Laserami w nasze drony… Wywiad z granicy polsko – białoruskiej

| 16 listopada 2021 | 0 Komentarzy

Wywiad z żołnierzem WOT pełniącym dyżur na granicy polsko – białoruskiej (imię i nazwisko znane Redakcji) z dnia 5.11.2021

Rozmawia: Agnieszka Sztajer

 

W największym, telegraficznym skrócie – po co byłeś na naszej wschodniej granicy i po co ponownie się tam wybierasz?

Przede wszystkim z racji tego, że jest tam mało ludzi. Moja jednostka podlega pod rejon województwa lubelskiego. Jeśli coś się dzieje w województwie lubelskim, choćby na granicy polsko – białoruskiej, jednostka ma obowiązek się tam udzielać. Akurat tak się stało, że jednostki stacjonujące bliżej granicy nie mają wystarczającej liczebności, dlatego uzupełniają stan osobowy innymi rodzajami wojsk – m. in. nami [Wojskami Obrony Terytorialnej – przyp. A.Sz], tudzież wojskami zawodowymi z Lublina, Warszawy, Szczecina…

„Jeżeli coś się dzieje” – no właśnie, co dokładnie się tam dzieje?

O konkretnych powodach wezwania nie wiemy do momentu znalezienia się na miejscu. Tam bieżącą sytuację przedstawia nam policja i straż graniczna i jednostki macierzyste. Na samym wstępie nie mamy takiej informacji. Słyszymy: „potrzebujemy żołnierzy na granicy”, więc zgłaszamy się, dostajemy sprzęt i jedziemy.

A co mówi się między wami? Kiedy rozmawiacie między sobą, to mówicie, że po co jedziecie?

Pobudki są bardzo różne – od tego, że ktoś chce zrobić użytek ze swoich umiejętności i wieloletnich szkoleń, po chęć obrony państwa. Są też „socjalsi” – osoby, które są w WOT dla zysku. Nie jesteśmy zadowoleni ze współpracy z nimi.

Nie mówi się o tym publicznie, ale za kilka lat może dość w związku ze szlakiem migracyjnym do większej katastrofy – mówimy o sytuacji, kiedy szlak mogliby wykorzystać na przykład Talibowie. Potencjalny terrorysta może się podać za imigranta i przeniknąć do Europy. Jeśli przykładowo na 10 000 imigrantów trafi się stu terrorystów, mamy wówczas gniazdo terroryzmu w Europie.

Łukaszenka oszukał Syrakijczyków, Irakijczyków, Afgańczyków i wmówił im, że po przekroczeniu białoruskiej granicy znajdą się w Niemczech, w lepszym świecie.

Nie uczyli się w szkole geografii?

Jest o tym trochę materiałów na Tik–Toku.

Czyli część tych ludzi po przekroczeniu granicy myśli, że jest w Niemczech?

Tak, jest to utrwalone na filmikach. Mówią po angielsku, że chcą do Niemiec. Żołnierze tłumaczą im, że tu jest Polska. Oni na to: „Poland bad, we want to Germany”.

To właściwie trochę dobra wiadomość. Wieści niosą się szybko; być może dojdzie w ich krajach macierzystych do uzyskania powszechnej wiedzy o tym, że między Białorusią a Niemcami jest jeszcze jeden kraj – kraj, do którego oni iść nie chcą… Wspomniałeś, że z prawa wynika, że WOT uzupełnia braki w momencie, kiedy w danym miejscu mało jest żołnierzy zawodowych. Czy zatem dobrze rozumiem, że oznacza to, że na wschodnich granicach jest zbyt mało żołnierzy?

W niektórych miejscach faktycznie nie jest nas za dużo. My akurat stacjonujemy w miejscu, gdzie naturalną barierę stanowi rzeka Bug. Więcej wojska wysyła się tam, gdzie nie ma takiej zapory, gdzie granicę stanowi pas ziemny. Nad rzeką jesteśmy w nieco mniejszej ilości, ale zapotrzebowanie tak czy inaczej jest dosyć spore.

Czyli rzeka powstrzymuje, ale nie do końca. Jak w praktyce wyglądają próby przeprawiania się przez tę rzekę?

W niektórych momentach jest to walka o życie.

Niektórzy przegrywają. Dziewiętnastoletni Syryjczyk utonął.

Tak się złożyło, że to był mój pierwszy dzień służby i sam uczestniczyłem w jego szukaniu. Znaleźli go płetwonurkowie.

Bug to bardzo zdradliwa rzeka. Łatwo utonąć.

Tak, w jednym miejscu ma pół metra głębokości, a krok dalej – trzy metry. Pracy nie ułatwiają nam bobry, które robią koryta. Na nocnym patrolu mój współtowarzysz wpadł do bobrzej jamy i zniknął w niej na chwilę cały.

Wracając do poprzedniego tematu – niektórzy jada na granicę służyć, inni – dla pieniędzy. To nie są małe pieniądze. Jest jednak ogrom osób, które chcą po prostu pomóc. Oprócz tego, że imigranci mogą stanowić zagrożenie terrorystyczne, są wśród nich przecież ludzie, którzy zwyczajnie potrzebują pomocy. Niektórzy faktycznie uciekają z Afganistanu. Ci ludzie korzystają z każdej możliwej formy pomocy. Gdyby nie my, nie uratowalibyśmy na przykład osób z Woroblina. Białorusini pozbawili ich rzeczy, które mieli przy sobie – w tym dokumentów.

Zostali po prostu obrabowani przez białoruskich pograniczników?

Tak właśnie było. Czasem też Białorusini fizycznie zmuszają ich do przekroczenia granicy. Oni wepchnęli do rzeki tych dwóch uchodźców z Syrii. Nasze służby wyłowiły jednego z nich. Został uratowany, a potem przesłuchany. Zeznał, że było ich dwóch, do dyspozycji mieli pięciolitrowe baniaki po wodzie jako formę tratwy, ale nie zdało to egzaminu. Jeden z nich wymroził się i utopił. Znaleziono go zahaczonego o gałąź dwa dni później. Drugiego udało się odratować; powiedział, że Białorusini przywieźli ich pod granicę. Powiedzieli, że w Polsce będą bezpieczni, nic im nie grozi, po czym … wrzucili ich do wody. Takie sytuacje mają miejsce głównie w nocy; na Podlasiu, gdzie nie ma rzeki, może się to dziać również w dzień. Gdyby nie my, mogłoby być znacznie więcej trupów. Trupy pojawią się i tak, ale chcemy temu zapobiegać. Notabene, nasze służby mają sposoby, żeby zweryfikować kogoś bez dokumentów. Nie mogę zdradzać szczegółów, ale tak się dzieje, nasze służby to potrafią.

Precyzując – i chcę, żeby to jasno wybrzmiało – polscy żołnierze zajmują się ratowaniem życia i zdrowia ludzi, którzy w jakiś sposób jednak znaleźli się po tej drugiej stronie granicy.

Tak. Zatrzymujemy tych ludzi i kierujemy ich do azylu, który jest akurat niedaleko jednostki. Jest to coś w rodzaju hotelu, w którym mieszkają w czasie, kiedy są weryfikowani. Mają tam zapewniony spokój, dach nad głową i wyżywienie. Cały czas kogoś zatrzymujemy. Ostatnio np. nasze drony wyłapały obecność 15 – osobowej grupy, która następnie trafiła do azylu. Polecam śledzenie fanpage’a Wojsk Obrony Terytorialnej, jest tam relacja na bieżąco.

Co dalej dzieje się z ujętymi emigrantami?

Teraz, po zmianie prawa, są – z tego, co wiem – deportowani na Białoruś. Czyli na początku trafiają do azylu, a potem zostają deportowani. Część osób jest wówczas ponownie wysyłana przez Białorusinów na granicę i koło się zamyka. Nie stosujemy push – backów, osobiście nigdy się z tym nie spotkałem. Każdy musi podlegać weryfikacji. Push – backi byłyby zresztą potencjalnie nieskuteczne, ci sami ludzie mogliby się przedostać przez granicę kilka kilometrów dalej.

Mamy też pełnić funkcję odstraszającą – ma nas być widać. Kiedy patrolujemy w nocy, raz na jakiś czas dajemy znaki świetlne, żeby każdy widział, że tam jesteśmy. Patrole są oddalone od siebie na odległość jednego słupka granicznego, tj. około kilometra.

Kto dokładnie usiłuje się przeprawić przez granicę? Mężczyźni, dzieci, kobiety?

Osobiście nie miałem jeszcze dużej styczności z imigrantami. Patroluję taki odcinek rzeki, przez którą ciężko się przeprawić. Mogę jednak powiedzieć, że z weryfikacji wynika, że w pierwszej fali jest głównie inteligencja, ludzie wykształceni i majętni.

No tak, w czasach niepokoju sprawdzają się stare prawdy – geografia ma znaczenie, naturalne przeszkody mają znaczenie. Na tym zawsze opierała się geostrategia i wcale się to nie zmieniło… Taka jest natura geopolityki.

Za plecami uchodźców stoją białoruscy pogranicznicy. Czy macie z nimi jakiś kontakt? Jeśli tak – jak ten kontakt wygląda?

Różnie. Czasem jest to kontakt wzrokowy. Czasem patrolują Bug łodziami, machają do nas. Staramy się na to nie reagować, wyczuwając prowokację – to raczej nie są przyjazne machnięcia. Zdarzają się sytuacje, że po ich stronie słychać strzały. Zakładamy, że jest to amunicja ślepa. Czasem świecą nam po oczach, czasem laserami w nasze drony. Nieraz pokazują wulgarne gesty. Są to pogranicznicy, ale też wojsko. Jeśli nasz dron dostanie się na ich stronę granicy, zostaje zestrzelony. Oni też non stop latają dronami, ale zgodnie z prawem nie wolno nam ich zestrzelić, możemy je co najwyżej przechwycić. Jeszcze ani razu nam się to jednak nie udało.

Jak oceniacie możliwość eskalacji tych prowokacji?

Trudno powiedzieć. Ciągle jednak wiele się dzieje. Jakiś czas temu na polską stronę granicy przeniknęły trzy osoby z bronią długą. Ciężko powiedzieć, jak to się skończy. Przede wszystkim jednak starają się nas wymęczyć, jest to ewidentne. Godzina pierwsza w nocy, patroluję z kolegą. W pewnym momencie słychać krzyki i płacze kobiet i dzieci – puszczone z białoruskiego pojazdu mającego zasięg kilka kilometrów. Niektórzy nie wytrzymują tego psychicznie. Ludzie są przemęczeni, mają mało snu, a do tego słuchają nagrań, które uderzają w ludzką psychikę…

Są u nas w kraju środowiska, które kupują tę „narrację” wytwarzaną przez białoruskie nagrania… Wymuszanie litości jest bronią, którą Białorusini skutecznie wykorzystują.

Tak. Zresztą – pomoc pomocą, ale część imigrantów zachowuje się agresywnie. Wieloosobowa grupa potrafi zapukać do mieszkańca pobliskiej wioski i zażądać jedzenia i wody. Wraz z nadejściem zimy zacznie się robić dużo gorzej. Kto wie, co mogą zrobić w takich ekstremalnych okolicznościach.

Jak układają się wasze stosunki z mieszkańcami okolic, które patrolujecie?

Są ludzie, którzy nam pomagają, są sceptycy i są też tacy, którzy pomagają imigrantom. Nie za darmo. Są tacy, którzy chętnie zarobią na tym, żeby imigrantów przetransportować do Niemiec. Przychodzą, udają wędkarzy – nam nie wolno zabraniać ludziom wędkować w Bugu – ale na nich nie wyglądają – dwa metry wzdłuż i wszerz, wielkie bicepsy, po czym wypytują nas, co my tu robimy, jakie są nasze metody działania i tak dalej.

Chyba powinno być odwrotnie. To wy macie prawo ich wylegitymować.

Tak, moglibyśmy ich zatrzymać i wylegitymować. Ale tamci … uciekli, zanim zdążyliśmy sprawdzić ich dokumenty. Wyglądali na przemytników żywego towaru.

Okoliczny taksówkarz po zainkasowaniu dwóch i pół tysiąca euro wiózł imigrantów do Niemiec, ale złapano go i udaremniono próbę.

Jak często pada między wami taka fraza jak: „To jest wojna” lub: „My na foncie?”

Prawie codziennie. Ciężko jest jednak nazwać konkretnie to, co się dzieje. Właściwie to nie do końca zdajemy sobie sprawę, o co naprawdę chodzi. Niektórzy z tego żartują, inni mówią, że to początek wojny.

To jest wojna. Wojna hybrydowa z użyciem broni D, czyli demograficznej; taka, jaką zastosowano przeciwko Europie w 2015 roku.

Na szczęście nie dzieje się to jeszcze na taką skalę, żeby można było porównywać. Jednak sytuacja jest niebezpieczna. Gdyby doszło do jakiejś tragedii, balibyśmy się używać broni – w myśl prawa polskiego trzeba najpierw oddać strzał ostrzegawczy w powietrze, a ostatecznie – na przykład w nogi. Boimy się, że gdyby do czegoś doszło, bylibyśmy potem oskarżani o przedwczesne użycie broni.

Z racji stanu wyjątkowego na granicy nie ma dziennikarzy. Czy jesteście z tego zadowoleni?

Osobiście nie robi mi to różnicy, ale cieszymy się, że nie ma tam TVN – u.

Jak oceniasz organizację i logistykę tego, co się dzieje?

Póki co cierpimy na niedobory ludzi, przez to chodzimy niewyspani; niektórzy narzekają. Jednak większość ludzi rozumie powagę sytuacji. Robimy, co możemy.

Jak konkretnie można wam pomóc?

Dużo mieszkańców okolicznych terenów pomagało nam, dostarczając drewna. W nocy jest mróz, nie możemy korzystać z drewna znajdującego się w lesie, bo operujemy na terenie parku krajobrazowego. Mamy pozwolenie od Straży Granicznej na rozpalanie ognisk z drewna dostarczanego przez miejscowych. Przynoszą nam też herbatę i dobre słowo, podnosząc tym samym nasze morale.

Mur na granicy: dobry pomysł czy nie?

Tak. Zdemontować mury można zawsze, ale stawia się je długo. Teraz on może dużo pomóc. Jest wręcz konieczny.

Gdybyś chciał przekazać coś Polakom – o czy przede wszystkim powinni pamiętać, kiedy myślą o obecnym kryzysie?

Że przede wszystkim robimy to dla nich. Do pewnego stopnia pomagamy imigrantom, ale jeśli będzie ich zbyt dużo, potem Polacy mogą zacząć potrzebować naszej pomocy.

 

 

 

 

 

Kategoria: Agnieszka Sztajer, Polityka, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: