Goździk: Król czyli niepodległość – recenzja Rzeczy o monarchii Janusza Woronicza
1000-leciu Królestwa Polskiego i koronacji Bolesława Chrobrego w 2025 roku zawdzięczamy „efekt Chrobrego”. Okoliczność ta zaowocowała licznymi inicjatywami upamiętniającymi pierwszego władcę, ale także projektami odnoszącymi się do szeroko pojętego monarchicznego dziedzictwa w Polsce. Tak oto wydawnictwo Pardwa, po 186 latach zapomnienia, wznowiło pracę Janusza Woronicza, o której dotychczas usłyszeć mogli jedynie pasjonaci głęboko zainteresowani epoką bądź poszukiwacze antykwarycznych białych kruków.
Naukowy wstęp autorstwa prof. Jacka Bartyzela zatytułowany został: „Manifest monarchizmu insurekcyjnego”. W nazwie tej znalazły się dwa elementy, które należy przybliżyć. Po pierwsze, ideowa manifesty polskiego monarchizmu stanowią rzecz nieczęstą, a jako jedyny swój autorski, a zarazem całościowy program, w epoce porozbiorowej wyłożył właśnie Janusz Woronicz. Na kolejne próby obrania myśli monarchistycznej w funkcjonalne kategorie musieliśmy czekać do zakończenia okresu spod znaku „najpierw być, a później jak być” i odzyskania niepodległości, gdy teoretycy rangi Szymona Dzierzgowskiego czy Leszka Gembarzewskego podjęli własne prób. Warto na marginesie wspomnieć, że opus magnum tego ostatniego, teoretyczna praca na temat monarchii w Polsce zatytułowana "Krew i tradycja" zaginęła podczas niepokojów II Wojny Światowej. Trudno dziś oszacować wagę tej straty. Po drugie, dążenie Polaków do odzyskania suwerennego bytu państwowego jest tematem szeroko omawianym. Niestety, podobnie jak w przypadku okoliczności odzyskania niepodległości w 1918 r., na ogół zapomina się o kontekstach monarchistycznych, pamiętając co najwyżej o postaci Adama księcia Czartoryskiego, który dla emigracji stanowił w pewien sposób „monarszy ekwiwalent” (przez niektórych zwolenników był nazywany „królem de facto Adamem I”). Tymczasem zagadnienie niepodległości i monarchii były ze sobą silnie powiązane. Woronicz przekonywał, że odzyskanie niepodległości wymagało obrania króla, za którego warto byłoby walczyć, a kiedy w końcu Polska odzyskała niepodległość 79 lat od ogłoszenia traktatu myśliciela, przyjęła formę monarchiczną i utrzymała ją przez 38 dni, dopiero później ulegając modzie na republikanizm.
Doskonale pamiętamy jaką tragedią dla Polaków zakończyły się powstania – próby wyrwania z zaborczej pętli dyktowane słusznymi pobudkami, ale pozbawione szans na zwycięstwo, skutkowały represjami i dokręcaniem śruby. Zdaniem Woronicza, zasadniczy problem powstań polegał na braku „środka organicznego”, czyli dynastii, bez której forma monarchiczna pozostaje „czczym wyrazem, martwą literą”. Autor wierzył, że monarcha byłby czynnikiem jednoczącym naród i katalizatorem dla wzmożonych wysiłków na rzecz walki z oprawcą.
Teoria wyłożona na kartach "Rzeczy o monarchii" czerpie zarówno z tradycyjnego ujęcia pochodzenia władzy w stylu Roberta Filmera i biskupa Bossueta, ale także z kontraktualizmu Thomasa Hobbesa. Rola króla przypomina funkcję ojca w rodzinie, ale powierzona mu władza nie ma charakteru absolutnego – poddani oddają jedynie część posiadanej wolności, otrzymując w zamian bezpieczeństwo i zachowanie od przemocy. „Pierwotna towarzyska umowa” nie zostaje przez to naruszona.
Woronicz rozpoznaje u człowieka dwa konkurujące instynkty. Z jednej strony „instynkt konserwacji” chroni przez powrotem do stanu przedspołecznego. Z drugiej, „pociąg do przyrodzonej wolności” skłania do udziału w sprawowaniu władzy, przeradzając się czasami w republikanizm. Autor rzecz jasna ów republikanizm ujmuje w kategoriach stanu patologicznego. Prof. Bartyzel, tłumacząc to na język polityki stosowany w XXI wieku, zauważa, że dla autora traktatu „republika (resp. demokracja liberalna, widząca tylko „autonomiczne” jednostki) to rządy oligarchii za fasadą demokracji” (s. 12-13). Ciekawą, z punktu widzenia współczesnego czytelnika może być obserwacja, że państwa Świętego Przymierza, wbrew przyjętemu nazewnictwu, nie są monarchiami, a jedynie „aglomeracjami, mieszaninami wielu różnorodnych, pogwałconych społeczeństw”. Wątpliwości co do tego, które państwa monarchiami są, a które nie są, stanowią po dziś dzień gorący temat rozważań monarchistycznych, choć obecnie „monarchiczność” podważa raczej słabość i redukcja znaczenia do funkcji ceremonialnych, aniżeli siła, którą Austrii, Prusom i Rosji zarzucał Woronicz. Przykłady prawdziwych monarchii stanowiły dla niego Francja i Anglia.
Wyczulony na punkcie prawowitości dynastycznej prof. Bartyzel zauważa, że Woronicz pozostaje ślepy na legitymizm i uzurpacje, które wówczas zajmowany trony wymienionych krajów – hanowerską w wyspiarskich królestwach, znanych już wówczas jako Wielka Brytania i tak zwaną monarchię lipcową „króla Francuzów”, Ludwika Filipa I. Zamiast tego autor traktatu bezrefleksyjnie koncentrował się na kwestii „narodowości” dynastii panujących w tych państwach, nie bacząc choćby na fakt, że tron angielski obejmowali kolejno germańscy Anglosasi, francuscy Normanowie i Plantageneci, walijscy Tudorowie, szkoccy Stuartowie, a następnie Niemcy z dynastii Hanowerskiej i Sachsen-Koburg-Gotha (od 1917 r. znanej jako Windsor).
Za Burkiem i de Maistrem Woronicz stwierdza, że praw nie da się sztucznie przeszczepić do narodów, bowiem muszą one wynikać z ich istoty, natury i obyczajów. Zauważa, że Rzeczypospolita była najsilniejsza pod rządami dynastii Piastów i Jagiellonów, a ciężkie chwile przeżywała, gdy tron powierzono namiętnościom pola elekcyjnego. Współczesny czytelnik, dysponując wglądem do kolejnych, niespełna, 200 lat polskiej historii, mógłby dodatkowo zauważyć, że słabość i niestabilność stanowi także immanentną cechę polskiego demokratyzmu tak w II jak i w III RP.
Argumentem przemawiającym za monarchiczną naturą Polaków jest posiadanie od samego początku „dynastii narodowej”, czyli Piastów. Warto w tym miejscu przypomnieć, że pojęcie „Piastów” historiografia wprowadziła dopiero w XVII wieku, a wcześniej nazywano ich po prostu „dynastią polską”.
Ciekawy element wywodu XIX-wiecznego myśliciela stanowi rola monarchii jako czynnika, który przekreśli dziedzictwo zaborów. Aktualności nie traci stwierdzenie, że Machiavellemu zawdzięczamy zmodyfikowanie znaczenia pojęcia republiki, które do XVI wieku było rozumiane, zgodnie z łacińskim źródłosłowem, z rzeczą wspólną, a później zaczęto go używać dla nazwania formy przeciwnej monarchii. Jak słusznie zauważa prof. Bartyzel, sprostowania wymaga natomiast hurraoptymistyczna wizja Konstytucji 3 Maja, za sprawą której cały naród miał powrócić do monarchicznej formy. Ustawa faktycznie nie zajmowała całego narodu i choć naprawiała jedną bolączkę, przywracając dziedziczność tronu, potęgowała inną, odbierając monarsze część tradycyjnych prerogatyw. Za kluczowy element wywodu Woronicza uznać możemy figurę „króla widomego”, jako zwieńczenie polskich wysiłków niepodległościowych. Myśliciel zgadzał się z Mochnackim, że „kto ogłasza monarchię, a nie obiera króla, ogłasza konkurs na berło, stręcząc obcym i swoim wab niebezpieczny” (s. 105). Należy zauważyć, że w ówczesnych realiach monarchiczna forma rządów była w Europie dominująca, a współczesne próby restauracji tronu wymagają zupełnie innego podejścia – pracy organicznej i przygotowawczej. Woronicz brak sięgnięcia po koronę wytyka księciu Czartoryskiemu, a autorów ustawy majowej gani za wskazanie saskich Wettynów, podczas gdy właściwą opcję rozpoznaje w polskiej dynastii. Detronizację cara Mikojała I postrzega ponadto jako największą zbrodnię powstańców listopadowych. Ta logiczna niekonsekwencja odebrała powstaniu międzynarodowe uznanie i zredukowała je do rangi nieprzemyślanego zrywu. Za prawowitych władców Woronicz uznaje dynastię Czartoryskich, za czym przemawia jej pochodzenie od Jagiellonów, a także usługi oddane Polsce – w tym wskrzeszenie Królestwa Polskiego na Kongresie Wiedeńskim, dokonane za sprawą księcia Adama. W twierdzeniu, że książęta z tej dynastii są: „Najbliżsi pozycją urodzenia, [i] są jeszcze najbliżsi pozycją zasługi” prof. Bartyzel dostrzega analogię do dwóch aspektów prawowitości monarszej w tradycji hiszpańskiej – prawowitości pochodzenia władzy oraz jej wykonywania.
Omówione aspekty to jedynie próbka z obfitego dzbana, którym Woronicz pragnie ugasić pragnienie spragnionych wiedzy czytelników. Naukowe wprowadzenie profesora Bartyzela poddaje analizie najważniejsze wątki i osadza je w szerszym kontekście. Nie warto jednak rezygnować z lektury elegancko obranego w słowa wywodu, z którego wypływa wielce cennych wniosków. Traktat Woronicza można potraktować jako bogaty zasób ustrojowej refleksji, która zbacza ze szlaków utartych przez piewców liberalnej demokracji i ukazuje zapomniane, bądź ukryte, obszary. „Gdyby wbrew tak wyraźnej monarchicznej naturze narodu polskiego znalazły się jeszcze teoretyczne, abstrakcyjne umysły, co by chciały stanowić w Polsce republikę, musiały by one naprzód republikanizować 20 milionów Polaków i od przymusu zaczynać gminowładną swą moralność” (s. 71-72). Nietrudno dziś nie zgodzić się z argumentacją Woronicza, a jednak refleksja ustrojowa pozbawiona aspektów monarchicznych będzie niepełna, a wręcz ułomna. Odmiennie niż w przypadku zaborów, a później komunistycznego ucisku, Polacy dziś, żyjąc stosunkowo wygodnie i dostatnio, coraz mniej doceniają znaczenie niepodległości i niezależności. Być może Woronicz dostarczy inspiracji do przebudzenia przygaszonych instynktów i sięgnięcia po silną Polskę w formie monarchicznej?
Tomasz Goździk
Kategoria: Publicystyka, Recenzje




