Żak: Śmieci tego świata

| 18 listopada 2021 | 1 Komentarz

Koptowie powtarzają swoim dzieciom od wieków: “Jesteśmy Kościołem męczenników. Od początku chrześcijaństwa we własnym kraju płaciliśmy krwią za naszą wierność Chrystusowi.” Ten przekaz wciąż jest aktualny, gdyż prawa mniejszości religijnej Koptów nie liczą się w egipskiej grze politycznej. To prawdziwy cud, że przetrwali do tej pory. Nie ma chyba bardziej prześladowanej grupy chrześcijan na świecie. I dlatego ich lekarstwo na islamizację Europy – “odkryjcie na nowo wasze chrześcijańskie korzenie!” – jest jak najbardziej aktualne i wiarygodne. Zapraszam was do książki “Koptowie” autorstwa kapucyna Roberta Wieczorka, na którą natknąłem się jak zwykle “przez przypadek” – pisze Artur Żak.

 

Historia Kościoła koptyjskiego, to historia bycia wciąż i wciąż odrzucanym, i prześladowanym. Robert Wieczorek zwraca uwagę, że nad Nilem obowiązuje kalendarz kościelny, który przyjmuje jako rok zerowy rok 284 naszej ery, kiedy to cesarzem został Dioklecjan, który ze szczególnym upodobaniem pławił się we krwi egipskich chrześcijan. Dla Koptów była to tak ogromna trauma, że do dziś nazywają ten okres Erą Męczenników. Ale choć wraz z edyktem tolerancyjnym z 312 roku nastał względny spokój, to już w połowie wieku następnego zaczęły się kolejne szykany, tym razem ze strony Kościoła rzymskokatolickiego. Sobór Chalcedoński w 451 roku potępił patriarchę aleksandryjskiego Dioskura, który w swoim nauczaniu wskazywał na wyższość Chrystusa – Syna Bożego nad Jezusem – synem Maryi. Pomniejszenie ludzkiej natury Jezusa musiało spotkać się ze sprzeciwem ze strony Soboru, ale zamiast szukać dróg porozumienia, szybko wybrano konfrontację. Cesarz Justynian Wielki w połowie szóstego wieku zdecydował się “rozwiązać problem” poprzez represje wobec Egipcjan. To jednak, zamiast złamać opór, przypomniało im tylko o prześladowaniach z czasów cesarza Dioklecjana i umocniło w sprzeciwie. Zaczął się terror, który w konsekwencji doprowadził do trwałego oddzielenia Kościoła koptyjskiego od rzymskokatolickiego.

W tym miejscu mam po prostu ochotę płakać, bo wiem, że jako chrześcijanin noszę w sobie dziedzictwo wszystkich wojen, które toczono w imię wyższości jednej teologii nad drugą. To przerażające, kiedy Ten, który przyszedł, aby połączyć ludzkość z Bogiem, zamiast uosabiać miłość, wznoszony jest na sztandary, pod którymi zabija się tych, którzy inaczej myślą niż my. Ma rację franciszkanin Richard Rohr, który w książce “Milczące współ-czucie” pisze: “Chrześcijanie przekształcili chrześcijaństwo w rodzaj współzawodnictwa. Kiedy już weszliśmy do gry, konieczne stało się, byśmy używali coraz więcej słów; wkrótce staliśmy się agresywni i, co najsmutniejsze, zaczęliśmy stosować przemoc wobec innych – a wszystko to w imię Boga.”

Zostawmy jednak te rozważania i wróćmy do Koptów, nad którymi na Półwyspie Arabskim zaczęły zbierać się jeszcze ciemniejsze chmury. W 639 roku do Egiptu wkraczają wojska muzułmańskie, a wraz z nimi jeszcze bardziej brutalne prześladowania, które przeplatane będą jedynie krótkimi okresami względnego spokoju. Nie chcę epatować opisami kolejnych pogromów i cierpieniem coraz bardziej kurczącej się ze stulecia na stulecie społeczności koptyjskiej. Autor książki podsumowuje to w następujący sposób: “Koptowie, zredukowani do roli odizolowanej mniejszości, ciężko ograniczeni w prawach i wolności, zachowali swój byt ze szczątkową obecnością w życiu publicznym kraju i w gospodarce. Najwierniejszymi spośród wiernych byli albo najbogatsi (bo mogli opłacać swój spokój dużymi sumami), albo najbiedniejsi (bo już im na niczym nie zależało:. Na nadchodzące wieki Koptowie stali się rzeczywiście “śmieciem i odrazą dla wszystkich” w swojej ojczyźnie.”

Warto mieć świadomość, że, jak pisze Robert Wieczorek: “Koptowie kochają swój Kościół miłością wilczycy do własnych szczeniąt. To miłość nieco ślepa, ale za to gorąca i krwista. Nie ma tam miejsca na letnią nijakość. Dlatego tatuują sobie krzyże na nadgarstkach, bo się nie kryć ze swoją wiarą i nie ulec pokusie ucieczki w neutralne miejsce. Przez całe wieki żyli w izolacji. Od innych chrześcijan często doznawali krzywd i za złe mają misjonarzom katolickim i protestanckim z poprzednich wieków, że ci pod pozorem udzielania pomocy szukali tylko sposobu, jakby tu część wiernych przeciągnąć na swoją stronę.”

A jak wygląda sytuacja Koptów dzisiaj? Robert Wieczorek ze smutkiem konkluduje: “Właściwie nie ma roku, żeby nie polała się chrześcijańska krew. Bomby pod kościołami, ostrzał wiernych w czasie świąt albo skryte morderstwa – pogubić się można w wyliczeniu.” A jednak pomimo piętrzących się trudności Kościół koptyjski budzi się do życia. Jeszcze w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia w Kościele koptyjskim było zaledwie pięćdziesięciu zakonników w sześciu klasztorach, a przecież Egipt był kolebką ojców i matek pustyni. Dziś jest już ich ponad półtora tysiąca i wciąż pojawiają się nowe powołania.

Autor zwraca uwagę, że znakiem wewnętrznej rekonstrukcji Kościoła koptyjskiego stała się budowa nowej potężnej katedry św. Marka w Kairze. “Pozwolenie na budowę to gest życzliwości Nasera, a jej inauguracja miała upamiętniać XIX wieków ewangelizacji. Na tę okazję papież Paweł VI zwrócił papieżowi koptyjskiemu, Cyrylowi VI większą część relikwi św. Marka. To wielkie wydarzenie dla Koptów – po tysiącu lat doczesne szczątki ich apostoła wróciły z Wenecji do domu.”

Zatrzymajmy się na chwilę w tym miejscu i przyjrzyjmy się z perspektywy Kopta, czym jest kościół – ten fizyczny, namacalny, gdzie można wejść, uklęknąć i w ciszy zanurzyć się w modlitwie. Dla Europejczyków jest on czymś normalnym, żeby nie powiedzieć powszednim. Coraz częściej niezauważalnym, zbędnym, a stąd już prosta droga do potraktowania go jak każdego innego budynku, który można zburzyć, gdy przestaje być potrzebnym, ewentualnie zamienić na dyskotekę, bo jedynym jego atutem jest świetna akustyka. W Egipcie, gdzie pozwolenie na wybudowanie kościoła graniczy z cudem, budynek kościoła zyskuje wiele nowych znaczeń. Oddaję głos Robertowi Wieczorkowi: “Wraz z powstaniem parafii i budową kościoła dla wspólnoty zaczęła się też konsolidacja dzielnicy. Do tej pory bowiem ludzie żyli w prowizorycznych barakach bez wody i światła, postawionych chaotycznie i bez żadnego planów urbanistycznych. Nie tylko z powodu nędzy materialnej, ale i poczucia tymczasowości, nikt nie myślał o tworzeniu czegoś trwalszego… Po co więc inwestować, po co się starać, jeśli być może jutro przyjdą “rządowi”, by ich wyrzucić i pognać w inne miejsce? Budowa kościoła z trwałych materiałów stała się kamieniem milowym w świadomości wspólnoty. Tak już jest w krajach Trzeciego Świata, że gdy we wsi powstanie kaplica, studnia i szkoła, to miejscowość przetrwa próbę czasu. Do chrześcijańskiej biedoty z Kairu dotarło, że skoro kościół stoi, to teraz już tak łatwo nie wygonią. Materialny znak górujący nad barakami świątyni i wspólna modlitwa w niej dawały moralne umocnienie i ufność, że Bóg ich nie opuścił i o nich pamięta.”

Czy w Polsce ktoś jeszcze spoglądając na kościół widzi w tym znak przyszłości? Czy widzi w nim nadzieję?

O Koptach sporo mówi przytoczona przez autora anegdota, o dwóch dzielnych rybakach, którzy na niewielkiej łodzi wypłynęli daleko na Ocean Atlantycki, aby zarzucić sieci. Rybacy znaleźli się na kursie wielkiego statku oceanicznego. Kapitan na widok łupiny dryfującej w niewielkiej odległości zaczął dawać znaki dźwiękowe, aby ostrzec rybaków przed zderzeniem, ale rybacy zdawali się niczym nie przejmować. Dowódca ponowił apel tym razem za pomocą syreny pokładowej. W końcu jeden z rybaków zwrócił się do swojego towarzysza: “Słyszysz, jak trąbią? Oni chyba mają problem i proszą o pomoc….” W podobny sposób o Kościele rzymskokatolickim, który zrzesza ponad miliard wiernych myślą Koptowie, których w Egipcie jest około 11 milionów, choć oficjalne statystyki mówią o trzech milionach.

Robert Wieczorek podkreśla, że Koptowie są bardzo dumni ze swojej przynależności do starożytnego Kościoła. Opowiada: “Młody koptyjski przewodnik, którego spotkałem w Luksorze, z rozbrajającą szczerością pytał mnie, katolickiego zakonnika, dlaczego Kościół rzymski odłączył się od koptyjskiego? Próbowałem mu wyjaśnić, że było raczej na odwrót, ale on był przekonany do swego, bo tak go uczono na katechezie. Kościół egipski – twierdził – jest depozytariuszem zdrowej wiary (ortodoksji), natomiast katolicy i inni – pobłądzili.”

Dla Koptów, którzy od wieków walczą o zachowanie własnej wiary, najbardziej niezrozumiała wśród Europejczyków jest obojętność i bierność religijna. Nie mogą się nadziwić, że tak bezkrytycznie otwieramy w Europie drogi dla islamu i tym bardziej “mobilizują się do samotnej obrony.”

Na zakończenie chciałbym przytoczyć dalekowzroczne słowa jednego z biskupów Kościoła chaldejskiego w Iraku: “Mamy za zadanie ostrzec ludzkość przed dwoma ekstremizmami: muzułmańskim fanatyzmem na Wschodzie i wojującym ateizmem na Zachodzie. Obydwa są w równym stopniu niebezpieczeństwem dla ludzkości.”

Możliwe, że ktoś się obruszy, że na jednej szali kładziony jest muzułmański fanatyzm i zachodnioeuropejski ateizm. Cóż… Odpowiem krótko: wsłuchajcie się w mądrość, która płynie ze strony Koptów: jedynym lekarstwem jest odkrycie na nowo chrześcijańskich korzeni.

 

Artur Żak

 

Robert Wieczorek, Koptowie. Staliśmy się śmieciem tego świata, Wydawnictwo Serafin, Kraków 2013

 

Kategoria: Artur Żak, Historia, Publicystyka

Komentarze (1)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Ktoś chyba pomylił poglądy Dioskura i z herezją Nestoriusza,

    Koptowie trzymają się nauki pierwszych 3 Soborów o jednej naturze Chrystusa (Bożej i człowieczej zarazem), udziwnień terminologii wprowadzonych na czwartym Soborze, niestety nie przyjęli.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: