banner ad

Matuszewski: Józef Kuraś ps. Ogień czyli o ubeckich kłamstwach i ich długim trwaniu

Żołnierze Wyklęci na dobre goszczą już w naszej zbiorowej świadomości. Przybywa publikacji, a szczątki wielu z nich złożono wreszcie w grobach oznaczonych w sposób należny bohaterom. Niestety, pomimo podejmowanych starań wydaje się, że propaganda mająca zohydzić partyzantów pokroju „Warszyca”, „Łupaszki” czy „Żelaznego” nadal trzyma się mocno. Wciąż toczone są spory wynikające z oparcia się nie na faktach, a na przekonaniach zakorzenionych w kampanii oszczerstw celowo wytworzonej w czasach komunistycznej okupacji na potrzeby władz zainstalowanych przy pomocy sowieckich czołgów.

Szczególne miejsce w panteonie tych, których tamten system znienawidził najbardziej, zajmuje major Józef Kuraś „Ogień” – człowiek, którego nazwisko do dziś wywołuje na Podhalu emocje równie żywe, co w chwili jego śmierci. W tym przypadku machina czerwonej propagandy nie poprzestała na zwykłym oskarżeniu. Przez lata tworzono alternatywną rzeczywistość rozumiejąc, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy w podręcznikach, filmach i powieściach z czasem zyska status prawdy akceptowanej przez ogół. 

1. Źródła nienawiści

Dlaczego zacieranie prawdy o Józefie Kurasiu „Ogniu” było dla komunistów tak ważne i dlaczego każdy jej okruch należało zetrzeć z powierzchni zbiorowej świadomości? Po pierwsze dlatego, że jego działania pozostawały niezwykle skuteczne i bez litości ośmieszały struktury nowej władzy. Podległe mu oddziały likwidowały posterunki Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej, rozbijały więzienia, uwalniały osadzonych, kontrolowały teren, sprawowały władzę sądowniczą, a także eliminowały wsławionych okrucieństwem funkcjonariuszy oraz konfidentów. Każda ich akcja była ciosem nie tylko militarnym, ale i propagandowym – pokazywała, że „władza ludowa” nie ma kontroli nad Podhalem, że jej monopol na sprawowanie rządów jest iluzją, a deklarowana stabilizacja kraju pozostaje fikcją.

Na Podhalu „Ogień” był symbolem realnego, zorganizowanego oporu. Nie działał jako samotny desperat, lecz jako dowódca struktury posiadającej wyraźną hierarchię, zaplecze logistyczne i wsparcie części miejscowej ludności. Jego rozkazy i wyroki wykonywano, jego nazwisko budziło respekt, a jego oddziały przemieszczały  się bez przeszkód pomimo intensywnych działań operacyjnych i prowokacji, do których uciekali się komuniści. Dla nich oznaczało to jedno: w regionie istniał alternatywny punkt odniesienia, konkurencyjny wobec nowego porządku, pokazujący jego słabość i cieszący się ogromnym autorytetem. To dlatego zniszczenie reputacji majora było równie istotne, co fizyczna likwidacja jego oddziału i jego samego. Chodziło o zatarcie pamięci o kompromitacji systemu, a także wrażenia, że poza nim istnieje coś jeszcze – alternatywa, o którą warto się bić. 

Źródłem kampanii nienawiści wobec Kurasia byli jednak nie tylko etatowi funkcjonariusze propagandy z Warszawy, lecz również (a może przede wszystkim?) lokalni beneficjenci powojennego chaosu, których „Ogień” z bezwzględną surowością eliminował. Obok ubeckich grup pozorowanych na Podhalu grasowały bowiem pospolite bandy rabunkowe, liczące na łatwy łup. Gdy na rozkaz Józefa Kurasia jego partyzanci zaprowadzali porządek i bez pardonu karali pospolitych złodziei i gwałcicieli, niejednokrotnie podszywających się pod jego zgrupowanie, on sam zyskiwał armię śmiertelnych wrogów. Owi bandyci oraz ich rodziny po 1947 roku stali się najgorliwszymi świadkami fałszywego oskarżenia. To oni, w zamian za darowanie win lub korzyści obiecane przez nową władzę, chętnie przypisywali swoje własne zbrodnie (kradzieże, podpalenia czy gwałty) partyzantom ze zgrupowania „Błyskawica”. W ten sposób prywatna zemsta i strach przed sprawiedliwością splotły się w jeden uścisk z państwowym kłamstwem, tworząc bazę „naocznych świadków”, na których propaganda powoływała się przez kolejne dekady.

To właśnie ta symbioza państwowego aparatu kłamstwa z prywatnymi interesami lokalnych renegatów okazała się najtrwalszym elementem czarnej legendy „Ognia”. Sprawiła ona, że konflikt o pamięć przestał być jedynie sporem historycznym, a stał się krwawiącą raną wewnątrz podhalańskich społeczności. Przez lata rodziny dawnych konfidentów i ukaranych złodziei, chronione przez komunistyczny system, budowały swoją tożsamość na micie „ofiar ognistego terroru”, skutecznie infekując nienawiścią kolejne pokolenia. W efekcie dzisiejsze spory o pomniki czy tablice pamiątkowe w Zakopanem czy Waksmundzie to nie tylko debata o faktach, ale starcie dwóch sprzecznych pamięci: tej autentycznej, oraz tej sfałszowanej, opartej na strachu przed ujawnieniem prawdy o własnej niegodziwości. Dopóki nie zrozumiemy, że za wieloma oskarżeniami wobec majora stoi nie troska o prawdę, lecz chęć ukrycia kolaboracji i pospolitego bandytyzmu, propaganda PRL będzie odnosić kolejne zwycięstwa zza grobu.

2. Metody

Budowanie czarnej legendy „Ognia” na poziomie świadomości ogólnej odbywało się na kilka sposobów, z których jedne wdrażano jeszcze za jego życia, inne natomiast dostosowywano do potrzeb oddziaływania za pomocą kultury masowej w trakcie kolejnych dziesięcioleci.

Jednym z najbardziej skutecznych narzędzi szkalowania „Ognia” i jego partyzantów stało się fałszowanie dokumentów i opracowywanie wersji wydarzeń na potrzeby propagandy. Przełomem, który pozwolił przyjrzeć się temu zjawisku bliżej, stanowiło otwarcie archiwów dawnego MSW. Okazało się, że bezpieka prowadziła podwójną dokumentację: 

– dokumentację propagandową: przeznaczoną do użytku masowego (gazet,  podręczników etc.)

– dokumentację operacyjną (ściśle tajną): przeznaczoną dla dowódców UB i NKWD.

Rzecz w tym, że (nieco upraszczając) w raportach wewnętrznych ubecy opisywali prawdziwy bieg zdarzeń. Jeśli przeprowadzili prowokację w jakiejś wsi, chwalili się tym przed przełożonymi, opisując „udaną akcję dezintegracyjną”. Historycy, znajdując taki raport, mają szansę skonfrontować go z wersją przedstawianą w – dajmy na to – prasie, która o tę samą akcję oskarżała „Ognia”. Zasoby tych archiwów to koronny dowód na istnienie zorganizowanego mechanizmu manipulacji i kłamstwa.

Nie mniej ważnym narzędziem w arsenale służb komunistycznych były prowokacje. Z akt operacyjnych jasno wynika, że UB tworzyło nawet specjalne grupy bojowe (tzw. Grupy Ochronno-Propagandowe lub grupy pozorowane) złożone z funkcjonariuszy udających partyzantów (noszących w tym celu m.in. elementy umundurowania z orłem w koronie oraz ryngrafy), których zadaniem było jak najbardziej zaszkodzić reputacji tych ostatnich, a tym samym zmniejszyć poparcie, którym cieszyli się oni wśród miejscowej ludności. Ubecy zwykle pili przy tym alkohol, dokonywali pobić, rozbojów, czasem również zabójstw, a równocześnie ochoczo dawali wszystkim do zrozumienia, że są od „Ognia”. 

Paradoksalnie, w wewnętrznych raportach (tych tajnych) funkcjonariusze  przyznawali, że „Ogień” cieszy się dużą popularnością, a jego podkomendnych cechuje bardzo wysoki poziom dyscypliny i duża wartość bojowa (co oczywiście całkowicie przeczy oficjalnej narracji).

Bez wątpienia jednym z najważniejszych ogniw anty-Ogniowej propagandy była literatura. Książki te, często pisane na zamówienie polityczne lub przez osoby blisko powiązane z aparatem bezpieczeństwa, drukowane w setkach tysięcy egzemplarzy, mieszały fakty z literacką fikcją i ordynarnymi kłamstwami, tworząc zgodny z zapotrzebowaniem komunistycznej propagandy obraz. Do najważniejszych przykładów takich publikacji należą:

Jan Gerhard, „Łuny w Olchowcu” (1959): to prawdopodobnie najważniejsza i najbardziej szkodliwa książka w tym zestawieniu. Sam Gerhard był oficerem LWP i uczestnikiem walk z podziemiem, co nadawało jego prozie pozorów autentyczności. Książka przedstawia partyzantkę niepodległościową jako zdemoralizowane bandy, a samego „Ognia” jako postać niemal demoniczną i nieobliczalną. Gerhard wykorzystał konwencję powieści sensacyjnej, aby wciągnąć czytelnika w narrację, w której partyzanci zajmują się głównie pijaństwem i popełnianiem okrucieństw na ludności cywilnej. Książka miała ogromne nakłady i przez dekady traktowana była niemal jak źródło historyczne.

Władysław Machejek, „Rano przeszedł huragan” (1955): Machejek był byłym funkcjonariuszem AL i UB, a także jednym z najbardziej gorliwych piewców ustroju komunistycznego w literaturze. W omawianej książce skupia się na walkach w rejonie Podhala, kreując postacie milicjantów i funkcjonariuszy UB na rycerskich obrońców ludu. „Ogień”, niejako dla kontrastu, jest tu przedstawiony jako psychopatyczny watażka, który zdradził ideały lewicowe na rzecz „reakcyjnego bandytyzmu”. Machejek operuje przy tym skrajnie brutalnymi opisami, które mają budzić odrazę do podziemia. Jako były ubowiec znał realia terenu, co pozwoliło mu na niezwykle sugestywne kłamanie poprzez przeinaczanie autentycznych wydarzeń, w których sam brał udział po drugiej stronie barykady.

Stanisław Wałach, „Był w Polsce czas…” (1971): Stanisław Wałach nie był zawodowym pisarzem, lecz wysokiej rangi oficerem bezpieki i szefem krakowskiego UB. Jego książka opisuje zmagania resortu z „bandami” na południu Polski. Wałach kreuje się na sprawiedliwego funkcjonariusza, który z trudem, ale skutecznie, eliminuje „szkodniki” takie jak Kuraś. Jest to oczywiście klasyczny przykład literatury „resortowej”. Wałach cytuje rzekome dokumenty i zeznania, które w rzeczywistości były preparowane w gabinetach UB lub wymuszane torturami. Książka ta legitymizowała terror bezpieki jako „konieczną walkę o porządek”.

Julian Kawalec, „Ziemi przypisany” (1962): Choć jest to literatura o nieco wyższych aspiracjach artystycznych, wpisuje się w nurt dyskredytacji podziemia. Autor analizuje tu postawy chłopskie wobec nowej władzy, a partyzantkę „Ognia” ukazuje jako siłę destrukcyjną, stojącą na drodze do awansu społecznego wsi podhalańskich. Mechanizm manipulacji jest tu subtelniejszy niż u np. Machejka. Kawalec sugeruje, że poparcie dla „Ognia” wynikało jedynie ze strachu przed terrorem, a nie z patriotyzmu. W ten sposób odbierał Kurasiowi jego najsilniejszą broń – autentyczną więź z góralami.

Jedną z najbardziej cynicznych technik dezinformacji, widoczną we wszystkich rodzajach działań mających na celu zdyskredytowanie Józefa Kurasia i jego podkomendnych, jest mechanizm tzw. odwróconego wektora. Polega on nie tyle na prostym kłamstwie, ile na całkowitym odwróceniu ról – przypisaniu ofierze cech i czynów sprawcy, a sprawcy roli wybawcy bądź pokrzywdzonego. W praktyce oznaczało to budowanie narracji, w której żołnierze podziemia niepodległościowego, walczący z narzuconym siłą systemem, przedstawiani byli jako „bandyci”, „terroryści” czy „wrogowie ludu”, podczas gdy funkcjonariusze aparatu represji – odpowiedzialni za brutalne pacyfikacje, tortury i egzekucje sądowe – kreowani byli na gwarantów ładu i bezpieczeństwa społecznego. Mechanizm ten był szczególnie skuteczny, ponieważ nie ograniczał się do propagandowych artykułów czy komunikatów radiowych; przenikał do akt śledczych, uzasadnień wyroków, podręczników szkolnych i opracowań historycznych powstających pod nadzorem cenzury. W ten sposób utrwalano obraz, w którym opór wobec komunistycznej władzy stawał się moralnie podejrzany, a przemoc państwa – usprawiedliwiona jako rzekoma obrona społeczeństwa przed reakcją. „Odwrócony wektor” działał więc jak soczewka zniekształcająca rzeczywistość: nie usuwał faktów całkowicie, lecz przestawiał je w taki sposób, by odpowiedzialność za dramat powojennej przemocy spoczęła na tych, którzy byli jej celem. W efekcie przez dziesięciolecia to właśnie ofiary systemu nosiły piętno winy, a architekci represji mogli ukrywać się za narracją o konieczności dziejowej i ochronie państwa.

Oczywiście nie brakowało także innych – może mniej spektakularnych, lecz równie skutecznych – metod dyskredytowania „Ognia”, które utrwalały czarną legendę zarówno w okresie PRL, jak i w latach późniejszych. 

Jedną z nich było instrumentalne wykorzystywanie śledztw i procesów sądowych przeciwko jego podkomendnym. Pokazowe rozprawy, prowadzone przed sądami wojskowymi, miały charakter nie tylko represyjny, lecz również propagandowy. Uzasadnienia wyroków redagowano w taki sposób, by utrwalić w przestrzeni publicznej obraz „bandy reakcyjnej”, odpowiedzialnej za chaos i „zbrodnie na ludności cywilnej”. Protokoły przesłuchań, często wymuszane torturami, stawały się następnie „dowodami” cytowanymi w prasie i literaturze. W ten sposób aparat bezpieczeństwa nadawał swoim tezom pozory legalizmu i prawomocności, co czyniło narrację trudniejszą do podważenia.

Kolejnym elementem była długofalowa strategia edukacyjna – mocno zakorzeniona w fałszerstwach UB, a także dezinformacji i propagandzie podawanej do wierzenia przez aparat państwowy. W podręcznikach szkolnych i popularnych opracowaniach historycznych z okresu PRL utrwalano uproszczony schemat interpretacyjny: podziemie niepodległościowe określano zbiorczo jako „bandy”, a jego działalność przedstawiano wyłącznie w kategoriach przestępczości i „antypaństwowej dywersji”. Nazwisko Kurasia pojawiało się w tym kontekście jako synonim brutalności i anarchii. Wieloletnia obecność takiego obrazu w systemie edukacyjnym sprawiła, że dla kilku pokoleń odbiorców stał się on oczywistością, niewymagającą weryfikacji.

Wreszcie należy wspomnieć o metodzie polegającej na multiplikowaniu i uogólnianiu pojedynczych, nie do końca wyjaśnionych epizodów. Każde oskarżenie – niezależnie od stopnia jego udokumentowania – traktowano jako reprezentatywne dla całej działalności oddziału. Z czasem następowało zatarcie proporcji: incydenty (rzeczywiste bądź sfabrykowane) urastały do rangi prawdy historycznej. Jednocześnie pomijano kontekst wojny domowej, prowokacji oraz działań grup pozorowanych. Taki zabieg pozwalał utrwalić wizerunek „Ognia” jako symbolu bezprawia, bez konieczności prowadzenia rzetelnej analizy źródłowej.

Wszystkie te mechanizmy – od fałszowania dokumentów, przez prowokacje, literaturę i film, po system edukacji i politykę pamięci – tworzyły spójny system oddziaływania. Czarna legenda „Ognia” nie powstawała spontanicznie; była rezultatem długotrwałego, wielowarstwowego procesu, w którym aparat państwowy wykorzystywał zarówno narzędzia represji, jak i subtelniejsze formy kształtowania świadomości społecznej, w tym samym czasie stosując daleko idącą cenzurę nie pozwalającą na ukazanie się najmniejszej nawet wzmianki sprzecznej z oficjalnie narzuconą narracją. 

3. Przykłady

Przykładów kłamstw i manipulacji faktami, których celem była dyskredytacja majora Józefa Kurasia „Ognia”, jest wiele, jednak na potrzeby niniejszego tekstu (ze względu na jego formę i audytorium, do którego jest on skierowany) ograniczymy się jedynie do kilku wybranych przypadków – na tyle jednak jaskrawych, by ukazać zarówno ich cel, jak i mechanizm oddziaływania.

Sprawa antysemickiego mordu pod Krościenkiem

Jest to jedno z najbardziej znanych oskarżeń kierowanych pod adresem „Ognia”, stanowiących podstawę do przypisywania mu antysemityzmu oraz rzekomo wynikającej z niego programowej chęci mordowania Żydów. Według komunistycznej narracji partyzanci przeprowadzili zasadzkę na grupę bezbronnych cywilów narodowości żydowskiej, usiłujących wyjechać z Polski. „Ogniowcy” zatrzymali transport i dokonali egzekucji pasażerów wyłącznie ze względu na ich pochodzenie. Liczbę ofiar często zawyżano, a całe wydarzenie przedstawiano jako pogrom.

Prawda o tej akcji jest zgoła inna i nierozerwalnie związana z sytuacją wywiadowczą na tym terenie. Oddział „Ognia” nie polował na Żydów, lecz na funkcjonariuszy bezpieki i agentów, którzy masowo próbowali przedostawać się przez zieloną granicę do Czechosłowacji, udając uchodźców (często w ramach operacji przerzutowych organizowanych przez samo UB). 

3 maja 1946 r. pod Krościenkiem żołnierze „Ognia” próbowali zatrzymać taki transport. Niestety, grupa pasażerów nie chciała poddać się kontroli, a z wnętrza pojazdów w kierunku partyzantów oddano strzały. Wywiązała się walka, w wyniku której zginęło 11 osób, a kilka zostało rannych. 

Wyjaśniając przebieg wydarzeń historycy zwracają uwagę na kluczowe fakty, które propaganda całkowicie przemilczała:

• Brak selekcji: gdyby celem była eksterminacja Żydów, partyzanci rozstrzelaliby wszystkich pasażerów. Tymczasem większość osób z transportu przeżyła, bo po zakończeniu strzelaniny partyzanci pozwolili im odejść.

• Kontekst polityczny: wśród pasażerów znajdowały się osoby powiązane z aparatem służby bezpieczeństwa. W tamtym czasie UB celowo mieszało grupy uchodźców z uzbrojonymi agentami, by w razie ataku partyzantów mieć gotowy materiał propagandowy o „mordowaniu cywilów”.

• Rozkaz dowódcy: Kuraś w swoich rozkazach kategorycznie zabraniał bicia i okradania ludności cywilnej. 

Mechanizm manipulacji zastosowany tu przez komunistów, był w gruncie rzeczy bardzo prosty: oddzielili oni przyczynę od skutku. Wymazano informację o tym, że pasażerowie byli uzbrojeni i pierwsi otworzyli ogień. Skupiono się wyłącznie na pochodzeniu etnicznym ofiar, co pozwoliło łatwo przykleić majorowi Kurasiowi i jego ludziom łatkę faszystów.

Tymczasem tragedia pod Krościenkiem rozpoczęła się od rutynowej kontroli w strefie granicznej. Po strzałach oddanych w stronę partyzantów doszło do wymiany ognia, której skutkiem były ofiary śmiertelne. Walka toczyła się przy tym w warunkach nocnych. W żadnym wypadku nie może tu być mowy o celowej masakrze ludności cywilnej.

Rozbicie więzienia w Nowym Targu (czerwiec 1945)

Akcja ta ośmieszyła nową władzę. Zgodnie z wersją oficjalną zamroczona alkoholem banda wpadła do miasta, sterroryzowała mieszkańców, ograbiła magazyny i wypuściła na wolność groźnych przestępców kryminalnych. 

Rzeczywistość wyglądała rzecz jasna zupełnie inaczej. Była to precyzyjnie zaplanowana operacja wojskowa, poprzedzona dokładnym rozpoznaniem wywiadowczym. „Ogień” wiedział, że w więzieniu przetrzymywani są jego dawni koledzy z AK i BCh, torturowani przez UB. Partyzanci opanowali budynek bez strat własnych, otworzyli cele i wyprowadzili więźniów politycznych. Nie było mowy o „pijaństwie” czy „rabunku” – akcja była formą samoobrony przed terrorem NKWD i UB, co propaganda starała się zatuszować, robiąc z uwalnianych bohaterów kryminalistów.

Powieszenie ciężarnej kobiety w Ostrowsku

Według jednej z wersji Ogień jest odpowiedzialny za powieszenie na słupie ciężarnej kobiety – niejakiej Katarzyny Kościelnej z Ostrowska – za to, że przy sąsiadce nazwała go bandytą. 

(Jest to historia, której zgodność z prawdą historyczną porównać można do słynnej anegdoty, w  której ogłoszono, że na moskiewskim Placu Czerwonym rozdają samochody. Potem okazało się, że nie w Moskwie, nie samochody, a rowery – a także – że nie rozdają, tylko kradną…)

W całej tej historii zgadza się tylko jeden fakt: istotnie, w roku 1945 w Ostrowsku, na słupie telegraficznym powieszono ciężarną kobietę. Rzecz jednak w tym, że była to zbrodnia o charakterze obyczajowym, nie mająca prawie nic wspólnego z działalnością „Ognia”. Prawie – bo to „Ogień”, a nie Milicja Obywatelska, wykrył sprawców tego odrażającego czynu (było ich dwóch), a także wydał na nich wyrok śmierci (nie tylko zresztą za powieszenie w/w kobiety – byli to bowiem pospolici bandyci).  Wyrok wykonano.

Co znamienne: wersję, w której to „Ogień” jest sprawcą zbrodni, wypreparował na potrzeby komunistycznej propagandy przywołany wyżej płk Stanisław Wałach (autor zbioru „Był w Polsce czas…”). Nie tylko sfałszował on zresztą przebieg zdarzeń, ale też dopracował ich kontekst: powieszona miała według niego zostać ukarana za chwalebną współpracę z Władzą Ludową… 

Sprawa braci Zagatów-Łatanków

Kolejny przykład to mord na członkach rodziny Zagatów-Łatanków z Gronkowa. Relacjonuje go m.in. ks. dr hab. Władysław Zarębczan, potomek tej rodziny. Jeżeli wierzyć subiektywnej opowieści krewnego zabitych, mamy tu do czynienia z niewinnymi ofiarami, zamordowanymi bez powodu, niemal wyłącznie dla zaspokojenia rządzy krwi właściwej partyzantom spod szyldu „Błyskawicy”.

Fakty przedstawiają się nieco inaczej. „Ogień” znał czterech braci Zagatów-Łatanków znacznie wcześniej. Z biegiem czasu napływały do niego coraz liczniejsze prośby o ochronę przed nimi – byli bowiem bandytami i złodziejami (znanymi m.in. z kradzieży bydła). W podobnych wypadkach standardową procedurą, zastosowaną również tutaj, było przeprowadzenie wywiadu w celu potwierdzenia zgromadzonych informacji. Braci kilkakrotnie ostrzegano – bez skutku. W konsekwencji zostali osądzeni i skazani na karę śmierci.

Prowokacja w Odrowążu (1946)

Jest to jeden z najlepiej udokumentowanych przypadków użycia tzw. grupy pozorowanej. Napastnicy, podający się za podkomendnych Józefa Kurasia, wkroczyli do wsi Odrowąż. Zachowywali się skrajnie brutalnie: bili mieszkańców kolbami karabinów, rabowali pieniądze, pościel i żywność, a przy tym wykrzykiwali hasła o „karaniu za brak wsparcia dla lasu”. Natychmiast po odjeździe bandy w wiosce pojawił się oddział UB, któremu „przypadkiem” towarzyszyli fotograf i dziennikarz. Spisano protokoły strat, a w lokalnej prasie ukazały się artykuły o bestialstwie oprawców spod znaku Ognia.

Po latach dzięki analizie dokumentów operacyjnych ustalono, że była to akcja zaplanowana przez Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie w celu przełamania silnego poparcia, jakim Kuraś cieszył się w tej okolicy.

Napady w Waksmundzie

Waksmund był rodzinną wsią „Ognia” i jego najwierniejszym bastionem. Urząd Bezpieczeństwa za wszelką cenę dążył do zmiany tego stanu rzeczy. I oto w tej właśnie wsi doszło do serii rabunków, których ofiarą padła lokalna spółdzielnia spożywcza, a także osoby prywatne znane z tego, że udzielały pomocy partyzantom. Oczywiście władze natychmiast ogłosiły, że „Ogień” oszalał i zaczął łupić własnych sąsiadów, bo kończą mu się zapasy – co miało dowieść, że partyzantka to już tylko zwykłe bandyctwo, a nie walka o wolność. Po latach ujawniono jednak fakty przeczące tej wersji wydarzeń, a świadkowie potwierdzili m.in., że sprawcy wykazywali się brakiem znajomości terenu (co w przypadku partyzantów „Ognia” było niemożliwe, działali bowiem w miejscach, w których spędzili całe życie) oraz posługiwali się czystą polszczyzną, a nie gwarą podhalańską. Napadów dokonywała grupa agenturalna, której celem było skłócenie „Ognia” z jego bezpośrednim zapleczem.

Zabójstwa w rejonie Harklowej i Knurowa

W omawianym regionie dochodziło do egzekucji, które propaganda przedstawiała jako „mordy na Bogu ducha winnych chłopach” oraz dowód „krwawego terroru wobec ludu pracującego wsi”. W oficjalnym przekazie były one interpretowane jako przejaw bezzasadnej przemocy i bandytyzmu. Tymczasem odnalezione po latach dokumenty wywiadu Oddziału „Błyskawica”, a także materiały archiwalne UB, wskazują, że chodziło o tajnych współpracowników bezpieki (TW), przekazujących informacje o mieszkańcach udzielających pomocy partyzantom.

Z zachowanych dokumentów wynika również, że aparat bezpieczeństwa miał świadomość dekonspiracji tych osób. Po ich likwidacji fakt współpracy z UB był jednak ukrywany, a zabitych przedstawiano w przekazie publicznym jako „niewinne ofiary band”. Mechanizm ten pozwalał jednocześnie chronić sieć agenturalną przed kompromitacją oraz wzmacniać propagandowy obraz podziemia jako formacji wymierzonej w bezbronnych cywilów.

W przypadku Knurowa sprawa wydaje się jeszcze bardziej złożona. Zdaniem części historyków mamy tu do czynienia nie tylko z działaniami prowokacyjnymi aparatu bezpieczeństwa, lecz także z przypisywaniem oddziałowi „Ognia” czynów, których jego żołnierze nie popełnili. Analiza dostępnych źródeł sugeruje, że w niektórych przypadkach doszło do nałożenia się kilku mechanizmów: operacji dezinformacyjnych, wykorzystania lokalnych konfliktów oraz świadomego kształtowania przekazu medialnego w celu trwałego obciążenia wizerunku oddziału.

Incydenty z „pijanymi partyzantami” w Nowym Targu

Częstym motywem propagandowym było oskarżanie ludzi Józefa Kurasia „Ognia” o ekscesy po spożyciu alkoholu. Wydarzenia w Nowym Targu – takie jak awantury w lokalach, strzelanie w sufit czy zaczepianie kobiet – przedstawiano jako dowód demoralizacji oddziału. Na tej podstawie budowano obraz „Ognia” jako dowódcy bandy pijaków pozostających poza jakąkolwiek kontrolą. Tymczasem z relacji świadków oraz części zachowanych dokumentów wynika, że Kuraś przywiązywał dużą wagę do dyscypliny wewnętrznej. Za pijaństwo na służbie lub samowolne oddalenie się z oddziału groziły surowe kary – od chłosty po postawienie przed sądem polowym w przypadkach szczególnie rażących naruszeń regulaminu. Według ustaleń niektórych badaczy rzeczywistymi sprawcami części opisywanych „ekscesów” mieli być funkcjonariusze MO działający po cywilnemu, których zadaniem było skompromitowanie partyzantów w oczach mieszkańców miasta.

*          *          *

Takich kłamstw lub półprawd, które wykreowano w celu zdyskredytowania „Ognia”, jest bardzo dużo. Znakomite ich podsumowanie znajdujemy w wywiadzie, jakiego w roku 2013 udzielił syn majora Zbigniew Kuraś:

Pamiętam, jak – jako chłopiec – stałem wśród ludzi w wielkiej kolejce przy kiosku ruchu, by kupić gazetę. Nie pamiętam już teraz nawet jaką. W niej były odcinki książki Machejka 'Rano przyszedł huragan' [Władysław Machejek, sekretarz powiatowy PPR w Nowym Targu, brał udział w akcjach MO i KBW przeciw partyzantom Józefa Kurasia. W 1955 wydał powieść „Rano przeszedł huragan”, w której opublikował rzekomy pamiętnik Kurasia, do dziś cytowany jako autentyk – przyp. red.]. To nie była ładna książka, ale władzom bardzo odpowiadała, bo w niej obrzucano fałszem i zakłamaniem działalność 'Ognia'. No i tak ludzie to  kupowali, bo nie było innej wiedzy na ten temat. Kupowali, czytali i komentowali. Coś usłyszeli. A to, że kogoś napadł. A to się czasami ubowcy przebierali za partyzantów, a czasem ktoś inny się podszywał. Znam taki przypadek, kiedy siostrze zginął brat i przez trzydzieści lat miała pretensje do ogniowców. A dopiero po latach okazało się, że za śmiercią jej brata stali ubowcy. Innym razem znowu wyklinali, że nigdy 'Ogniowi' nie wybaczą, bo ogniowcy przyszli do ich domu zabrać świnie i na to wpadli ubowcy. W wyniku wymiany ognia zginął ojciec – jedyny żywiciel rodziny. Po latach okazało się, że to brat rodzony ściągnął tych ubowców do domu i taka była prawda. Ale jak to ludziom wytłumaczyć, gdy często powielają tyle kłamstw i niesprawdzonych historii.

*          *          *

I jeszcze jedna wypowiedź, której autorem jest dr Maciej Korkuć:

Gdyby budowany przez komunistów czarny obraz «Ognia» był prawdziwy, gdyby rzeczywiście wtedy był znienawidzony przez ogół ludności, UB nie bałoby się pochować go na Podhalu. Tymczasem w dokumentach jest mowa wprost: jego zwłok nie można tam pogrzebać bo grób stanie się miejscem kultu i będzie utrwalał legendę. Dlatego zwłoki od razu wywieziono do Krakowa, do siedziby WUBP i ślad po nich zaginął.

4. Zakończenie

Fałszerstwa komunistów w sprawie Józefa Kurasia „Ognia” pozostają do dziś jednym z najbardziej wymownych przykładów tego, jak aparat represji Polski Ludowej potrafił nie tylko fizycznie eliminować przeciwników, lecz także niszczyć ich pamięć. W jego przypadku propaganda, preparowane dokumenty, wymuszone zeznania i konsekwentnie powielane oskarżenia stworzyły obraz, który przez dekady funkcjonował w świadomości społecznej jako rzekoma prawda historyczna. To właśnie dlatego sprawa „Ognia” jest swoistym papierkiem lakmusowym – testem naszej zdolności do krytycznego spojrzenia na źródła wytworzone przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa i do oddzielenia faktów od celowej dezinformacji. Jak w zwierciadle odbija się w niej los wielu innych żołnierzy podziemia niepodległościowego, których po 1945 roku skazano najpierw na śmierć lub więzienie, a następnie na wieloletnie potępienie w oficjalnej narracji państwa. Mechanizmy zastosowane wobec „Ognia” – oczernianie, przypisywanie zbrodni bez rzetelnego dochodzenia, budowanie czarnej legendy – były elementem szerszej strategii, wymierzonej w całe środowisko tzw. Żołnierzy Wyklętych. Dopóki więc postacie te będą oceniane wyłącznie przez pryzmat materiałów wytworzonych przez Służbę Bezpieczeństwa i komunistyczną propagandę, dopóty historia pozostanie zakładnikiem tamtej epoki, a nie przestrzenią uczciwego, opartego na źródłach dialogu o przeszłości. Bez tego nie może z kolei być mowy o budowie tożsamości narodowej, zwłaszcza że w osobach Żołnierzy Wyklętych przez 70 lat potępiano tych, którzy w niepodległej Polsce winni być jej filarem. 

 

Mariusz Matuszewski

Kategoria: Historia, Mariusz Matuszewski, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *