Matuszewski: Iran 2026 – czyli o utopijnej strategii USA
I.
Izraelski i amerykański (z poduszczenia pierwszego z wymienionych) atak na Iran nie jest niespodzianką. Zaskoczenie rozwojem wydarzeń może wynikać z faktu, że rozmowy i negocjacje trwały bez przerwy, pytanie zatem: czy Amerykanie toczyli je z nadzieją na pozytywny rezultat, czy też traktowali je jako element gry na czas, pozwalającej wdrożyć niezbędne przygotowania do wojny. Prezydent Trump dość jasno oświadczył, że atak, do którego doszło w dniu wczorajszym, planowano od miesięcy.
Pierwszy dzień działań zakończono spektakularnym sukcesem sił koalicyjnych: zginął najwyższy przywódca Iranu, a także wielu czołowych wojskowych i członków władz. Iran odpowiedział zmasowanymi atakami na Izrael oraz amerykańskie bazy w regionie… Nic zaskakującego. Tym, co może sprawić pewną niespodziankę, dość przykrą dla USA, jest natomiast dalszy bieg wydarzeń.
II.
Wydaje się, że Amerykanie popełniają właśnie ten sam błąd, który doprowadził do katastrofy w Wietnamie, Afganistanie, a także w wielu innych konfliktach: nie mają mianowicie jasno zdefiniowanej strategii wyjścia z Iraku, a cały ich plan zasadza się na wykorzystaniu przewagi technologicznej i wywiadowczej. Cel wydaje się jasny: zmiana reżimu i kontrola nad gospodarką Iranu oraz ograniczenie jego potencjału militarnego w celu zapewnienia bezpieczeństwa Izraela. Fizyczna eliminacja przywódców kraju może prowadzić do wniosku, że drzwi do zmian stoją dziś otworem. Niestety – jest to wrażenie do głębi złudne, a wyjaśnienie dlaczego reżim ma szansę utrzymać się nawet w warunkach silnej presji zewnętrznej, przynosi analiza irańskich struktur władzy.
Wbrew propagandzie, której jesteśmy dziś poddawani za sprawą relacji i analiz wygłaszanych przez zachodnie massmedia, struktury te nie opierają się wyłącznie na aparacie represji, ale również na złożonym systemie interesów politycznych, wojskowych i ekonomicznych, które wiążą kluczowe grupy społeczne z utrzymaniem obecnego porządku.
Fundamentem systemu jest koncepcja velayat-e faqih, której strażnikiem jest Najwyższy Przywódca (do 28 lutego 2026 Ali Chamenei). Zakłada ona, że do ponownego pojawienia się „nieomylnego imama” (na jakiś czas przed Dniem Sądu) sprawami religijnymi i społecznymi świata muzułmańskiego powinni zarządzać prawi prawnicy szyiccy (Faqīh). Wokół tej instytucji zbudowano rozbudowaną sieć lojalności obejmującą elity religijne, sądownictwo, aparat bezpieczeństwa oraz media państwowe.
Kluczową rolę w utrzymaniu stabilności reżimu odgrywa Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), który nie jest jedynie formacją wojskową, lecz potężnym aktorem gospodarczym i politycznym. Strażnicy kontrolują znaczące segmenty irańskiej gospodarki – od sektora energetycznego i budownictwa po telekomunikację i przemysł zbrojeniowy – co oznacza, że utrzymanie systemu politycznego jest bezpośrednio powiązane z ich interesem ekonomicznym. Ewentualna zmiana władzy mogłaby zagrozić ich majątkom, wpływom i bezpieczeństwu osobistemu. IRGC dysponuje również własnymi siłami lądowymi, powietrznymi i morskimi oraz oddziałami ekspedycyjnymi (np. Al-Kuds), a także rozbudowanym aparatem wywiadowczym, co czyni go filarem systemu.
Istotnym elementem jest także formacja paramilitarna Basidż, złożona z setek tysięcy członków i sympatyków. Basidż pełni funkcję mobilizacyjną i kontrolną – uczestniczy w tłumieniu protestów, ale też stanowi narzędzie ideologicznej integracji młodszych pokoleń. Dla części niższych warstw społecznych przynależność do tej struktury oznacza dostęp do przywilejów, zatrudnienia, edukacji czy kredytów, co buduje zależność ekonomiczną od państwa.
Również regularna armia – Artesz – choć formalnie mniej uprzywilejowana niż IRGC, pozostaje instytucją państwową o silnej tradycji i strukturze hierarchicznej, której interesem jest stabilność i integralność terytorialna kraju.
Nie bez znaczenia są także czynniki społeczne i ideologiczne. Część konserwatywnej ludności – szczególnie na prowincji oraz w środowiskach religijnych – autentycznie popiera system jako gwaranta tożsamości islamskiej i niezależności wobec Zachodu. Inni mogą nie identyfikować się ideologicznie z reżimem, ale obawiają się chaosu, destabilizacji czy scenariusza podobnego do konfliktów w Iraku lub Syrii. W warunkach zagrożenia militarnego mechanizm „oblężonej twierdzy” wzmacnia legitymizację władz i osłabia dynamikę protestów. Co więcej, w sytuacji zagrożenia zewnętrznego społeczeństwo często konsoliduje się wokół władzy, nawet jeśli wcześniej było wobec niej krytyczne; mechanizm ten był widoczny m.in. podczas wojny iracko-irańskiej w latach 80.
Podsumowując, trwałość rządu w Iranie opiera się na trzech filarach: instytucjonalnej kontroli aparatu bezpieczeństwa, powiązaniach ekonomicznych elit z systemem oraz poważnym (choć niejednolitym) poparciu społecznym, wzmacnianym przez narrację o suwerenności i oporze wobec presji zewnętrznej. Nie bez znaczenia jest również czynnik religijny – na Zachodzie nie doceniany, a w krajach Bliskiego Wschodu odgrywający czasem rolę pierwszoplanową.
III.
Prezydent Trump stwierdził wczoraj, że ma środki i możliwości pozwalające mu rozważyć zajęcie Iranu – choć nie jest to opcja preferowana. Spójrzmy zatem na kraj i jego uwarunkowania geograficzne.
Iran jest wyjątkowo trudnym celem pełnoskalowego ataku przede wszystkim ze względu na swoją ogromną powierzchnię – około 1,6 mln km², co czyni go jednym z największych państw regionu Bliskiego Wschodu i zapewnia mu znaczną „głębię strategiczną”; kluczowe ośrodki, takie jak Teheran czy instalacje wojskowe i nuklearne, położone są setki kilometrów od potencjalnych granic operacyjnych, co oznacza wydłużone i podatne na ataki linie zaopatrzenia dla ewentualnego agresora. Dodatkowo Iran jest krajem w przeważającej mierze górzystym – potężne pasma Gór Zagros ciągną się przez około 1500 km wzdłuż zachodniej części kraju, a na północy rozciąga się łańcuch Gór Alborz z najwyższym szczytem Damawand (ok. 5610 m n.p.m.), co tworzy naturalne bariery ograniczające manewry wojsk pancernych i zmuszające do poruszania się wąskimi przełęczami, łatwymi do obrony. Centralną część kraju wypełniają rozległe pustynie, takie jak Dasht-e Kavir i Dasht-e Lut, gdzie ekstremalne temperatury, brak infrastruktury i niedobór wody znacząco utrudniają logistykę, eksploatację sprzętu i utrzymanie długotrwałych operacji lądowych. Połączenie gór, pustyń oraz ograniczonej sieci głównych szlaków komunikacyjnych sprawia, że Iran funkcjonuje jak naturalna forteca: nawet zdobycie części terytorium nie oznacza kontroli nad całym krajem, a każdy agresor musiałby liczyć się z długą, kosztowną i wyczerpującą kampanią w wyjątkowo wymagającym terenie.
IV.
Zmiana władz nie została jak dotąd zaplanowana (nie mówiąc o jej faktycznym dokonaniu), a wszystko wskazuje na to, że nie będzie to proces łatwy – o ile w ogóle możliwy z przyczyn, które wyjaśniłem powyżej.
Posunięcia militarne administracji Trumpa z ostatnich 12 miesięcy wskazują, że Ameryka stawia na efekt szoku w postaci szybkiego, mocnego uderzenia, które ma na celu zmiękczenie przeciwnika i doprowadzenie do pożądanego efektu przy stole rokowań. Tak postąpiono podczas pierwszego nalotu na irańskie instalacje jądrowe, to samo miało miejsce w Wenezueli, a groźby względem innych krajów, obliczone na osiągnięcie określonych przez Stany Zjednoczone określonych korzyści, słyszymy cały czas. To strategia kija i marchewki na sterydach.
Mam wrażenie, że tym razem myślano podobnie. Już pierwszego dnia wojny prezydent Trump wezwał naród irański do wzięcia spraw w swoje ręce (cokolwiek to znaczy), a Strażnikom Rewolucji proponował akt łaski licząc, że przerażeni śmiercią swoich przywódców funkcjonariusze szybko złożą broń i nie będą stawiać oporu. Jednym słowem po kilku dniach bombardowań wszystko powinno rozstrzygnąć się przy stole rokowań, podczas których Iran zgodzi się na wszystko.
Niestety, zapewne się nie zgodzi. W przypadku rozpoczętego właśnie konfliktu z Iranem amerykańska przewaga technologiczna, użyta w w skali krótkoterminowej, jest bardzo poważna, ale Iran – to również pułapka, w której nowoczesne lotnictwo nie jest w stanie przynieść ostatecznego zwycięstwa. Naloty są zresztą bardzo kosztowne, mogą przynieść skutek wyłącznie punktowy (zniszczenie instalacji, budynków, eliminacja osób), ale nie doprowadzą do opanowania miast, przejęcia kontroli nad gospodarką, administracją, etc. – tych zaś dotychczasowe władze Iranu nie oddadzą. Idźmy dalej: presja nalotów, jakkolwiek efektowna, wywołuje ofiary wśród ludności cywilnej; tylko w trakcie pierwszego dnia operacji zabito w ten sposób 148 osób – w tym nieletnich, w trakcie nalotu na szkołę w miejscowości Minab (sama szkoła jest zlokalizowana blisko bazy korpusu Strażników Rewolucji). Ofiary takich nalotów mogą nastawić przeciw USA więcej ludzi, aniżeli cała reżimowa propaganda.
V.
Sprawę dodatkowo komplikuje sytuacja w regionie. Jeżeli strategia Trumpa (a zatem szybkie zwycięstwo, osiągnięte za sprawą uderzenia z powietrza) nie przyniesie rezultatu (a raczej nie przyniesie), możemy spodziewać się destabilizacji i niemałych reperkusji ekonomicznych i politycznych, które pośrednio dotkną zarówno USA, jak też cały świat zachodni.
Po pierwsze: już pierwszy dzień operacji wywołał reakcję łańcuchową – m. in. zamknięcie cieśniny Ormuz. Wynikający z tego paraliż handlu morskiego uderzy najmocniej w gospodarki azjatyckie i europejskie, a także spowoduje skok cen ropy.
W kontekście geopolitycznym, USA, dążąc do zapewnienia bezpieczeństwa jednemu sojusznikowi, ryzykują pogłębienie istniejących już podziałów. W dłuższej perspektywie może to doprowadzić do zacieśnienia niekorzystnych dla Zachodu sojuszy obronnych i finansowych, które ostatecznie (w dłuższej perspektywie) jeszcze bardziej osłabią dolara jako walutę rozliczeniową w handlu energią, co dla potęgi USA byłoby ciosem bardziej bolesnym niż jakakolwiek porażka militarna.
Iran od razu zaatakował bazy amerykańskie w całym regionie (Kuwejt, ZEA, Bahrajn), ale nie tylko – ucierpiała wszak infrastruktura cywilna w obrębie państw sprzymierzonych z Ameryką. Jeżeli konflikt będzie trwał dłużej, USA mogą zostać zmuszone do bardzo kosztownego zwiększania kontyngentu lądowego i lotniczego, aby chronić zarówno swoje placówki, jak i sojuszników.
Idźmy dalej: Iran od lat stosuje strategię „obrony wysuniętej”. Oznacza to, że jeśli reżim poczuje zagrożenie egzystencjalne, może wydać rozkaz przeprowadzenia ataków wszystkim kontrolowanym przez siebie ugrupowaniom. Nie jest tajemnicą, że Izrael ma wrogów w praktycznie każdym państwie z nim sąsiadującym, a także dalej. Rezultatem nie będzie jedna wojna, ale seria wybuchających jednocześnie konfliktów od Morza Śródziemnego po Zatokę Perską. Atak na Teheran automatycznie aktywuje „Oś Oporu”. Irak, Liban i Syria mogą stać się polami bitew zastępczych, co doprowadzi do kolejnego kryzysu humanitarnego i migracyjnego.
Potencjalna destabilizacja Iranu to nie tylko upadek rządu, ale przede wszystkim rozproszenie dziesiątek tysięcy przeszkolonych bojowników IRGC i jednostek Al-Kuds. Pozbawieni centralnego dowodzenia, ale wyposażeni w broń i fanatyczną ideologię, mogą oni przekształcić się w tysiące autonomicznych komórek terrorystycznych. Zamiast jednej armii, z którą można pertraktować, USA stanie w obliczu niewidzialnego przeciwnika uderzającego w cele miękkie: od placówek dyplomatycznych po tankowce i turystów na całym świecie. To błąd znany z Iraku (2003): rozwiązanie struktur bezpieczeństwa bez planu na ich zagospodarowanie stworzyło fundamenty pod powstanie ISIS. Tutaj skala zjawiska może być znacznie większa.
V.
Rozważania tego typu można mnożyć.
Rozważania tego typu można mnożyć. Rekapitulując stwierdzimy tylko, że to, co ma wyglądać na mocne, chirurgiczne cięcie, mające przynieść szybką kapitulację reżimu Ajatollahów, nosi wszelkie znamiona tragicznej w skutkach pomyłki strategicznej. Mam nadzieję, że się mylę, ale władze Iranu działają sprawnie i wydaje się, że nikt w tym kraju nie rozważa poddania się Amerykanom i Izraelowi, co z kolei wieszczy długotrwały konflikt, niezmiernie kosztowny zarówno dla koalicjantów, jak i dla całego regionu. Bombardowania nie wystarczą, to pewne, z kolei warunki geograficzne Iranu oraz potencjał bojowy sił rządowych wykluczają szybkie zwycięstwo na lądzie.
Amerykańska administracja zdaje się ignorować lekcję, jaką była dekonsolidacja Iraku po 2003 roku, bieg wypadków w Afganistanie, czy (patrząc dalej w przeszłość) upadek Sajgonu. Zniszczenie szczytów hierarchii państwowej w Teheranie nie oznacza unicestwienia ideologii ani rozbicia struktur gospodarczo-militarnych, takich jak Korpus Strażników Rewolucji, które w obliczu zagrożenia egzystencjalnego przejdą do bezwzględnej wojny asymetrycznej. Jeśli Biały Dom liczył na to, że naród irański powita najeźdźców kwiatami, to krwawe żniwo pierwszego dnia nalotów, w tym tragedia w Minab, brutalnie te nadzieje zweryfikowało.
Zamiast demokratycznego przełomu, świat może otrzymać Wietnam 2.0 – konflikt toczony w niezdobytym terenie, z przeciwnikiem, który nie ma dokąd uciec i który dysponuje siecią lojalnych sojuszników od Bejrutu po Sanę. W tej grze o sumie zerowej, gdzie stawką jest bezpieczeństwo energetyczne globu i stabilność całego Bliskiego Wschodu, Ameryka ryzykuje ugrzęźnięcie w bagnie, którego głębokości nikt w Waszyngtonie dotąd nie zmierzył. Dzisiejszy "sukces" w postaci eliminacji kluczowych przywódców może natomiast być jedynie prologiem do trwającej wiele lat agonii zachodnich wpływów w tym regionie świata, z której skorzystają Chiny i Rosja.
Mariusz Matuszewski
Kategoria: Mariusz Matuszewski, Polityka, Publicystyka




