Matuszewski: Dlaczego upamiętniamy Ludwika XVI?
Przy okazji tegorocznych obchodów rocznicy egzekucji Ludwika, Króla Francji, szesnastego tego imienia, zadano mi pytanie o cel upamiętniania jego śmierci – zwłaszcza poza Francją.
Chcąc zrozumieć (lub znaleźć) powód ciągłego przywoływania wydarzeń z 21 stycznia 1793 i konieczności niezmiennego upamiętniania ich nie tylko we Francji, ale również w innych częściach Europy, należy najpierw zrozumieć dlaczego do omawianej tu zbrodni musiało dojść. To bowiem, czego nienawidzili architekci Rewolucji, dla nas stanowi najważniejszy punkt odniesienia.
I.
Nie jest tajemnicą, że Rewolucja narodziła się w umysłach opętanych wizją rzeczywistości niemalże gnostyckiej, dla której świat podkreślający swoje dążenie do Nieba i zbudowany na fundamencie Bożego porządku oraz zakorzenionej w nim wizji prawa, polityki i społeczeństwa, pozostawał niemożliwy do zaakceptowania. Jej celem stała się przebudowa zastanego porządku, tego zaś nie można było dokonać bez uderzenia w dwa wspierające go filary: wiarę, a także – osobę Króla.
Dlaczego jednak króla? Dlatego, że był wszystkim.
Monarcha w momencie obejmowania tronu stawał się Pomazańcem, naznaczonym łaską Boga depozytariuszem władzy i posłannictwa, które się z nią wiązało. Król uosabiał Państwo. Był spoiwem zamieszkujących je, czasem różnorodnych, struktur etnicznych i społecznych. Stanowił centrum władzy, a u stóp tronu, na którym zasiadał, złożono wszelkie prerogatywy polityczne, administracyjne i wojskowe. Jednocześnie zaś służył – tak, jak ojciec rodziny winien jest opiekę i służbę swojej rodzinie, nad którą sprawuje pieczę. Był wreszcie punktem odniesienia dla wszelkich stronnictw i ich zamierzeń. Można było nie żywić sympatii do osoby króla w jej zwykłym, ludzkim wymiarze, ale nigdy nie podważano świętości i rangi urzędu, który sprawował oraz porządku, który symbolizował.
Architekci przewrotu, do którego doszło w roku 1789, rozumieli to doskonale.
Namaszczenie, od którego rozpoczynało się każde panowanie, oznaczało przy tym przekazywanie nieustającej sztafety, gdyż – jak zauważa Jean Raspail: Boża łaska, która stworzyła królów (…), jest nieprzerwanym strumieniem, nie poddającym się woli ludzi. Jest po wiek wieków przekazywana tym, których Bóg wybrał. Nigdy się nie wyczerpie”. Świętość władzy oraz nadanie jej przez Boga, dokonane w akcie namaszczenia, bardziej nawet niż dziedzictwo rodu (choć jedno z drugim jest współistotne) czyniło królów królami.
Rewolucja nie mogła zmienić owej świętej Tradycji, nieprzerwanej i przenikającej całe polityczne życie państwa, nie była też w stanie zaprzeczyć znaczeniu samego faktu Namaszczenia. Jedynym zatem sposobem na zmianę zastanego porządku społecznego i politycznego było uderzenie w to, co można było unicestwić. Ciało ludzkie można zabić. Materię – zniszczyć. Ludwik XVI był winien dlatego, że istniał, personifikował porządek, który chciano obalić, a zarazem stanowił symbol podlegający prawom biologii. Rewolucjoniści nie potrzebowali żadnego innego powodu, by go skazać, a cała reszta pozostawała wyłącznie kwestią retoryki.
Monarchia – mówił Saint-Just – jest wieczystą zbrodnią. (…) Nie można panować i być bez winy.
Robespierre w znanej mowie przeciwko Ludwikowi XVI twierdził: Ludwik był królem, lecz teraz ustanowiona została Republika. (…) Zwycięstwo ludu wskazuje, że sam król jest buntownikiem. Dlatego też Ludwik nie może być sądzony; już został osądzony. Albo jest potępiony, albo Republika nie może zostać uwolniona od winy. Proponować przeprowadzenie procesu Ludwika XVI, jakkolwiek miałby on wyglądać, to powrót do królewskiego despotyzmu (…). Jest to pomysł kontrrewolucyjny, gdyż stawia on przed sądem samą rewolucję. W rezultacie, gdyby pozwolono Ludwikowi na proces, może on zostać oczyszczony i uniewinniony. (…) Jeżeli zaś Ludwikowi można by wybaczyć, jeżeli da się domniemywać jego niewinności, to co stanie się z rewolucją? Jeżeli Ludwik jest niewinny, to wszyscy obrońcy wolności stają się oszczercami.
Otóż to: samo istnienie Króla oskarżało Rewolucję, a założenie, że może on być niewinny, stawiało ją przed sądem Prawdy, z którą wygrać nie jest w stanie. I dlatego właśnie należy przypominać śmierć Ludwika XVI i oddawać jej hołd. Każdy gest, który w tym celu czynimy, to ponowne rzucenie oskarżenia, którego Rewolucja i ci, dla których stanowi ona jedyną legitymację, tak bardzo się boją.
Złożenie kwiatów lub zapalenie zniczy pod ambasadą państwa, które wyrasta z tej najohydniejszej ze zbrodni, stanowi namacalny wyraz kontestacji panującego w nim porządku. Co gorsza: ukazuje jego prawdziwe oblicze.
Nie ma tu mowy o geście wyłącznie sentymentalnym, czy też pustym rytuale; chodzi o akt żywy i głęboko polityczny w najprawdziwszym, klasycznym sensie tego słowa. Dowodzi on, że Rewolucja mogła zabić ciało, lecz nie zdołała zabić Zasady. Hołd złożony Ludwikowi XVI stanowi akt sprzeciwu wobec kłamstwa założycielskiego nowoczesności. Jest wyznaniem wiary w to, że istnieje sprawiedliwość wyższa niż doraźne trybunały, a także, że istnieje ciągłość, której nie da się przerwać jednym uderzeniem gilotyny. Rewolucja żyje bowiem tylko tak długo, jak długo udaje się jej narzucić zapomnienie; w tym wypadku pamięć jest jej najgroźniejszym wrogiem.
Porządek oparty na zbrodni nienawidzi Prawdy, gdyż każde jej pojawienie się podważa jego prawo do istnienia. W tym znaczeniu nasza pamięć o Królu jest sądem, który trwa nieprzerwanie, i wyrokiem, którego nie da się unieważnić bądź zagłuszyć wrzaskiem otępiałego motłochu.
II.
Oczywiście – pokoleniom wychowanym w świecie i kontekście uformowanym przez Rewolucję wypowiedziane wyżej słowa zrozumieć trudno. Tym ważniejsze jest, by przypominać o Prawdzie, niestety samo odwołanie się do pojęć sprzed trzech stuleci nie wystarcza. Wyobraźnia tych, do których mówimy, została bowiem zainfekowana przez język, symbole i mity Rewolucji, te zaś przedstawiają przeszłość jako chaos, a zbrodnię jako akt wyzwolenia. W takim otoczeniu Prawda nie może pozostać jedynie abstrakcją ani teorią; potrzebuje znaku, czegoś namacalnego, co można zobaczyć, dotknąć i wobec czego nie da się przejść obojętnie.
Tym znakiem jest właśnie śmierć Ludwika XVI i jego świętość w drodze na szafot. Być może to najważniejsze, co mamy: najbardziej jaskrawy, namacalny dowód na istnienie Starego Porządku, a także na to, że gilotyna nie spadła na tyrana, jak chciałaby rewolucyjna legenda, lecz na króla prawowitego, Pomazańca, będącego ucieleśnieniem ładu, którego Rewolucja nienawidzi, a który musiała zniszczyć, aby móc się ukonstytuować.
Upamiętnianie tej zbrodni jest w stanie rozerwać szczelną zasłonę propagandy, w której wychowały się kolejne pokolenia. Pokazuje, że dawny porządek nie jest wytworem nostalgii ani projekcją reakcyjnych marzeń, lecz rzeczywistością, która istniała, działała i została unicestwiona przemocą. Krew Króla staje się świadectwem bardziej wymownym, niż słowa zawarte w opasłych tomach uczonych traktatów: jest dowodem, że istniał świat inny niż ten, który przedstawia się jako jedyny możliwy, że świat ten wprawdzie zburzono, jednak są ludzie gotowi do jego odbudowy.
I dlatego pamięć o 21 stycznia to, wbrew powszechnemu przekonaniu, nie tylko zwrot ku przeszłości, lecz przede wszystkim akt pedagogiczny, skierowanym ku przyszłości. Uczy, że porządek, w którym dziś żyjemy, nie jest naturalny ani nieuchronny, lecz wyrósł z konkretnego aktu zbrodni. A skoro tak, to może zostać osądzony, odrzucony i zastąpiony. W ten sposób upamiętnienie egzekucji Ludwika XVI staje się dla pokoleń uformowanych przez Rewolucję pierwszym pęknięciem w murze jej samozadowolenia – i pierwszym przebłyskiem prawdy o świecie, który był, jest i będzie.
III.
Dla nas hołd oddany Ludwikowi XVI to (w wymiarze politycznym) równoczesne danie świadectwa temu, że Król żyje i że z woli Boga raczy powrócić; że Królestwo trwa, a Pomazaniec znajdzie w nim dusze wierne i pewne nieustannego strumienia Bożych łask. Król żyje nie tylko jako obietnica przyszłego powrotu, lecz także jako miara, według której osądzany jest świat. Żyje w sumieniach, które nie pogodziły się z triumfem bezprawia, i w sercach, które rozpoznają w nim znak ładu ustanowionego przez Boga. I dopóki istnieją tacy, którzy klękają przed jego pamięcią, dopóty Rewolucja pozostaje tym, czym była od początku: buntem skazanym na klęskę, bo wszczętym przeciwko Temu, który jest Panem historii i źródłem wszelkiej władzy.
Oczywiście, czasem słyszę, że nie jesteśmy poważni. Że to mało realne. Odpowiem kolejnym cytatem z Raspaila:
„Każda gra symbolami musi się (…) odbywać na serio. Zastanawiam się, czy właśnie jedna z takich gier skłoniła mnie, by 21 stycznia 1993 roku, w dwusetną rocznicę ścięcia Ludwika XVI, skrzyknąć trzy tysiące ludzi na miejsce, gdzie stał szafot, przed hotelem Crillon na placu Zgody. O dziesiątej dwadzieścia trzy, czyli dokładnie wtedy, gdy spadła głowa króla, nad stojącymi w korku samochodami pożeglowała modlitwa tłumu, a ulica pokryła się bukietami białych lilii. Kiedy nasze przekonania nic już nie znaczą, bo jest się przytłoczonym ze wszystkich stron i nie ma nadziei na to, że to one kiedyś zwyciężą, trzeba im nadać bardzo konkretny kształt…”
Naszym zadaniem jest trwać i dawać naszemu świadectwu taki właśnie konkretny kształt, w wyznaczonym nam przez Opatrzność miejscu i czasie; resztę zostawmy Bogu.
Mariusz Matuszewski
Kategoria: Historia, Mariusz Matuszewski, Myśl, Polityka, Publicystyka




