowoczesna technika pożera i niszczy świat, a jednocześnie dehumanizuje samych ludzi, bo wkładając im swoje narzędzia do ręki, wpaja im przekonanie, iż wszystkim mogą zawładnąć, wszystko przerobić i pozmieniać, wszystko powielić w milionach egzemplarzy. Jej miłośnicy łudzą się, że w ten sposób dała nam wolność, podczas gdy gołym okiem widać, iż dla ogromnej większości ludzi przeistoczyła świat w małą i ciasną klatkę, w której każdy nasz krok jest kontrolowany, rejestrowany, standaryzowany, inwigilowany. Gdy człowiek może wykorzystać wszystko, cokolwiek znajduje w świecie, jako środek do realizacji dowolnego celu, jego duszę coraz bardziej opanowuje pustka. „Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon.” (Mt 4,9). Część niemieckich konserwatystów miała rację, gdy przed II wojną światową rozpoznała demoniczny charakter nowoczesnej techniki. Nie była to z ich strony przesada.

Filistrzy i prole dzisiejszego społeczeństwa próbują nam wmówić, że „od cywilizacji technicznej nie da się już uciec”. Pewnie w czasach Gauguina też tak mówili. Ale to kłamstwo. Anno Domini 2023 nadal istnieją na Ziemi miejsca położone poza cywilizacją techniczną lub na jej odległych rubieżach, mimo całej jej pychy i agresji. Kto chce, może się tam udać, a nawet osiedlić, tak jak kiedyś Gauguin odpłynął z Europy na Tahiti.

Jednak nie każdy znajdzie siły na decyzję, by ze swoim całym dotychczasowym życiem przenieść się do dalekiego kraju, gdzie ludzie mówią obcym językiem, często należącego do odmiennego kręgu kulturowego. Ale dla wszystkich, którzy nie mogą udać się w odległe krainy, także istnieje droga. Gauguin ukazał ją wcześniej, gdy z paszczy stołecznego miasta-molocha uchodził do Bretanii i tam przebywał już w zupełnie innym świecie – świecie „zacofanej” wsi, niezabudowanych krajobrazów, przestworu ziemi, w którym człowiek może odnaleźć jedność z wszechrzeczą, ludowych obyczajów i „zabobonnych”, czyli żyjących tradycją chłopów. Dla kogo niemożliwą jest emigracja z kraju, dla tego zawsze możliwą pozostaje emigracja z miasta. Ale nie do jednej z podmiejskich miejscowości-sypialni, pospiesznie zabudowywanych i stanowiących formę agresji miasta przeciw wsi, odbierania jej samoistnego charakteru i wartości – lecz w interior, na prawdziwą prowincję. W każdym kraju istnieje wiele miejsc „zapomnianych przez czas”, peryferyjnych, przytulonych do gór czy lasów, zagubionych wśród pól, bagien, jezior. W Polsce ich liczba będzie rosnąć: w miarę, jak aspirująca młodzież wyjeżdża do wielkich miast, aby szukać upragnionego awansu społecznego w boksach zachodnich „korporacji”, prowincja pustoszeje i coraz większe obszary czekają na tych, którzy w ojczystym kraju chcą odnaleźć przestrzeń dla życia autentycznego, wolnego od nerwic nowoczesności.

Wreszcie dla każdego, kto z różnych względów w przewidywalnej przyszłości nie będzie mieć szansy osiąść w głuszy czy wrócić na wieś, pozostaje jeszcze program minimum, dostępny dla wszystkich. Znany protestancki teolog Wolfhart Pannenberg (1928-2014), uchodzący za konserwatystę, wypowiadał się krytycznie o „współczesnym personalizmie, który ucieka ze świata techniki w sferę życia prywatnego” (11). Taka orientacja była dla Pannenberga argumentem przeciwko filozofii personalistycznej, a dla mnie jest dowodem, że kierowanie się wskazaniami personalizmu może mieć sens. Jeśli inne miejsca pozostają dla ciebie na razie niedostępne, w przestrzeń wolną od cywilizacji technicznej i upadłej możesz przekształcić sferę swoich codziennych wyborów, działań i zachowań, gdziekolwiek żyjesz. To droga emigracji wewnętrznej, nie mniej godna polecenia, niż dwie wcześniej wymienione. Najważniejsze, byś odrzucił konformizm swoich znajomych i wbrew nim uznał, że bunt przeciw cywilizacji technicznej jest możliwy.

 

Adam Danek   

 

1. Władysława Jaworska, Gauguin. Tahiti, Warszawa 1974, s. 7.

2. Tamże, s. 7-8.

3. Tamże, s. 10.

4. Tamże, s. 3.

5. Tamże, s. 6.

6. Tamże, s. 3.

7. Cyt. za: tamże, s. 4.

8. Tamże.

9. Zob. współczesne wydanie: Tacyt, Germania, przeł. Adam Naruszewicz, Sandomierz 2009.

10. Zob. Denis Diderot, Przyczynek do podróży Bougainville’a, [w:] tenże, To nie bajka… Opowiadania, przeł. Tadeusz Żeleński (Boy), Warszawa 1969, s. 32-101.

11. Wolfhart Pannenberg, Kim jest człowiek? Współczesna antropologia w świetle teologii, przeł. Danuta Szumska, Edward Zwolski, Paris 1978, s. 110. Być może przyczyna niechęci tego autora do personalizmu tkwiła nie tylko w jego modernistycznym podejściu do kultury, ale również w fakcie, że filozofia personalistyczna jest zasadniczo myślą katolicką.

 

Paul Gauguin, Mahana no atua (Dzień bóstwa), 1894