Muszyński: W cieniu utraconej wsi. Bez ziemi nie będzie ładu
U zarania myśli konserwatywnej jednym z istotniejszych tematów jej refleksji było masowe społeczeństwo przemysłowe, kształtowane przez przeobrażenia społeczno-gospodarcze XIX stulecia. Podczas gdy liberałowie widzieli w nich urzeczywistnienie idei wolnego rynku i modernizacji, tradycjonalistów niepokoiła gwałtowność przemian. Ich namysł cechował niepokój o społeczne reperkusje „rewolucji przemysłowej”. Przeciwstawiali „zło wielkiego miasta” zgodnemu z rytmem przyrody życiu wiejskiemu. Wydaje się, że te rozważania popadły w pewne zapomnienie, mimo że ich przesłanie wciąż rezonuje we współczesności. W niniejszym artykule spróbuję odnieść je do niektórych problemów, z którymi mierzymy się dzisiaj.
Wyrwani z gruntu ojczystego
Procesy, będące przedmiotem tak zarysowanej refleksji, niewątpliwie należały do największych przełomów w historii człowieka. Industrializacji towarzyszyła gwałtowna rewizja ładu społecznego, która zastąpiła organiczne wspólnoty rytmem fabryk i masowej produkcji. Życie codzienne ogromnych rzesz ludności w relatywnie krótkim okresie zmieniło się nie do poznania. Nie pozostało to bez konsekwencji społecznych, także negatywnych.
W przeszłość odchodziły bowiem tradycyjne społeczności agrarne, leżące u podstaw starego świata. Człowiek został nagle wyrwany ze struktur, w których funkcjonował od pokoleń. Spod ich opieki trafiał do miast „nowego typu” – wielkich metropolii – gdzie stawał się częścią anonimowego tłumu. Podlegał „proletaryzacji”, zatracając swoją tożsamość oraz łączność ze sposobem życia i obyczajami przodków. Zerwane zostały liczne tradycyjnie ugruntowane więzi społeczne. Gospodarz, funkcjonujący dotąd w rolnym cyklu zmieniających się pór roku, stawał się trybikiem w bezdusznej machinie przemysłowej fabryki. Życie nie toczyło się już wokół religii i obyczaju, kultywowanych wśród wielopokoleniowych, lokalnie zakorzenionych rodzin. Chłop stawał się robotnikiem, a tracąc osadzenie w organicznej wspólnocie, został poddany atomizacji. Zatraciwszy stopniowo wiarę oraz wyższe wartości, okazywał się podatny na uleganie demoralizacji, zwłaszcza pijaństwu i rozpuście. Poddany wyzyskowi, był ekonomicznie przymuszany do pracy po kilkanaście godzin na dobę w nieludzkich warunkach. Dotyczyło to także kobiet, a nawet dzieci, niekiedy (w przypadku sierot) fizycznie zmuszanych do pracy „w zamian za utrzymanie”.
Tak wyniszczony, czy też (parafrazując Barrèsa) „wyrwany z gruntu ojczystego” lud w dalszej przyszłości okazywał się podatny na hasła marksistowskie i socjalistyczne. Nowe realia były podłożem nastrojów rewolucyjnych, tworząc z czasem podglebie dla bezbożnego komunizmu. Stały się one także przyczynkiem do powstania masowej kultury popularnej, która miała stanowić rozrywkę dla wycieńczonego robotnika. Żerując na najbardziej prymitywnych popędach, degenerowała całe masy społeczne, z czasem również warstwy wyższe. W najlepszym razie, w miarę poprawy warunków bytowania, tak uformowany człowiek stawał się ofiarą słynnego „wyścigu szczurów”. Jak wskazuje profesor Jacek Bartyzel, skutkiem powyższych procesów była „utrata zdolności rozumienia — nieomal instynktownie odczuwanej w epoce przedindustrialnej — prawdy, iż także ekonomiczna strona aktywności ludzkiej musi posiadać swój cel (télos), podporządkowany najwyższemu, nadprzyrodzonemu celowi człowieka, jakim jest zbawienie wieczne”.
Religia pieniądza
W tej sytuacji tworzącemu się „nowemu społeczeństwu” musiała towarzyszyć „nowa moralność publiczna”. Stała się ona przyczynkiem porzucenia wyższych wartości, opierając się o pieniądz, materializm i konsumpcję. Oderwawszy ludzki trud i znój od jego nadprzyrodzonego wymiaru, cnotą uczyniła chciwość, a więc zysk za wszelką cenę. Do roli bożka tej nowej religii urosła absolutyzacja wolności gospodarczej oraz oddzielenie kapitału od pracy, tak aby własność stała się przywilejem nielicznych. O ile dawne cechy rzemieślnicze dbały o to, aby okiełznać nieuczciwą konkurencję, w nowej rzeczywistości nie było miejsca dla ideału ceny sprawiedliwej. Tradycyjne rzemiosło było coraz wyraźniej wypierane przez masową produkcję dóbr, przeważnie wątpliwej jakości. Obszar działania dawnych bractw zawodowych nie ograniczał się zresztą tylko do sfery gospodarczej. Wynikało to z owego – jak stwierdził profesor Jacek Bartyzel – odczuwanego przedtem niemal instynktownie związku między pracą, a nadprzyrodzonym celem człowieka. Obrazem tego mogą być choćby liczne kościoły, ufundowane przez te towarzystwa oraz ich zaangażowanie w sprawy społeczne.
Z tych powodów, dawne cechy rzemieślnicze nie pasowały do nowej rzeczywistości. Narodziły się one w czasach, które były obce mentalności i „religii” rodzącego się nowego społeczeństwa. Z tego powodu musiały zostać zlikwidowane. W przypadku rewolucyjnej Francji, stało się to poprzez przyjętą w 1791 roku ustawę Le Chapelier. W Prusach marginalizacja ich pozycji była elementem reform Steina-Hardenberga, która odebrała cechom dotąd posiadane przywileje oraz nadzór nad reprezentowanymi zawodami. Zbliżone zmiany zachodziły także w państwach zależnych od Napoleona, który w ramach zaprowadzania swoich porządków wprowadzał także nowe uregulowania gospodarcze. Miejsce tradycyjnego ładu rzemieślniczego zajął nieokiełznany rynek, którego początki (zwłaszcza w Anglii) w swej istocie sięgają jeszcze reformacji. Jak trafnie podsumował powyższe papież Leon XIII – „zniszczono stare stowarzyszenia rękodzielników”, w konsekwencji czego „robotnicy osamotnieni i bezbronni ujrzeli się z czasem wydanymi na łup nieludzkości panów i nieokiełznanej chciwości współzawodników”.
Od pól do fabryk
Tradycjonalistą, którego najbardziej kojarzymy z refleksją nad tym stanem rzeczy, jest Louis wicehrabia de Bonald. U fundamentów jego przemyśleń, także w odniesieniu do kwestii społecznych, jest oczywiste dla konserwatysty przeświadczenie, że twórcą ładu jest Pan Bóg. Zadaniem człowieka nie jest więc tworzenie od podstaw zasadniczych praw społeczeństw, lecz ich odkrycie zdrowym rozumem, a następnie przestrzeganie. Najbardziej naturalnemu z ustrojów, jakim jest monarchia, odpowiada – w ocenie Bonalda – system rolniczy, a nie przemysłowy. Oparty o egoizm liberalny model gospodarczy musi zostać zastąpiony przez ustrój korporacyjny.
Wobec powyższego, nie powinna nas zaskakiwać silna apoteoza życia wiejskiego w pismach Bonalda. Było ono przeciwstawiane zgniliźnie moralnej, społecznej i ekonomicznej płynącej z nowoczesnego, wielkiego miasta. Jak stwierdzał Bonald, zestawiając wysiłek wiejskiego gospodarza z pracą robotnika przemysłowego, ten drugi „spędza życie w piwnicach lub na poddaszach i, samemu stając się maszyną, używa palców, ale nigdy umysłu”, z kolei „wszystko, co czyni gospodarz, rozwija jego intelekt i kieruje jego myśli ku Temu, który daje ziemi urodzaj, który sprawia, że zmieniają się pory roku i dojrzewają owoce.”. Myśliciel podkreśla, że „gospodarz pracuje na zewnątrz i na stojąco”, w rytmie mijających pór roku oraz bliskości przyrody. Uprawia ziemię i troszczy się o swoje zwierzęta. Tymczasem „robotnik przemysłowy pracuje pochylony i w pozycji siedzącej, kręci korbą, sprawia, że czółenko chodzi tam i z powrotem oraz splata nici”. Egzystencja proletariusza jest marna, zaś znane jego przodkom naturalne więzi społeczne rozpadły się. Miejscem, w którym mogą przetrwać, jest wieś. Z tych powodów „pierwszy [gospodarz – dop.] oczekuje wszystkiego od Boga, a drugi [robotnik przemysłowy – dop.] wszystko otrzymuje od człowieka”.
Bonald był przekonany o szczególnej więzi, jaka łączy właściciela gruntu z jego ziemią. Ta duchowa bliskość jest niemożliwa do odwzorowania przy jakimkolwiek innym rodzaju własności. Owa apoteoza ziemi ma w pewien sposób wymiar wręcz transcendentalny. W dobie nowoczesnego społeczeństwa ów „sakralny” związek z ziemią zanika, ona sama zaś staje się towarem, jak każdy inny. Podstawą gospodarki w epoce trwającego do dziś „panowania bankierów”, kiedy to rządy „nie widzą w swych poddanych nikogo innego, jak producentów i konsumentów” z czasem zostają aktywa finansowe. Tymczasem pieniądz, w przeciwieństwie do natury i ziemi, nikogo nie uszlachetnia.
Powyższa refleksja łączyła się niekiedy – jak w przypadku Bonalda – z niechęcią względem często gloryfikowanego w tamtej epoce postępu technicznego. W ocenie tego myśliciela, wynalezienie maszyn, umasowienie i automatyzacja produkcji niosą za sobą szereg negatywnych konsekwencji. Jedną z nich jest rozbicie przy ich udziale tradycyjnych struktur społecznych, o czym pisano wyżej. Oprócz tego, maszyneria zdehumanizowała samą ludzką pracę, co z kolei oddaliło człowieka od natury oraz jej Stwórcy. Rozwój przemysłu uderza w religie, zdrowe obyczaje oraz poziom moralny mas, a także rozbija relacje międzyludzkie. W dzisiejszej dobie, kiedy to panuje „kult postępu” bez oglądania się na konsekwencje, niektórym łatwo przychodzi to wyśmiewać. O ile jednak technologia, jak przystało na narzędzie, jest zasadniczo neutralna moralnie, w praktyce może służyć zarówno dobru, jak i złu. Im więc bardziej zaawansowana technika, tym większe zagrożenia się z nią wiążą. Jej rozwój, oprócz m. in. wzrostu ogólnego poziomu zamożności, niósł za sobą także szereg negatywnych skutków. Niepokój Bonalda przynajmniej w jakimś zakresie podzielał także papież Grzegorz XVI, który to obawiał się społecznych konsekwencji towarzyszących, m. in. wynalezieniu kolei żelaznej.
Refleksja, która wraca
Jakie wnioski z owego namysłu możemy wyciągnąć w dzisiejszej dobie? Wydaje się, że jego duch jest zupełnie obcy współczesnej, często zlaicyzowanej, europejskiej prawicy. Po faktycznej utracie (nawet, jeśli nominalnie się do nich odwołuje) chrześcijańskich korzeni przeszła ona na pozycje materialistyczne, a nierzadko wprost liberalne. Kontynuacji dawnej refleksji nie sprzyja także ustrój masowej demokracji, dla której to negatywny wymiar przemian XIX stulecia okazał się doskonałym wstępem. Odrzuca ją także postępująca urbanizacja i bożek „kariery” oraz konsumpcji.
Tymczasem współczesność, zdominowana przez cyfryzację, automatyzację i globalną produkcję, ujawnia jeszcze dalej idące napięcia między technologią a dobrym życiem. Ogrom społeczeństwa trwa w niewoli własnych zaawansowanych technicznie smartfonów i mediów społecznościowych. Wielu z nas często funkcjonuje bardziej w rzeczywistości wirtualnej, niż w prawdziwym życiu. Jednocześnie przed nami kolejne zagrożenia, jakie mogą wyniknąć z postępu technologicznego. Jeśli spełnią się najdalej idące przewidywania odnośnie AI, jak wpłynie to na nasze i tak już moralnie wyniszczone społeczeństwa? Procesy, przed którymi przestrzegano nas 200 lat temu, w pewien sposób się dopełniły. Z jednej strony nowoczesne narzędzia i innowacje poprawiają nasz komfort i zwiększają dostęp do dóbr, z drugiej – przyczyniają się do alienacji ludności skupionej w wielkich miastach i osłabienia ostatnich pozostałości tradycyjnych wspólnot. W ogromnej mierze zanikło niegdyś oczywiste poczucie związku człowieka z jego najbliższym otoczeniem. Nie wspominając nawet o rzemiośle czy handlu, także drobne, rodzinne rolnictwo jest wypierane przez to przemysłowe. Globalizacja, wraz z nieustannym ruchem ludności, uwieńczyła dzieła zerwania naturalnych więzi społecznych.
Zasady „nowego społeczeństwa”, na które pomstował Bonald, mają się jeszcze lepiej, niż za jego czasów. Nadal (a nawet jeszcze bardziej) dominuje pieniądz i zysk, a w stosunkach gospodarczych nie ma miejsca na zasady etyki chrześcijańskiej. Wielkomiejskiego człowieka, oderwanego od religii, tradycji oraz codziennego obcowania z przyrodą, opanowała pogoń za efemerydą „kariery” i bogactwa. Żyje on w ciągłym pośpiechu, niepokoju i poczuciu bezcelowości, od którego odrywa się przez coraz bardziej prymitywny chłam kultury masowej. Zanik modlitwy i kontemplacji rekompensuje mu bezwartościowy serial na platformie streamingowej. Taka rozrywka oparta jest o najniższe instynkty, na czele z wręcz deifikowanym, nieokiełznanym rozumem popędem seksualnym. Z jednej strony, człowiek jest wyalienowany, z drugiej ma pozornie bogate (lecz przeważnie wewnątrz puste) życie towarzyskie. Gdy to nie wystarcza, frustracja osobnika zaganianego w biegu za niczym jest leczona przez wizyty u psychoterapeutów.
Taki młody, wykształcony mieszkaniec wielkiego ośrodka staje się łatwym celem dla agencji marketingowych, kreujących w nim potrzeby, których w istocie nie posiada. Marzy o zakupie przedmiotów, które są mu zbędne, by krótko po ich zdobyciu szukać kolejnych podniet do nabycia. Podobnie czynią demokratyczni politycy, tocząc spory bez znaczenia dla wspólnoty politycznej, nakierowane na wzbudzenie emocji i podziałów u elektoratu. Konsumpcjonizm generuje znudzenie, a ten z kolei dekadencję, to zaś sprzyja hedonizmowi. Zepsucie wielkich miast sięgnęło szczytu absurdu, który ujawnia się w ruchach na rzecz „praw” osób z rozmaitymi zaburzeniami. Zamiast leczenia i pomocy, tacy ludzie otrzymują coraz częstsze zapewnienia, że w ich odchyleniach nie ma niczego złego. Wszystko w imię wynoszenia na piedestał tego, co w ludzkiej naturze skaził grzech pierworodny.
Jak wspomniano wcześniej, rzetelna refleksja nad powyższym stanem rzeczy jest obca dominującej prawicy głównego nurtu. Nawet, jeśli werbalnie sprzeciwia się przynajmniej niektórym z tych zjawisk, jej materialistyczne oblicze nie pozwala na dotarcie do sedna problemów. Sama bowiem często apeluje do niskich instynktów, wokół ulegania którym zbudowano współczesny świat. Przeciw szkodliwej agendzie lewicy coraz częściej nie argumentuje się z pozycji ortodoksji katolickiej, lecz liberalizmu. Przykładowo – przeciw niebezpieczeństwu masowej migracji podnoszony jest sztandar „europejskiego stylu życia”. Jedni spierają się z drugimi, czy amerykańska reklama jeansów promuje wydumany „nazizm”, a nikogo nie rusza jej bezwstyd i wyuzdanie. Co więcej, nominalni prawicowcy w swej masie to zepsucie wręcz gloryfikują, bo modelka jest biała. Wszystko stale kręci się wokół konsumpcji, wygody, zaspokajania popędów, czy też dorobienia się.
Powrót do ziemi
Nic więc dziwnego, że dominująca w głównym nurcie liberalna prawica utraciła związek z ziemią, będący tak ważnym składnikiem dawnej refleksji tradycjonalistycznej. Opisany wyżej liberalny, a w gruncie rzeczy masoński styl życia, doskonale odnajduje się w otoczeniu wielkomiejskim. Sprzyja mu zniewolenie człowieka przez internetowe algorytmy i nowoczesną technologię, nad którą nie jest w stanie (lub nie chce) zapanować. Bonald miał rację, wskazując że oderwanie mas od tradycji współgra z oderwaniem od przyrody. Nadal największym siedliskiem zepsucia są zatomizowane metropolie, a wieś – mimo że już daleka od ideału – jednak pozostaje bliższa prawdziwym wartościom.
Chęć tradycyjnego życia w zgodzie i bliskości z przyrodą nie oznacza oczywiście powrotu do wydumanego „stanu natury”, którego nigdy nie było. Aby usunąć wszelkie wątpliwości podkreślmy, że przecież nie o tym pisał Louis de Bonald. Leon XIII naucza, że „polityczna społeczność ludzi wymaga zwierzchniej władzy i ta przeto, równie jak sama społeczność, z natury, a więc i od Boga pochodzi”. Joseph hrabia de Maistre pisał z kolei, że „społeczeństwo więc dziełem człowieka w ogóle nie jest, lecz jest bezpośrednim rezultatem woli Stwórcy, który zechciał by człowiek był tym, kim był zawsze i wszędzie”, a zatem „nigdy nie istniał (…) dla człowieka etap wcześniejszy niż społeczeństwo”. Nie oznacza też aprobaty dla gnostyckiej pseudoteologii lewicowych klimatystów, którzy praktycznie ubóstwiają przyrodę. Twierdząc, że dąży do ochrony środowiska, ruch ten ma w rzeczywistości przecież zupełnie inne cele.
Niemniej, jako że współczesna lewica w swojej propagandzie w sposób fałszywy posługuje się pięknym hasłem troski o naturę, część prawicy przekornie chce czynić wprost odwrotnie. I znów, często stosuje przy tym argumentację liberalną, skoncentrowaną wokół konsumpcji, nieumiarkowanego użycia lub eksploatacji, czy też wygody bez względu na wszystko. Mimo, że przecież mądra dbałość o rodzimą przyrodę wspaniale wpisuje się w myśl prawdziwie konserwatywną.
Oczywiście – wbrew narracji wspomnianych klimatystów – człowiek nie jest po prostu zwykłą częścią przyrody, jak jeleń czy drzewo. Nie na takiej podstawie więc powinna opierać się nasza troska o naturę. Świat został bowiem urządzony przez Stwórcę w sposób hierarchiczny, co poniekąd obrazują słynne słowa Maurrasa – „w biologii równość jest tylko na cmentarzu”. W wymiarze materialnym, na czele tego porządku Pan Bóg postawił obdarzonego duszą rozumną człowieka. Mimo, że mamy czynić sobie ziemię poddaną, nie wolno nam jednak robić z nią dosłownie wszystkiego. Zarówno w wymiarze społecznym, jak i indywidualnym, w gruncie rzeczy nie jesteśmy (w znaczeniu absolutnym) właścicielami czegokolwiek. Jak przypomina św. Alfons Liguori, stanowimy namiestników Pana Boga, jesteśmy „zwykłymi zarządcami” niczym włodarz z chrystusowej przypowieści. I podobnie jak on, z tego włodarstwa ostatecznie zdamy sprawę na Sądzie Bożym.
Powinniśmy zatem być raczej ogrodnikami, którzy z odpowiednim umiarem korzystają z owoców wydawanych przez ogród, ale jednocześnie się o niego troszczą. Pamiętajmy, że w przypadku Polski, nasz kraj nadal obfituje w bezkresne lasy (mające także ważne znaczenie gospodarcze), liczne parki narodowe i krajobrazowe oraz rezerwaty przyrody, które zasługują na zachowanie. To wielki skarb naszej Ojczyzny, którego powinniśmy strzec oraz otoczyć opieką w wymiarze społecznym. Popierajmy także rodzime i prawdziwie ekologiczne rolnictwo, którego wytwory dostępne są na lokalnych targowiskach, zamiast spożywania przemysłowej żywności z hipermarketów. Starajmy się wspierać drobnych rzemieślników, a nie kupować masowo tworzone towary sprowadzane z Azji. Troszczmy się o dobrostan przyrody naszego najbliższego otoczenia, zwłaszcza jeśli mieszkamy na prowincji. Nie zarzucajmy tych przekonań na skutek szaleństw działaczy przyklejających się do asfaltu, którzy z prawdziwą ochroną środowiska nie mają nic wspólnego.
Powyższe wiąże się z bonaldowską apoteozą tradycyjnego życia wiejskiego, opisaną we wcześniejszej części niniejszego artykułu. O ile więc nie mamy wpływu na wybory innych, sami możemy dążyć do życia w bardziej tradycyjny sposób. Zachęcam więc do ograniczenia bezproduktywnego korzystania z „dobrodziejstw” świata wirtualnego. Nie spędzajmy ogromu życia w czeluściach Internetu, gdzie czyha na nas tak wiele zagrożeń. Zamiast tego, poświęćmy czas pracy w ogrodzie lub wyjdźmy na spacer na łono natury. Jeśli chcemy zapoznawać się z wytworami kultury masowej, to z daleko idącym umiarem i przynajmniej świadomie je selekcjonujmy. Nie dajmy zepsuciu (a nawet pozorom zepsucia) przekroczyć progu naszego domu. Jeśli to możliwe, rozważmy dokonanie prawdziwego „powrotu do ziemi”. Kierując się roztropnością, przemyślmy więc czy nie warto postawić sobie za cel budowy domu na wsi. Oczywiście, nie będzie to przedsięwzięcie dla każdego w praktyce możliwe. Wówczas jednak niewątpliwie oddalimy się od zepsucia, jakie sączy się z wielkich metropolii, a zarazem dołożymy cegiełkę do odnowy szlachetnego etosu własności ziemskiej. Jeśli pochodzimy z małego ośrodka, nie traktujmy go jako miejsca, z którego po osiągnięciu pełnoletności się wyjeżdża. Starajmy się budować nasze wspólnoty lokalne i kultywować miejscową tożsamość, a nie się jej wyprzeć poprzez atomizację w wielkim mieście. Jeśli Bonald miał rację, to bez właściwego stosunku do ziemi nigdy nie odbudujemy prawdziwego ładu. Spróbujmy więc kontrrewolucję zacząć od samych siebie.
Na zakończenie, przytoczę jeszcze słowa arcybiskupa Marcela Lefebvre, wypowiedziane przezeń w kazaniu z 3 września 1979 roku. Dla tych, którzy mają taką możliwość, niech staną się one pewnym drogowskazem – „I mam nadzieję, że w tych niespokojnych czasach, w tej niezdrowej atmosferze, w której żyjemy w miastach, postaracie się zbliżyć do natury. Ziemia jest zdrowa, ziemia uczy nas poznawać Boga, zbliża nas do Niego, równoważy nasze temperamenty i charaktery, zachęca nasze dzieci do pracy”.
Sergiusz Muszyński
Kategoria: Myśl, Publicystyka, Sergiusz Muszyński