banner ad

Danek: Nędza narodowej monolatrii

| 28 lutego 2020 | 1 Komentarz

I.

Do najdziwaczniejszych poglądów spotykanych w środowiskach nacjonalistycznych należą zarzuty, że chrześcijaństwo, zwłaszcza reprezentowane przez Kościół katolicki, jest nienarodowe bądź za mało narodowe. W skrajnych przypadkach przybierają one postać twierdzeń, iż Polacy powinni odrzucić religię chrześcijańską jako „obcą” i „narzuconą”, a zamiast niej przyjąć wierzenia „rodzime”, to znaczy przedchrześcijańskie.

Zwolennicy tego typu poglądów, na ogół wypowiadający je w mocno emocjonalny sposób, nie zniechęcają się dość oczywistymi problemami. Przedchrześcijańskie wierzenia religijne zanikły na ziemiach polskich wieki temu. Dłuższe przetrwanie całkowicie oderwanych od dawnego podłoża religijnego zwyczajów w stylu puszczania wianków czy śmigusa-dyngusa nie jest argumentem na rzecz żywotności pogaństwa, bo nie można na poważnie brać folkloru za religię ani jej przejaw. Wierzenia przedchrześcijańskie trzeba by więc było sztucznie rekonstruować, a właściwie skonstruować na nowo, biorąc pod uwagę, że o tych prawdziwych, sprzed wieków, wiadomo stosunkowo niewiele z powodu szczupłej bazy źródłowej. Ci, którzy głoszą, iż Polacy powinni wyznawać „religię przodków”, z uporem maniaka ignorują prosty fakt, że religią naszych przodków jest chrześcijaństwo. Taką bowiem religię wyznawali nasi rodzice, dziadowie i pradziadowie. W Polsce nawet najbardziej zatwardziały ateista wie, kim jest Jezus Chrystus, ale poza garstką pasjonatów praktycznie nikt nie słyszał o jakimś Perunie czy Swarogu. Chrześcijaństwo pozostaje obecne na ziemiach polskich dłużej niż jakikolwiek inny kult religijny. Negacja tego faktu prowadzi „neopogan” do absurdalnego wniosku, iż tysiąc lat to za mało, by zakorzenić religię w historii, tradycji i duchowości narodu.

Przyjmijmy jednak, że powyższe obiekcje są nieistotne i że na poważnie zastanawiamy się nad restytucją wierzeń przedchrześcijańskich we współczesnej Polsce. Samo nasuwa się pytanie, po co właściwie mielibyśmy jej dokonywać. Antychrześcijańscy patrioci odpowiadają: bo powinniśmy wyznawać religię narodową, „rdzenną”, „rodzimą”, a nie „obcą”, przyniesioną z innych krajów i z centralnym ośrodkiem za granicą. Ale niby dlaczego religia musi koniecznie mieć charakter lokalny (narodowy), a nie uniwersalny? „Neopoganie” odrzekną: ponieważ religia musi umacniać w nas szacunek dla przodków, związek z ojczystą ziemią, więzi narodowe, naszą zbiorową tożsamość. I tu leży pies pogrzebany: ci, którzy postrzegają religię przez pryzmat tego rodzaju funkcji, przyznają, iż kult religijny ma dla nich czysto ziemskie pochodzenie i znaczenie, jest formą narodowej czy plemiennej mentalności i niczym więcej. Religia rozmyślnie podtrzymywana w celach czysto społecznych i politycznych w rzeczywistości nie jest religią, a jedynie obyczajem, jak religia starożytnego Rzymu. Tymczasem rzymski politeizm upadł właśnie dlatego, że Rzymianie nie wierzyli w swoje bóstwa, a składane im ofiary traktowali jako czysto państwowe lub społeczne ceremonie-ozdobniki. Został wyparty przez chrześcijaństwo reprezentujące szczerą wiarę w Boga, którego wyznawcy budzili u Rzymian zdumienie, bo woleli męczeńską śmierć niż spalenie dla świętego spokoju paru kadzideł przed posążkiem cesarza. Katolik, ale i każdy pobożny prawosławny, protestant, żyd czy muzułmanin zachowuje nad „neopoganinem” tę prostą przewagę, że wierzy naprawdę.

Głosicielom „religii przodków” nie chodzi o religię, tylko o przodków, w dodatku rozumianych jako abstrakcyjna substancja etniczna czy plemienna, a nie jako nasi rzeczywiści antenaci z wiarą faktycznie przez nich wyznawaną. Oddawanie czci „bogom przodków” sprowadzałoby się zatem do kultu samych przodków, a czcząc przodków, czcimy siebie samych i nikogo więcej. „Neopogaństwo” to w gruncie rzeczy zakamuflowany i nieco bardziej wyrafinowany w formie ateizm. Jeżeli religia ma mieć ziemskie cele, to jest zbędna; nie przyjmie się i nie przetrwa, jak we Francji nie przyjął się i nie przetrwał kult Istoty Najwyższej zadekretowany w czysto ziemskich celach przez Robespierre’a w 1794 r. Religia konstruowana przez samych ludzi bez ingerencji czynnika nadprzyrodzonego nie ma racji bytu. Po porażce Robespierrowskiego kultu Istoty Najwyższej jeden z członków Dyrektoriatu, La Revellière-Lépaux, przedstawił na posiedzeniu rządu projekt zastąpienia go nową, opracowaną przez siebie doktryną religijną – „teofilantropią”. Gdy skończył swój długi referat na ten temat, minister spraw zagranicznych, Talleyrand, powiedział: „Ze swej strony chcę tylko zwrócić uwagę na jedno. Jezus Chrystus, aby założyć swą religię, został ukrzyżowany i powstał z martwych. Powinien pan się pokusić o coś w tym rodzaju.”* W Polsce w ostatnich latach miały miejsce cuda eucharystyczne, ale o pogańskich cudach jakoś nie słychać.

II.

Nieco bardzie umiarkowani krytycy „kosmopolitycznego” charakteru Kościoła katolickiego proponują zastąpienie katolicyzmu prawosławiem lub protestantyzmem w roli wyznania dominującego w Polsce. O wyższości prawosławia i protestantyzmu nad katolicyzmem przesądzać ma możliwość utworzenia w jego ramach „Kościoła narodowego”, o zasięgu pokrywającym się z granicami państwa lub podziałami narodowościowymi, niezależnego od zagranicznej centrali, jaką w Kościele katolickim pozostaje papiestwo.

Historia wskazuje jednak, że utworzenie „Kościoła narodowego” przez oderwanie go od Kościoła powszechnego (schizmę) zawsze kończy się tak samo: zamianą „Kościoła narodowego” w narzędzie państwa, bieżącej polityki i administracji. Tak działo się wszędzie, od Bizancjum do Skandynawii i od Rosji do Anglii. W Polsce postulat utworzenia „Kościoła narodowego” jako pierwszy podniósł Jan Ostroróg (1436-1501) w dziele „Memoriał o urządzeniu Rzeczypospolitej” (Monumentum pro Reipublicae ordinatione), jako ostatni czynili to bodaj piłsudczycy Adam Skwarczyński (1886-1934) i Tadeusz Hołówko (1889-1931), przy czym żaden z tych autorów właściwie nie ukrywał, że chodzi mu o uzyskanie takiego właśnie efektu. Zamiana Kościoła w jeden z pionów administracji państwowej doprowadza zaś do wyprania go z treści religijnej i w rezultacie do obumarcia samej instytucji.

Może się jednak wydarzyć również coś innego: pustkę po zamierającej w „Kościele narodowym” treści religijnej wypełnia inna treść – „narodowa”. Dochodzi do przemieszania gorliwości religijnej z gorliwością nacjonalistyczną, a w istocie do wchłonięcia pierwszej przez drugą. Wyznawcy wykazują gorące przywiązanie do „Kościoła narodowego”, ale z miejsca kultu Boga obracają go w miejsce kultu narodu. W rezultacie religię zastępuje jej etnocentryczna parodia. Wymownym przykładem tego zjawiska jest znana w tej chwili już chyba na całym świecie piosenka serbskich żołnierzy z okresu wojny w Bośni, rozpoczynająca się od słów „Bóg jest Serbem”. Serbskie prawosławie, zwane świętosawiem, uchodzi za wyjątkowo „narodowe” nawet na tle reszty świata prawosławnego, toteż podobnych postaw wśród jego wiernych można napotkać więcej. Osoba podróżująca po Serbii relacjonowała mi kiedyś swoją rozmowę z młodym serbskim nacjonalistą, który rozważania o cierpieniach swojego kraju zakończył tajemniczym: „Teraz już wiem, wszystko zrozumiałem.” Po czym z natchnionym uśmiechem objawił rozmówcy: „Pan Jezus urodził się w Kosowie.” Pamiętamy też uwiecznione przez Kazimierza Moczarskiego wywody snute w więziennej celi przez Jürgena Stroopa o tym, że Chrystus tak naprawdę był Aryjczykiem, synem rzymskiego legionisty pochodzenia germańskiego.

Inne przypadki budowania narodowej monolatrii z chrześcijańską fasadą bywały mniej zabawne, by wspomnieć III Rzeszę i jej próby tworzenia „niemieckiego chrześcijaństwa” (Deutsche Christen) na bazie miejscowego protestantyzmu. Jeśli do takiej narodowej megalomanii wyrażonej w formie wyznaniowej dochodzi jeszcze historyczny resentyment przeciw innym narodom lub współczesne konflikty z nimi, wyznawcy „narodowego” chrześcijaństwa niejednokrotnie wskrzeszają wyrwaną z kontekstu, starotestamentalną ideę narodu wybranego wraz z powiązaną z nią ekskluzyjną etyką zbiorową – i postępują z obcoplemieńcami w sposób podobny do tego, w jaki bojownicy Państwa Islamskiego traktują „niewiernych”. Wskutek pomieszania porządków widzą w przeciwnikach narodu nieprzyjaciół Boga. W 1943 r. na dawnych południowo-wschodnich kresach Rzeczypospolitej chrześcijańscy kapłani święcili noże, którymi bojownicy Ukraińskiej Powstańczej Armii mieli szlachtować polską ludność. Do święcenia noży doszło nie tylko w prawosławnych cerkwiach na Wołyniu, lecz również w (katolickich) kościołach unickich w Małopolsce Wschodniej. Współcześnie na Ukrainie natrafić można na obrazy wystylizowane na ikony, przedstawiające terrorystę Stepana Banderę i ludobójcę Romana Szuchewycza w otoczeniu aniołów i świętych. Kto próbuje zmusić Boga, by służył jego narodowi, przekreśla cały sens religii. Zapomina, że Bóg opiekuje się jego narodem, ale innymi także: sprawuje opatrzność nad wszystkimi narodami i całym światem.

Gwoli wyjaśnienia, uważam, iż Stolica Apostolska zrobiłaby krok w dobrą stronę, zezwalając na większą narodową różnorodność w liturgii – poprzez przywrócenie w Kościele zachodnim niektórych tradycyjnych rytów mszalnych, obecnie nie dopuszczonych do stosowania, jak liturgia św. Germana we Francji czy ryt iroszkocki na Wyspach Brytyjskich. Ale ta wielość narodowych rytów nadal musi wyrastać z jedności i zarazem do niej zmierzać. I tak jest: w Kościele powszechnym spotkanie każdego narodu z Bogiem wygląda nieco inaczej. Religijność Latynosów różni się od religijności narodów romańskich czy Słowian. Irlandzki kult św. Patryka i św. Brygidy z Kildare różni się od słowackiego kultu św. Svorada (Andrzeja Świerada), a polski kult maryjny różni się od kubańskiego kultu Matki Bożej Samotności (La Soledad). W każdym z nich wyraża się jednak duch narodu wielbiącego tego samego Boga w jednym Kościele.

Odwracanie relacji Kościół-naród byłoby szczególnie bezpodstawne w Polsce, gdzie Kościół pojawił się wcześniej niż naród. Gdy w X wieku Mieszko kreślił granice swego państwa, naród polski jeszcze przecież nie istniał. Proces jego formowania się z odrębnych plemion trwał przez następne wieki. Naród polski stworzyły więc przede wszystkim dwie instytucje: monarchia Piastów i Kościół katolicki.

 

Adam Danek

 

* Przeł. Józef Marzęcki.

 

Witold Pruszkowski, Wizja (1890)

Kategoria: Adam Danek, Publicystyka, Religia, Wiara

Komentarze (1)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Sciepuro pisze:

    Co by nie myśleć o reformach SW2.to jednak w przypadku Polski przyczyniły się one do tego o czym pisze Autor postulując konieczność większej narodowej różnorodności,a więc bardziej ,,unarodowiły"nasz katolicyzm wzmacniając jego więź z ludem.Prymas wydawał się to świetnie rozumieć,stąd jego poparcie dla reform,z czego wielu robiło i robi mu zarzut.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *