+Dr Artur Górski: Kryzys władzy – kryzys społecznego zaufania
Zwrócono się do mnie, abym powiedział kilka słów na temat: „Kryzys władzy – kryzys zaufania”. W temacie zawarta jest prawdziwa teza, że kryzys zaufania obywateli do władzy jest spowodowany przede wszystkim kryzysem samej władzy. Trzeba jednak najpierw odpowiedzieć na jedno pytanie, aby lepiej zrozumieć tę kwestię. A mianowicie: „Na czym polega kryzys władzy i jak się on objawia?”. Ów „kryzys zaufania”, czyli „brak zaufania” obywateli do władzy jest przede wszystkim konsekwencją działania władzy, ale też wynika z obrazu elit politycznych, który jest wytwarzany i upowszechniany przez media. To media powodują, że kryzys władzy staje się faktem społecznym. Są zatem jeszcze inne istotne pytania, na które należałoby poszukać odpowiedzi: „Czy władza ten fakt społeczny dostrzega i podejmuje działania, by odbudować zaufanie społeczne i czy jest to w ogóle możliwe w systemie demokracji medialnej?”.
Dla tych rozważań jest jedno kluczowe pojęcie, a mianowicie „autorytet”, czy raczej konkretnie „autorytet władzy” i jego zanik w społeczeństwie. Jak pisał Jakub Burckhard, „autorytet to misterium. Jego powstanie otacza tajemnica, ale jego rozpad jest czymś namacalnym”. Widzimy ten rozpad. Widzimy, że nie dostrzegamy autorytetów. Dziś żyjemy w świecie ruin, gdzie upadają ostatnie autorytety, zarówno przez swoją słabość, jak też podmywane przez współczesne, wrogie wszelkim autorytetom i hierarchiom, prądy filozoficzno-polityczne. Co gorsza, ta niszczycielska siła jest już bardzo mocno zakorzeniona w samych elitach władzy. Autorytet władzy rozpada się nie tylko z powodu uwarunkowań ustrojowych i sytemu politycznego, ale także przez działanie samej władzy, która nie tylko nie dba o swój autorytet w społeczeństwie, ale wręcz sama go niszczy przez świadome działania autodestrukcyjne.
Czym jest autorytet?
Zanim przejdziemy do istoty rzeczy, musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: „Co to jest „autorytet?”, czy raczej: „Czym jest autorytet władzy?”.
W odniesieniu do władzy mamy poniekąd dwa rodzaje autorytetu. Jednym jest „autorytet instytucji”, przez niektórych nazywany „autorytetem obowiązku”. Można w największym skrócie powiedzieć, że w samą naturę władzy, w jej instytucje, jest wpisany autorytet. Wynika on z „powinności władzy”, czy raczej z wyobrażenia obywateli o roli władzy i jej pozycji w społeczeństwie i państwie. Przy czym w tym przypadku władzę utożsamia się często z państwem. Władza jest tą tajemną siłą, która ma strzec i bronić społeczeństwa, a także je wspierać w chwilach trudnych. Władza jest wyniesiona ponad społeczeństwo. Jest „tajemnicą”, ale jest przede wszystkim siłą, którą służy obywatelom, a nie siłą, która ich zniewala i miażdży.
Bowiem instytucjonalny autorytet władzy jest ściśle związany z „powagą moralną”. Ta „powaga moralna” wynika ze źródła władzy. Za każdym razem tym źródłem, a zatem źródłem autorytetu władzy jest Bóg i przeświadczenie, że każda władza od Boga pochodzi. Jeśli uznamy, że Bóg obdarza kogoś funkcją rządzącego i to niezależnie, czy w drodze dziedziczenia, czy w wyniku wyborów powszechnych – w każdym razie legalnie w świetle obowiązującego prawa i ugruntowanej tradycji, to jednocześnie nadaje mu „powagę moralną”. Ta „powaga moralna” odnosi się do instytucji władzy i buduje jej autorytet. Często jest tak, że w oczach społeczeństwa autorytet władzy jako instytucji władczych, choćby autorytet instytucji głowy państwa – króla czy prezydenta – jest znacznie większy, niż osób piastujących te funkcje. Oznacza to, że jeśli autorytet władzy, która ze swej natury ma służyć dobru wspólnemu obywateli, nie został skorodowany i podmyty, to powinien on wzmacniać autorytet indywidualny osób na tych funkcjach.
Dochodzimy tu do drugiego znaczenia autorytetu władzy, do autorytetu bardzo spersonifikowanego, odnoszącego się do konkretnych osób władzę piastujących. Osoby, które obejmują funkcje władcze, otrzymują zazwyczaj na początku duże zaufanie społeczne, wynikające z szacunku dla władzy jako instytucji. I z czasem, albo stracą ten kapitał autorytetu, albo go wzmocnią przez zdobycie powszechnego uznania za obiektywne cechy, które uwidocznią się w tej osobie w sposób nieprzeciętny, za styl sprawowania funkcji władczej, ale przede wszystkim ze względu na owoce rządzenia. Jak to się mówi: „po owocach go poznacie”. A najbardziej widocznymi owocami rządów jest ład moralny i gospodarczy istniejący w państwie. Władza powinna z całą stanowczością i uczciwie, a zatem stojąc w prawdzie przed poddanymi, zwanymi dziś wyborcami zabiegać o ład moralny i ład gospodarczy w państwie, uwzględniający dobro wspólne.
Pamiętajmy bowiem, że autorytet jest zjawiskiem społecznym, a także, że nie można komuś narzucić autorytetu. Można komuś narzucić władzę, ale nie można nikogo zmusić do szanowania władzy. Na autorytet trzeba zasłużyć, ale nie w procesie autokreacji. Jak pisze Władysław Stróżyński: „Nie ma nic bardziej żenującego niż próby autokreacji autorytetu. (…) Autorytet buduje się nie wprost, lecz jako rezultat całego szeregu czynników, których spełnianie ma niewiele wspólnego z jego ideą. Ta realizuje się na końcu drogi, najczęściej nieoczekiwanie dla tego, kto staje się jej wybrańcem”.
Zatem jeśli osoba piastująca funkcję władczą dzięki swym decyzjom, działaniom i słowom zdobędzie uznanie poddanych, lub – jak w przypadku posła czy senatora – współobywateli, staje się dla nich autorytetem. Jeśli szanowana jest instytucja władzy i człowiek, który tę instytucję wypełnia władczą posługą, opartą na mądrości i sprawiedliwości, możemy mówić o prawdziwym autorytecie władzy. I za takim właśnie autorytetem – instytucjonalnym i osobowym – tęskni dziś obywatel, który coraz częściej nie ma żadnego odniesienia i posiada coraz mniej szacunku dla władzy, dla każdej kolejnej władzy, która następuje po kolejnych wyborach.
Kryzys władzy
Na czym polega dzisiejszy kryzys władzy? A zatem kiedy władza traci autorytet?
Cytowany już Stróżyński pisze, że „autorytet traci się wtedy, gdy się go pragnie ocalić za cenę kłamstwa. Widać tu wyraźnie, jak ważną rzeczą jest powiązanie znawstwa z wartościami osobowymi, zwłaszcza zaś moralnymi”. Kryzys władzy mamy poprzez kłamstwa władzy, a dopiero w drugiej części poprzez jej nieudolność. Bo nieudolność, brak koncepcji i kompetencji, skazuje władzę na błądzenie, a kłamstwo jest zbrodnią na duszy społeczeństwa.
Kwestia kłamstwa i to często wyrafinowanego kłamstwa jest wciąż obecna w polskim życiu publicznym, co widzimy obserwując „dialog”, jaki przez media ten rząd prowadzi ze społeczeństwem. Pamiętajmy jednak, że kryzys władzy i upadek elit politycznych zaczyna się już podczas kampanii wyborczej. Problem polega na tym, że przyzwolenie na kłamstwo wyborcze jest wpisane w system wyborczy i w samą Konstytucję RP. Przecież kampania wyborcza polega na uwodzeniu przez partie wyborców, aby złapać ich niczym muchy na lep obietnic. Nie mówi się im prawdy, tylko robi się badania elektoratu, i mówi się to, co wyborcy chcą usłyszeć. A zatem chodzi nie o pokazanie prawdy, tylko o wytworzenie wrażenia, że pokazuje się prawdę, a w rzeczywistości przekaz buduje się na kłamstwie, na manipulacji. Bowiem chodzi o to, by w obietnicach przedwyborczych przelicytować konkurencję. Prawdą jest, co przed wojną powiedział Julian Babiński, że „każde wybory są kubłem pomyj wylanym na duszę społeczeństwu”. A przecież dzisiaj, biorąc pod uwagę technikę audio-wizualną, jaką dysponują partie, to nie są kubły, to są całe rzeki pomyj wylewanych na duszę społeczeństwa w każdych kolejnych wyborach i pomiędzy nimi, bo kampania wyborcza zaczyna się dzień po wyborach.
Jeśli chodzi o konstytucję, to zwróćmy uwagę, że poseł, choć jest przedstawicielem całego suwerena, jest wybierany w konkretnym okręgu przez zamieszkujących go wyborców. Niby oczywistość. Ma ona jednak olbrzymie konsekwencje, gdyż poseł wybrany przez konkretnych wyborców, nie może być przez nich w każdej chwili odwołany, bowiem reprezentuje cały naród. I jeszcze jedno, w związku z tym w trakcie kampanii wyborczej może bezkarnie okłamywać swoich wyborców. Może im różnych rzeczy naobiecywać, a później zgodnie z prawem ich nie wypełniać, bo przecież nie reprezentuje konkretnych wyborców, lecz wszystkich obywateli. A przecież zasada dobra partykularnego nie musi być sprzeczna z zasadą dobra wspólnego. Tak, ale pod warunkiem, że mówiło się prawdę, czyli nie obiecywało się w kampanii wyborczej przysłowiowych „gruszek na wierzbie”. Jeśli wyborcy zorientują się, że zostali oszukani, to tracą zaufanie nie tylko do konkretnego polityka, czy partii, którą on reprezentuje, ale do całej klasy politycznej.
Jest jeszcze inny problem, gdy mówimy już o samej władzy. Polega on na tym, że współczesna władza nie tylko dba o swój autorytet, ale nawet sama się nie szanuje, przez co jeszcze go obniża. Władza nie dąży do odbudowania swojego autorytetu w oczach społeczeństwa, nie zależy jej na tym, by mieć powszechny szacunek, a jedynie stara się przez propagandę, w procesie fałszywej autokreacji, a zatem znów przez kłamstwo, czyli tylko przez wytworzenie dobrego wrażenia w danej chwili, uzyskać sondażową akceptację społeczeństwa wyższą niż konkurenci do władzy. Cała polityka władzy jest nastawiona na słupki sondażowe. Swoją pozycję władza buduje nie przez podnoszenie swojego poziomu moralnego i kompetencji, tylko przez pokazywanie, jak niski poziom reprezentuje konkurencja, czyli opozycja. Chodzi o to, żeby wytworzyć wrażenie w społeczeństwie, że choć ta władza jest mierna (skoro nie da się udowodnić, że jest świetna), to nie ma dla niej alternatywy, bo ewentualna kolejna władza będzie jeszcze gorsza. Chodzi o to, by ludzie w głosowaniu wybierali nie to co jest naprawdę dobre, tylko mniejsze zło. Ten sam mechanizm zastosowano przy tzw. aferze hazardowej. Skoro PO jest w nią uwikłane, to stara się wytworzyć wrażenie, że uwikłane są w te aferę praktycznie wszyscy.
Oczywiście otwarte pozostaje pytanie, czy opozycja, która jest integralną częścią tego systemu i działa na takich samych zasadach, jest w stanie wytworzyć rzeczywistą alternatywę i czy jej prawdziwy obraz, ten lepszy od liberalno-lewicowej konkurencji, faktycznie dotrze do społeczeństwa? A później, gdy obecna, centro-prawicowa opozycja przejmie rządy, czy będzie w stanie odbudować nie tylko obraz władzy, ale nadać jej taką treść, aby uzyskać trwałe uznanie społeczne.
Brak szacunku dla Sejmu i posłów jest przysłowiowy i powszechny. Jest to jedna z najmniej szanowanych profesji i już się do tego przyzwyczailiśmy, bo przecież praktycznie każdy może zostać wybrany posłem. Przypadkowość przy wyborach 460 posłów jest naprawdę duża, choć liderzy partyjni starają się ją ograniczyć przez umiejętne układanie list wyborczych. Gorzej, że od czasu przywrócenia w Polsce instytucji Prezydenta RP wciąż podkopuje się autorytet głowy państwa.
Można ten proces zaobserwować choćby podczas tej kadencji. Erozja głowy państwa, prowadzona z zewnątrz tej instytucji, zaczęła się z chwilą ostatnich wyborów przegranych przez Donalda Tuska. Od tamtej chwili cała polityka Platformy Obywatelskiej polega na ośmieszaniu osoby prezydenta i deprecjonowaniu jego roli w państwie. Pamiętamy słowa wicemarszałka Sejmu Stefana Niesiołowskiego, który po nieudanym zamachu w Gruzji na konwój naszego prezydenta powiedział: „jaka wizyta, taki zamach”. Albo inne jego słowa p Prezydencie Polski: „Lech Kaczyński potrzebuje kuracji, która doprowadzi jego system nerwowy do porządku. Pytanie, czy to chwilowa zapaść, nerwica czy trwałe uszkodzenie, które wcześniej czy później skończy na komisji lekarskiej”. Czy tak się mówi o Prezydencie RP, o swoim prezydencie?
Ale to nie wszystko, od walki z osobą PO przeszło do walki z instytucją głowy państwa. Jak wyglądały ostatnie propozycje Donalda Tuska dotyczące zmiany Konstytucji RP w obszarze głowy państwa? Otóż zaproponował on, by pozbawić prezydenta jedynej realnej prerogatywy, jaką jest prawo weta. Pamiętajmy, że mamy marne prawodawstwo sejmowe i weto jest niekiedy ostatnią deską ratunku, aby zła ustawa, przynoszące zbyt duże koszty finansowe lub społeczne, miała szansę trafić do kosza. A przecież złe prawo, które wychodzi z parlamentu, nie świadczy o nim dobrze i także przyczynia się do obniżenia szacunku dla władzy ustawodawczej.
I wreszcie rola mediów. Ta rola jest fatalna, jeśli chodzi o podkopywanie autorytetu władzy. Po pierwsze, media stają się narzędziem w rękach polityków i chętnie dają się wykorzystywać do walki nie tylko z partiami, wobec których są niechętne, ale także z instytucjami władzy. Bowiem nie rozróżniają, nie oddzielają polityka od funkcji, którą piastuje, bo też do końca nie da się tego oddzielić. Po drugie, media tabloidalne, tzw. brukowce, jak „Super Expres” i „Fakt” prześcigają się szczególnie w atakach na polski Sejm, pokazując prawdziwe, ale i fałszywe obrazki z pracy posłów. Czasem posłowie zachowują się skandalicznie, ale te skandale są wykorzystywane do ataku na posłów in gremio. Po trzecie, normalne zjawiska demokracji i systemu partyjnego, jak choćby ciągłe spory polityczne i walka opozycji z rządem, są fałszywie pokazywane jako patologie polskiego systemu politycznego. Zatem zamiast uczyć ludzi szacunku dla władzy i wyjaśniać im mechanizmy rządzenia, zamiast być merytorycznym kontrolerem poczynań władzy, media często same nakręcają, a czasem nawet prowokują polityczną hucpę, którą się żywią i którą karmią zdezorientowanego obywatela.
Kryzys zaufania
Wszystko to sprawia, że spada zaufanie obywateli do instytucji władzy, do partii politycznych i do konkretnych polityków. Bowiem alienacja władzy od społeczeństwa, traktowanie przez władzę społeczeństwa instrumentalnie, prowadzi do tego, że również społeczeństwo odwraca się od władzy. Jeśli władza sama siebie nie szanuje, to tym bardziej obywatele przestają szanować władzę, i przestają się z władzą utożsamiać. Kryzys zaufania nie tylko oddala społeczeństwo od władzy, ale od wszelkiej polityki.
Skutkuje to tym, że coraz więcej osób dochodzi do wniosku, że jest zawiedziona polityką, wszystkimi partiami i władzą, i nie ma kogo popierać, na kogo głosować, bo to wszystko „jedna wielka banda”. Ludzie oburzeni na politykę partii, której wcześniej zaufali, krytyczni wobec jej liderów, zawiedzeni aferami w okolicach władzy i stylem uprawiania polityki przez opozycję, nie będą szukać alternatywy dla swojego poparcia, nie przerzucą swoich głosów z partii władzy na partię opozycji, czy odwrotnie. Po prostu, gdy będziemy mieli kolejne wybory, nie udadzą się do urn.
Brak szacunku do władzy w systemie demokratycznym, który przecież opiera się na partycypacji obywateli, prowadzi do tego, że obywatele nie chcą brać udziału w tym marnym spektaklu, opartym na kłamstwie i manipulacji, a tym samym dają wyraz negacji całego systemu politycznego. Zaczynają być zniechęceni wobec systemu partyjnego, w którym nie ma miejsca na zmianę konfiguracji politycznej, gdzie nie ma możliwości zbudowania trzeciej, alternatywnej siły politycznej, nie skażonej systemem.
Jeśli ludzie przestają utożsamiać się z władzą, to bardzo często odwracają się plecami do państwa. Słabnie identyfikacja takich obywateli z państwem, a zatem mamy do czynienia ze zjawiskiem załamania się postaw patriotycznych i degradacją samego społeczeństwa, które popada w totalny pesymizm. Bowiem kryzys zaufania to także nie dostrzeganie perspektyw na zmianę, na poprawę istniejącej sytuacji nie tylko w polityce, ale w całym państwie. To brak nadziei na lepszą przyszłość dla siebie i swojej rodziny.
Jeśli ludzie nie ufają władzy i słabnie ich identyfikacja z państwem, to tym bardziej przestają ufać sobie. W konsekwencji mamy do czynienia ze zjawiskiem rozpadu więzi społecznych, bowiem nie ma już nad społeczeństwem zwornika władzy opartej na powszechnym autorytecie, która by to społeczeństwo „spinała”. To jest ten „świat ruin”, w którym przyszło nam żyć i w którym tak trudno znaleźć prawdziwych przywódców, zdolnych do uzdrowienia instytucji władzy, uleczenia społeczeństwa i odbudowy zaufania obywateli do władzy, a tym samym do państwa.
dr Artur Górski
Kategoria: Myśl, Publicystyka




