Kilijanek: Sens walki Żołnierzy Wyklętych
Niechaj na mundurach waszych
zalśnią dumnie krople krwi,
jak ordery, jak puklerze…
„W całej Polsce tylko my!”…
Lusia Ogińska „W całej Polsce, tylko my…”[1]
Lata 1944-63 to okres tragiczny w historii Polski. Właściwie, w przypadku naszego kraju cały dwudziesty wiek można tak oznaczyć – jako tragiczny. Jednak te konkretne dziewiętnaście lat przedstawia się w patriotycznie zorientowanej historiografii jako czas trwania powstania antykomunistycznego. Jest to okres walki żołnierzy wyklętych z reżimem komunistycznym na terenie Polski, jaką ją uczyniono po II wojnie światowej. W 1945 roku powstawała nowa Polska. Stara zaś dogorywała w lasach, melinach, ubeckich katowniach i więzieniach.
Jaki sens miała walka kilkudziesięciu tysięcy lekko uzbrojonych partyzantów z całym państwem, wspieranym dodatkowo z zewnątrz przez NKWD? Czy nie lepiej było złożyć broń i budować najlepszą Polskę, jaką ona mogła być pod władzą komunistów? Czy warto było poświęcać te młode żywoty w beznadziejnej walce, której nie można było wygrać? A może polska, ułańska fantazja nie licząc się z konsekwencjami, znów popchnęła Polaków do straceńczej walki za przegraną sprawę? A może i sama sprawa była kwestią błędu, wyrachowania lub amoku z powodu osobistych uraz czy bodajże nawet wpływu tragicznych, wojennych wydarzeń na psychikę ludzką?
Wszystkie te pytania krążą w opinii publicznej od dziesięcioleci i o ile do niedawna zadawane były po cichu, to teraz trafiły na afisze i do bestselerowych książek. Odpowiedzi są rozmaite, zwykle mocno spłaszczone, uproszczone, pozbawione zgłębienia wielkiej ilości różnych okoliczności, które mają decydujący wpływ na ich poprawność. Stan taki nie może prowadzić, rzecz jasna, do niczego poza nieporozumieniami.
„Jaka baszta oprze się tak wielkiej liczbie napastników (…)?”[2]
Po wojennych zniszczeniach Polska nie była już tym samym krajem. Bez elit, zniszczona, upodlona, podbita, przejęta przez obcą i wrogą władzę, która i te polskie zgliszcza chciała zemleć i rozpuścić w czerwonym morzu. Polski miało nie być. Polacy mieli się stać nowymi ludźmi – ludźmi sowieckimi. Bez historii, bez tradycji, bez Boga. Dopilnować miała tego największa armia świata z setkami tysięcy usłużnych Polaków-podwykonawców. Nadchodził nowy porządek.
Tej potędze oparli się żołnierze walczący w czasie poprzedniej okupacji – niemieckiej – w rozmaitych organizacjach wojskowych. Widząc w komunizmie nie mniejsze zło niż widzieli oni w nazizmie i licząc na interwencję z zewnątrz, kontynuowali walkę z kolejnym okupantem, tym razem radzickim. Nie uznali oni nowych władz nowego państwa.
Czy rozumieli, że ich walka nie może być wygrana? Widać prawda ta przenikała z czasem do wielu z nich, którzy zmęczeni życiem partyzanta woleliby wrócić do swoich rodzin, założyć własne, kształcić się, pracować i żyć normalnie. Wielu z nich miało dość wieloletniej walki i zaufało komunistom, lub przynajmniej zdecydowało się zaryzykować, i ujawniło się na hasło „amnestii”. Zapłacili oni za to ogromną cenę. Czy większą niż by im przyszło zapłacić w lesie? Nikt tego nie wie i już się nie dowie. I tak należałoby odpowiedzieć na więcej pytań o sens walki wyklętych.
Żołnierze podziemia antykomunistycznego, przynajmniej niektórzy z nich, liczyli na interwencję państw zachodnich. Niektórzy wyglądali trzeciej wojny światowej, w której Związek Radziecki miałby upaść, a wolna Polska powstać. Ci, którzy w to wierzyli, popełniali wielki błąd. Jedni z niewiedzy, inni może starając się rozumować logicznie. Przecież jeśli zachodnie państwa demokratyczne miały sprzeczne interesy z agresywną komuną ze wschodu, to musiało dojść do starcia. Polska walczyła po stronie aliantów, więc jak mogliby oni zostawić 25 milionów Polaków na pastwę komunistów? My dziś wiemy, że to oni właśnie nas sprzedali i że trzecia wojna światowa, tym razem między zachodem i wschodem, była mrzonką. W całej Polsce i wobec potęgi sowieckiego kolosa zostali sami.
Cóż było robić?
A gdyby wyklęci wiedzieli, że ich walka nie zakończy się zwycięstwem i że żadna pomoc z zachodu nie nadejdzie, a wojna nie wybuchnie; gdyby rozumieli, że w Polsce już nie ma kto powstać i walczyć z komuną, że ludzie chcą spokoju za wszelką cenę, także za cenę wolności, wiary i kilkuset tysięcy więźniów politycznych, cóż by to zmieniło? Gdyby to wszystko wiedział każdy z nich, to co mieli robić, mając za sobą służbę w AK, NSZ czy jakimkolwiek innym zgrupowaniu wojskowym i wiedząc, co z takimi ludźmi robi komuna? Niektórzy dziś odpowiadają: ujawnić się, złożyć broń, wrócić do domu i żyć, jak inni żyli za komuny. Czy ci, którzy podają to dziecinnie proste rozwiązanie, nie wiedzą, co się stało z tymi, którzy się ujawnili? Tak, część z nich przeżyła więzienie, tortury – jedni mniejsze, drudzy większe. Ale kto z nas i kto z tych dostarczających prostych i genialnych rozwiązań zaryzykowałby ujawnienie się, licząc, że tylko go trochę skopie jakiś przygłupi ubek, że odleży miesiąc w celi i wypuszczą go do domu? A dlaczego ujawniony nie miałby podzielić losu zatłuczonych kijami, z odbitymi organami wewnętrznymi, połamanymi kośćmi, zdartymi paznokciami, poprzypalanych, ze zgniecionymi jądrami, wybitymi zębami, oczami, podwieszanych, topionych, mrożonych, szczutych psami, głodzonych, patrzących na mękę bliskich…? Wobec postawy komunistów żołnierze podziemia nie mieli właściwie wyjścia. Woleli ginąć w walce niż od tortur. Też bym to wolał. Byłaby to czysta kalkulacja, nie bohaterstwo.
Czy problemem nie było to, że nie ujawnili się wszyscy? Przecież wtedy zniknąłby problem tortur i wymuszania zeznań, wydawania współpracowników – wszyscy byliby do dyspozycji państwa. No przecież UB i NKWD nie zabiłoby wszystkich! (Ciekawe, czy w Katyniu też panowało takie przekonanie). Tak komentują różni ludzie, ale nie wiem, czy gdyby chodziło o ich życie, równie łatwo zaryzykowaliby grę w takiej loterii. Potworność komuny wymyka się zdrowemu rozsądkowi, ponieważ nie jest ludzką taka fundamentalna nienawiść do bytu, dążenie do unicestwienia. To szatańskie. Nikt, używając zdrowego rozsądku, nie wyobraża sobie rozkazu zamordowania milionów ludzi. Skala zbrodni, do jakiej posunęli się komuniści, przekraczała i przekracza ludzką wyobraźnię i powoduje, że nie potrafimy wyciągnąć odpowiednich wniosków nawet z już przeszłych i wiadomych wydarzeń. Łatwo ferować wyroki i dawać rozwiązania z perspektywy miękkiej kanapy, będąc uzbrojonym w wiedzę, co było potem.
Czy robili źle, czy dobrze?
Moralna ocena walki wyklętych nie jest możliwa bez bardzo zniuansowanego podejścia do ich postępowania. W przypadku każdego żołnierza mamy do czynienia z całym szeregiem czynników, wpływających na decyzje, które podejmował. Dlaczego jedni walczyli, inni się ujawniali, jeszcze inni, nieliczni, szli na współpracę z UB? Nie da się ocenić walki wyklętych en bloc. Ich obecność w szeregach partyzantów była dobrowolna, a nie zdeterminowana rozkazem dowódców Wojska Polskiego. Ta dobrowolność z czasem przechodziła w bardzo ograniczony wybór miedzy śmiercią w lesie, śmiercią w katowni, a zdradą. Ważne jest by podkreślić, jak niewielu z nich wybrało zdradę.
Wyklęci, jako część Wojska Polskiego kontynuowali walkę z okupantem sowieckim. Jednak walka ich była skazana na porażkę. Ich opór powodował represje skierowane wobec osób podejrzanych o współpracę z podziemiem. Czy była to cena, którą warto było płacić za miraż wygnania z kraju największej armii świata? A co, jeśli w przypadku wielu z wyklętych nie chodziło już ostatecznie o pokonanie komuny, ale tylko o ucieczkę przed torturami? Czy te tortury wiązały się tylko (sic!) z bólem fizycznym i śmiercią? Śmierci ci ludzie z lasu się nie bali – czy ktoś ma wątpliwości? Z torturami szła zdrada kolegów, wymuszona cierpieniem nie do zniesienia. Zdrada, której nikt nie ma prawa oceniać, póki nie sprawdzi, jak to jest, kiedy mu się zerwie paznokcie i połamie żebra.
Ostatecznie podziemie antykomunistyczne zostało zniszczone, ale pamięć o nim przetrwała. Stawiani są teraz za przykład poświęcenia za ojczyznę i to staje się ich rzeczywistym zwycięstwem. Ludzkie życie nigdy nie jest jednoznaczne, szczególnie, kiedy ocenia je ktoś patrzący z boku i nie mogący czytać w sumieniu ocenianego. Sednem walki wyklętych jest to, że ją podjęli, zamiast prześcigać się w zdradzie. I to, pomimo reszty pobudek z pewnością różniących się u każdego z tych ludzi, pozwala nam stawiać ich za wzór innym.
Czy byli bohaterami?
Z jednej strony słychać „cześć i chwała bohaterom”, a z drugiej „żołnierze słusznie wyklęci”[3]. Ci, którzy byli lepiej politycznie uświadomieni i przyjmowali w sumieniu misję walki z bezbożnym reżimem czy obowiązującą ich przysięgę wojskową, mogą zasługiwać na miano bohaterów, którzy walczyli do końca. Ale nie tylko tacy znajdowali się w tych szeregach. Ci, którzy ujawnili się, chcieli żyć tak, jak się dało żyć w komunistycznej Polsce. Widzieli taką możliwość i chcieli z niej skorzystać. Czy oni mieliby być pozbawieni miana bohatera, w przeciwieństwie do tych, którzy zostali w lesie nie dla jakiejkolwiek misji, ale ze strachu przed torturami i więzieniem? Traktowanie tak złożonych spraw emocjonalnymi sloganami musi się zemścić, rodząc fałsz. Nie pozwólmy na to, stojąc mocno na gruncie prawdy. Ujawniający się mieli prawo to uczynić. Mieli prawo wrócić do domu po latach walki i, o ile postępowali z godnością żołnierza Wojska Polskiego, byli bohaterami. A swoje bohaterstwo przypieczętowali męczeństwem. Przecież nie musieli cierpieć. Mogli po prostu współpracować.
Nie mniejszymi bohaterami byli ci, którzy zostali w lesie. Nie musieli ufać komunistom – czas pokazał, że mieli rację. Być może niektórzy uważali, że do kontynuowania walki zobowiązuje ich przysięga wojskowa. Czy można przecenić postawę, która każe wypełniać złożoną przysięgę aż do oddania życia? Dziś taka postawa nie tyle nie jest stosowana, co nie jest nawet dla ludzi naszych czasów zrozumiała. Jak mamy wobec tego rozumieć postawę wyklętych?
Bilans
Podziemie antykomunistyczne przegrało bitwę z sowietami i usłużnymi im Polakami, ale wygrało wojnę o pamięć i miejsce w historii. To nie mało. Choć nie wolno się godzić na przeinaczanie historii, słodzenie dziejów żołnierzy wyklętych aż do mdłości i przypisywania wszystkim bez wyjątku postaw, które z pewnością przyjmowali tylko najlepsi z nich, to nie wolno tym bardziej deprecjonować ich znaczenia dla historii Polski. To byli ludzie, którzy zamiast zdrady wybrali śmierć i dla których przysięga znaczyła więcej niż życie. To ludzie, którzy, jeśli pękali, to pod ciosami żelaznych prętów, łamiących im kości, a nie pod wpływem groźby odłączenia Internetu. To zarazem ludzie z krwi i kości, zaszczuci i obarczeni cierpieniami i widmem pozostawania na drodze bez odwrotu, a nie spiżowe posągi bez rys na wizerunku. To przedstawiciele pokolenia, od którego powinniśmy się uczyć odwagi i fantazji i marzyć, abyśmy nie tyle im dorównali, bo w to nie wierzę, ale chociaż, abyśmy ich poznali i zrozumieli. I pamiętajmy, że z ich walki wyciągniemy odpowiednie wnioski tylko wtedy, gdy będziemy je oglądać w świetle realizmu i moralności. Inaczej, pogrzebiemy ich po raz wtóry.
Karol Kilijanek
[1] Lusia Ogińska, Księgi Roztoczańskich Krasnali. Księga czwarta. Wojenna sprawa krasnala Łezki, Warszawa 2017, s. 74.
[2] Pełen cytat brzmi „Jaka baszta oprze się tak wielkiej liczbie napastników i tak zuchwałej nienawiści?” Cytat za J. R. R. Tolkien, Władca Pierścieni. Dwie wieże. Wyd. Muza. Warszawa 2022, s. 148.
[3] Określenie stosowane przez polityk partii wywodzących się z PZPR, prof. Joannę Senyszyn. Wspomniano o tym między innymi tutaj: https://histmag.org/Zolnierze-Niezlomni-stancie-do-apelu-9129. Dostęp 02.03.2026.
Kategoria: Historia, Publicystyka




