Danek: Polityka kamikadze – Japonia w II wojnie światowej

| 15 grudnia 2020 | 1 Komentarz

Tematyka II wojny światowej na długo uległa daleko idącej tabuizacji. Jak wiadomo, historię piszą zwycięzcy, a ci kierują się swoimi interesami, czyli chęcią obrony wywalczonego stanu posiadania oraz wmówienia światu, że tylko oni mieli rację, i to od samego początku. Obraz II wojny światowej utrwalony po jej zakończeniu w historiografii, a jeszcze bardziej w obiegu popularnym nosił podwójne piętno ideologiczne: po pierwsze kontynuacji propagandy z czasów samej wojny, po drugie moralitetu mającego uzasadniać powojenny porządek polityczny w jego kolejnych mutacjach – po roku 1945, 1956, 1989 czy 1991.

Dla prawicy, nastawionej krytycznie do nowego świata zbudowanego na zgliszczach pozostawionych przez wojnę, naturalną reakcją na ten stan rzeczy była i jest chęć rozerwania ideologicznego kokonu i dotarcia do ukrywanej, cenzurowanej prawdy. W efekcie dążenie – nacechowane nieraz przesadą – do oczyszczenia państw Osi z alianckich oskarżeń stało się swoistym kanonem myślowym po prawej stronie, niezależnie od jej odcienia, bynajmniej nie ograniczonym do ekscentrycznych, niszowych środowisk, które za punkt honoru stawiają sobie wybielenie (nomen omen) III Rzeszy wraz z jej przywództwem, bądź też przywódcą.

Bodźców dostarczyły temu wysiłkowi oczywisty cynizm i hipokryzja zwycięzców wojny oraz głupota wszystkich tych, co z przekonania powtarzają ich dawne propagandowe schematy jako fakty. Zwyczajem wygranych, alianci całą odpowiedzialność za wojnę zwalili jednostronnie na państwa Osi. Tymczasem, czy przyszli alianci nie mieli udziału w jej wywołaniu? Mowa tu nie tylko o Związku Sowieckim, który w 1939 r. napadł na Polskę razem z Niemcami, ale również o Wielkiej Brytanii, która od wiosny 1939 r. podjudzała Polaków do twardego oporu wobec żądań Hitlera, by jesienią z pełną premedytacją nie udzielić im obiecanej pomocy. (Przypadek francuski tutaj pomińmy, bo trudno uważać Wolną Francję de Gaulle’a za kontynuację masońskiej III Republiki, szczęśliwie zgniecionej gąsienicami niemieckich czołgów.).

Problem tkwi we wspomnianej przesadzie. Prawicowi rewizjoniści historyczni często zacietrzewiają się w walce z ciągle wszechwładnym (post)alianckim kłamstwem i wpadają w myślową pułapkę: chcąc zburzyć panujący schemat ideologiczny, sami zamykają się w schemacie – równie nieskomplikowanym, tylko że o przeciwnych znakach wartościowania. Zakończenie II wojny światowej zamiast zwycięstwa dobra nad złem okazuje się zwycięstwem zła nad dobrem. Państwa Osi przegrały, bo zatriumfowały nad nimi złe siły ze Wschodu i Zachodu. Ba, czasem państwa Osi bywają nawet awansowane do rangi „świata Tradycji” (sic!), którego „upadek w 1945 r.” się następnie opłakuje. Pod wpływem kilku elokwentnych pisarzy nie dopuszcza się do świadomości, że państwa Osi spotkała porażka, ponieważ zapracowały na nią ich elity przywódcze.

A przecież to ostatnie jest oczywiste w przypadku Hitlera, który ściągnął na Niemcy najdotkliwszą klęskę od 1807 r., czy wręcz w całej ich historii. Łatwo daje się zauważyć w przypadku Mussoliniego, którego czynniki czysto irracjonalne – kompleks niższości walczący o lepsze z megalomanią – skłoniły w 1937 r. do zawieszenia Włochom kamienia u szyi w postaci przymierza z Hitlerem (największym rywalem Italii o wpływy w Austrii, na Węgrzech i na Bałkanach), przypieczętowanego ostatecznie „paktem stalowym” z 1939 r. Balast pociągnął ofiarę na dno w atmosferze grozy pomieszanej z absurdem i to krótkie stwierdzenie  wystarcza, by streścić dzieje udziału Włoch w II wojnie światowej. Pomniejsi sojusznicy III Rzeszy – Węgry, Rumunia, Bułgaria czy Słowacja – należą do osobnej kategorii; te państwa wschodniej Europy łączyła z Polską w czasie wojny wspólnota losów rozciągająca się w poprzek przebiegu frontów. Spośród filarów Osi stosunkowo najmniej znany polskiemu czytelnikowi pozostaje przypadek Japonii. Państwo to analogicznie do III Rzeszy – i chyba w większym stopniu niż faszystowskie Włochy – dostarcza przykładu, jak można zniweczyć własny ambitny projekt przebudowy świata w imię ciasno i krótkoterminowo definiowanych celów narodowych. Generał i profesor geografii Karl Haushofer, współtwórca nauki geopolityki, był wielkim propagatorem sojuszu Niemiec z Japonią, którą dobrze znał (m. in. służył jako attaché wojskowy Cesarstwa Niemieckiego w Tokio). Po II wojnie światowej demonizowano go jako rzekomego ojca programu hitlerowskiego imperializmu – korzystając z faktu, iż nie żył od 1946 r. i nie mógł się bronić. Rzeczywisty stosunek Haushofera i skupionego wokół niego kręgu uczonych do polityki Hitlera przedstawił w 1987 r. amerykański geograf Mark Bassin w artykule „Race contra Space. The conflict between German Geopolitik and National Socialism”. Niemieccy geopolitycy próbowali uświadomić nazistom, że ideologiczne obsesje na punkcie rasy zaprzepaszczą to, co Niemcy mogłyby osiągnąć na polu panowania nad przestrzenią (czyli – mówiąc już bardzo łopatologicznie – że nie da się zbudować imperium w oparciu o nacjonalizm i etnocentryzm). Ale Hitler nie słuchał. Obóz rządzący Krajem Kwitnącej Wiśni również nie przejmował się takimi ograniczeniami.

Japonia weszła do II wojny światowej z zamiarem usunięcia Amerykanów z Pacyfiku (i zamiany go we własną strefę wpływów), czyli pod hasłem zlikwidowania amerykańskiego kolonializmu. A amerykański kolonializm bynajmniej nie jest wymysłem. Propagandowy mit USA jako demokratycznego mocarstwa bez kolonii, odróżniającego się pod tym względem od państw Starego Świata, nie ma nic wspólnego z prawdą. Stany Zjednoczone jedynie unikały nazywania podbitych przez siebie terytoriów zamorskich koloniami, nadając im takie nazwy, jak „dependencies”, „insular possesion”, „outlying territories”, „island responsibilities”, „territorial areas under US administration” czy „territories under US perview”. Postulat likwidacji amerykańskiego imperium kolonialnego pozostaje zresztą do dziś aktualny (przypadek Portoryko i nie tylko).

Zapowiedziane przez Japończyków usunięcie kolonializmu amerykańskiego z Pacyfiku i brytyjskiego z Oceanu Indyjskiego było więc celem słusznym. Realizacja tego nakreślonego z rozmachem programu wymagała jednak pozyskania dla polityki cesarstwa sympatii i poparcia ludów azjatyckich i oceanicznych. Tymczasem jak japońskie hasła walki z obcymi tyranami mogły brzmieć wiarygodnie w świecie Wschodu, skoro przed rozpoczęciem wojny z Anglosasami Japonia sama najechała i okupowała Chiny? I to dwukrotnie: najpierw w 1931 r. Japończycy zaatakowali i oderwali od nich Mandżurię, a następnie w 1937 r. rozpoczęli na pełną skalę inwazję na Chiny właściwe. Skoro Japonia planowała rzucić rękawicę mocarstwom anglosaskim w Azji i na oceanie, nie mogła sobie pozwolić na dalszą wrogość i konflikt z największym azjatyckim narodem. Przygotowując się do starcia z Jankesami i Anglikami, cesarstwo powinno było zabezpieczyć zaplecze, a w tym celu zawrzeć z Pekinem pokój na warunkach obejmujących w zamian za neutralność Państwa Środka w przewidywanej wojnie wycofanie japońskich wojsk z Chin i zwrot wszystkich okupowanych przez nie terytoriów, w tym Mandżurii. Zawarcie takiego pokoju nie wymykało się realnym możliwościom. Cesarska dyplomacja wykazywała elastyczność pozwalającą wchodzić w porozumienie nawet z tak zwanymi tradycyjnymi przeciwnikami Japonii. Udowodniła to w kwietniu 1941 r., kiedy w przededniu rozpoczęcia wojny z Ameryką podpisała pakt o nieagresji z sowiecką Rosją, przestrzegany potem przez stronę japońską do samego końca (a zerwany przez stronę sowiecką dopiero w sierpniu 1945 r.). Jeżeli jej walka z USA i Anglią o dominację na oceanie miała toczyć się na realnych podstawach, Japonia musiałaby zakończyć wycofywanie wojsk z Chin przed przystąpieniem do działań zbrojnych przeciw Anglosasom, a więc osiągnąć porozumienie z Chińczykami wcześniej. Japoński rząd nie uczynił nic w tym kierunku. Wolał uwikłać swój kraj w wojnę na dwa fronty.

Japonia postawiła się zatem w niekorzystnym położeniu już w chwili wejścia do wojny. Kluczowa dla powodzenia jej działań pozostawała jednak potrzeba pozyskania dla nich poparcia azjatyckich i oceanicznych ludów. Japończycy zapewne osiągnęliby ten cel, gdyby pomagali lub przynajmniej pozwalali im tworzyć własne instytucje samorządowe i kulturalne oraz szanowali ich aspiracje polityczne i godzili się je wspierać w zamian za nadanie im projapońskiego kierunku. Wzorem dla Japonii mogła być polityka, jaką Cesarstwo Niemieckie prowadziło na ziemiach zajętych podczas I wojny światowej: pomogło uruchomić w 1915 r. polski uniwersytet w Warszawie, a w 1917 r. uniwersytet flamandzki w Gandawie (1); proklamowało w 1916 r. powstanie Królestwa Polskiego, a w 1918 r. królestwa Litwy; podtrzymało też zbrojnie niepodległość Ukrainy przeciw bolszewickiej Rosji. Zamiast naśladować II Rzeszę, japońskie władze wybrały jednak metody III Rzeszy: bezwzględną eksploatację zajętych terytoriów i brutalne represje na ludności, czy wręcz jej eksterminację, w razie jakiejkolwiek próby oporu. Tak było już w Chinach. Po rozpoczęciu inwazji japońskie wojska wtargnęły w głąb kraju, szybko zdobywając chińską stolicę. Japończycy od razu zademonstrowali swój stosunek do sąsiadów z kontynentu. W grudniu 1937 r. rozpoczęły się upiorne wydarzenia znane jako „rzeź Nankinu”. Oddajmy głos biegłemu znawcy historii Chin: „Przez trzy miesiące podwładni generała Matsui Iwane zakopywali Chińczyków żywcem, tratowali końmi i czołgami, wieszali za języki na hakach. Niektórych, zakopanych w ziemi po pas, kazano rozszarpywać wielkim psom, innych krzyżowano, przybijano do drzew i słupów telegraficznych, zdzierano im pasy skóry, odcinano nosy i uszy. Zgwałcono, zwykle potem mordując ofiary, kilkadziesiąt tysięcy kobiet, w czym uczestniczyły najwyższe szarże; dowodzący 6. dywizją piechoty generał Tani Hisao dopuścił się około dwudziestu gwałtów. Póki starczyło benzyny, palono też nankińczyków żywcem, albo spędzonych na place i skwery, albo w domach, pod które podkładano ogień. Żołnierze zakładali się, kto zetnie więcej głów, z których układano stosy. (…). Gdy oprawcy się zmęczyli, powołane przez nich władze miejskie nadzorowały pochówek 227 400 ciał. Wraz z pogrzebanymi przez rodziny i samych Japończyków oznaczałoby to hekatombę rzędu 300 tys. lub więcej – co jest równoznaczne z największymi stratami, jakie poniosła w czasie II wojny światowej stolica jakiegokolwiek państwa. Do rzezi, choć o mniejszych rozmiarach, doszło też w miastach sąsiednich. (…). »Holocaust nad doliną Yangzi«, jak Hollington Tong nazwał ową krwawą orgię, wywarł na wielu porażające wrażenie. W sumie dolina między Szanghajem a Nankinem, w owym czasie może najludniejsze miejsce na ziemi, stała się grobem dla co najmniej miliona Chińczyków.” (2). Prócz tego japońska armia od początku swojej obecności w Chinach do końca II wojny światowej utrzymywała tam ośrodki badawcze, które dokonywały eksperymentów z bronią biologiczną i chemiczną na chińskiej ludności; najlepiej znanym z nich stała się potem Jednostka 731. Japończycy traktowali więc Chińczyków dosłownie jak zwierzęta. Nie lepsze wrażenie wywoływały ich posunięcia polityczne. Po tym, jak jej wojska zalały Chiny, Japonia powołała w Nankinie projapoński rząd, którym kierował Wang Jingwei. Był to już wtedy trzeci nominalnie chiński rząd na terytorium Państwa Środka, obok właściwego chińskiego rządu Czang Kaj-szeka i rządu fasadowego cesarstwa Mandżukuo. Wskutek ingerencji obcego mocarstwa Chiny zostały zatem rozbite na kilka odrębnych jednostek politycznych, co Chińczykom musiało się kojarzyć z podziałem „chińskiego tortu” na strefy wpływów dokonanym przez potęgi kolonialne pod koniec XIX wieku, do dziś zapisanym w ich pamięci jako największe upokorzenie w narodowej historii – albo w najlepszym wypadku wyglądać na cofnięcie do podziału Chin na quasi-państewka rządzone przez watażków (junfa) w „erze militarystów” (1916-1928).

Z taką hipoteką Japończycy wyruszyli na Pacyfik, głosząc, że przychodzą wyzwolić ludy Azji z anglosaskiego kolonializmu. W innych krajach Wschodu poczynali sobie jednak podobnie jak w Chinach: zabijali, kogo i jak mieli ochotę. Nie liczyli się nie tylko z aspiracjami „bratnich” ludów, ale również z ich tradycjami. W Chinach utworzyli marionetkowe cesarstwo mandżurskie, gdzie indziej nie cofali się przed zabijaniem monarchów. We wrześniu 1944 r. ludność wysp Loenang i Sermata, należących do Małych Wysp Sundajskich w Indonezji, doprowadzona ich brutalnością do desperacji, zabiła kilku funkcjonariuszy Kempeitai – niesławnej służby bezpieczeństwa japońskiej armii. Generał Shizuichi Tanaka nakazał radży Loenangu wskazać sprawców. Kiedy radża odmówił, na rozkaz Tanaki zgładzono go, a wraz z nim dziewięćdziesięciu sześciu jego poddanych. Wcześniej Tokei-tai, Tajna Policja Morska (odpowiednik Kempeitai w japońskiej marynarce wojennej), wymordowała setki mieszkańców portów Ketapang i Pontianak na Borneo, wśród nich sułtana Pontianaku i jego dwóch synów.

Z czasem władze w Tokio, pod wpływem powikłań spowodowanych własną nieprzemyślaną polityką, zaczęły częściowo realizować swoje propagandowe obietnice. 1 sierpnia 1942 r. powołały rząd Birmy, którego premierem – a po ogłoszeniu niepodległości w 1943 r. głową państwa (adipati) – został katolik Ba Maw. W 1943 r. prezydent José Laurel ogłosił przy ich poparciu niepodległość Filipin. W marcu 1945 r. Japończycy uruchomili przygotowania do przekształcenia w niepodległe państwo Indonezji – dotychczas holenderskiej kolonii – ale jej niepodległość proklamowano dopiero 17 sierpnia, dwa dni po ogłoszeniu przez Japonię kapitulacji. Dokonał tego Sukarno, w przyszłości jeden z najwybitniejszych polityków na arenie międzynarodowej, podczas II wojny światowej reprezentujący orientację projapońską.

Jak widać zwłaszcza na ostatnim przykładzie, były to działania spóźnione. Japończycy popełnili bowiem ten sam błąd, co Niemcy w Europie Wschodniej po 1941 r.: miejscowej ludności, która w wielu miejscach witała ich jak wyzwolicieli (m. in. na Sumatrze), szybko dali się poznać jako okupant nawet gorszy od poprzedniego. Japońskie hasła „Azji dla Azjatów” i budowy „Strefy Wspólnego Dobrobytu Wielkiej Azji Wschodniej” były werbalnie słuszne, ale ich głosiciele nie mogli wyprzeć Anglosasów z oceanu, skoro dla innych azjatyckich ludów hasła te oznaczały w praktyce eksterminację lub niewolniczą pracę dla obcych. We wrześniu 1944 r. Japonia zgłosiła Stanom Zjednoczonym gotowość zawarcia separatystycznego pokoju, ale Departament Stanu zignorował tę ofertę. Amerykanie nie mieli żadnych powodów, by rozważać propozycję Japończyków, którzy nie mieli już w Azji żadnych aktywów: niemal wszystkie azjatyckie narody życzyły im klęski, w niejednym miejscu witając wkroczenie amerykańskich wojsk jako wyzwolenie.

Amerykanie użyli przeciw Japończykom najbardziej niehumanitarnej broni zastosowanej podczas II wojny światowej, lecz po kapitulacji Japonia została przez aliantów potraktowana stosunkowo łagodnie – lżej, niż Niemcy i Włochy. Amerykańscy okupanci narzucili Krajowi Kwitnącej Wiśni ustrój parlamentarny na wzór zachodni, ale – inaczej niż we Włoszech – nie zlikwidowali monarchii. Cesarza zmuszono do scedowania prerogatyw politycznych na organy wybieralne, lecz jako dziedziczny reprezentant zasady władzy i depozytariusz symboli najważniejszych dla japońskiej duszy narodowej pozostał busolą państwa pośród dziejowych nawałnic i nadal odgrywa w tym charakterze ważną rolę. Okrutna pacyfikacja zbrojna Japonii przez USA pociągnęła za sobą przynajmniej jeden dobroczynny skutek – trwałe odsunięcie od władzy warstwy krótkowzrocznych wojskowych imperialistów z okresu wojny. Rozbrojeni Japończycy musieli szukać alternatywnej drogi do wielkości i odnaleźli ją. Odbudowali mocarstwową pozycję na płaszczyźnie gospodarczej, w formach znacznie pożyteczniejszych dla świata i dla samej Japonii. Narzucona po 1945 r. amerykańska kuratela paradoksalnie pozwoliła więc cesarstwu zająć stanowisko jednego z najbardziej wpływowych państw na globie. Japonia zmarnowała jednak historyczną szansę na zlikwidowanie dominacji USA na Pacyfiku, wbrew swoim intencjom doprowadzając do jej umocnienia. Dopiero stosunkowo niedawno, w XXI wieku, zaczęły podważać ją Chiny. Gdyby Japończycy przystąpili do II wojny światowej z lepiej przemyślaną strategią, świat mógłby dzisiaj wyglądać inaczej.

 

Adam Danek

 

 

1. Była to forma walki z uciskiem narodowościowym. Flamandowie mieli w Gandawie swój uniwersytet, dopóki Flandria pozostawała częścią królestwa Niderlandów. Po popieranej przez Francję i Anglię rewolucji w 1830 r. zakończonej powstaniem Belgii władze nowego państwa zakazały używania flamandzkiego jako języka wykładowego i zmieniły charakter uczelni na francuskojęzyczny.

2. Jakub Polit, Pod wiatr. Czang Kaj-szek 1887-1975, Kraków 2008, s. 377-378.

Kategoria: Adam Danek, Historia, Publicystyka

Komentarze (1)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Gierwazy pisze:

    Przypominam p. Jakubczykowi o obiecanej polemice z haniebnym tekstem p. Danka: "W obronie bł. Jozafata Kocyłowskiego"…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: