W Polsce gwałtownie postępuje proces sekularyzacji, czego najbardziej widocznym przejawem są pustoszejące świątynie i fala tzw. apostazji. Polska już jakiś czas temu przestała być de facto katolicka, pozostając jednakże krajem ludzi ochrzczonych (choć i tutaj tendencja jest zniżkowa). Jedną z głównych przeszkód w utrzymaniu tradycyjnie pojmowanej katolickości (i religijności w ogóle) jest panujący demoliberalny system społeczno-polityczny wraz z wpisanym w swą istotę pluralizmem światopoglądowym. Natura, w tym natura ludzka, nie znosi próżni, dlatego w miejsce katolicyzmu i jego uświęconych tradycji musi wejść coś innego. I tak zamiast Adwentu i Bożego Narodzenia mamy piosenki Sinatry i Wham! oraz coś, co Tomasz Rowiński nazwał społecznym błogostanem uczuć. Także uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny mają swoje preludium w postaci Halloween. A na ścianach polskich domów i sklepów zamiast obrazków z Aniołem Stróżem widzimy jakiegoś Żyda, który ma rzekomo przynieść szczęście finansowe. Większość z tych kulturowych szablonów transmitowana jest do Polski z Zachodu. Również przestrzeń stricte religijna musi zostać jakoś zagospodarowana – i tutaj pojawia się buddyzm.
Włoski myśliciel (o poglądach antychrześcijańskich) Julius Evola konstatował: Schorowany Zachód spostrzega oto, że Zen ma do zaoferowania coś ,,egzystencjalnego’’ a zarazem surrealnego. Charakterystyczny dla Zen pogląd na kwestię duchowego spełnienia, wolny od jakiejkolwiek wiary i nakazów, nie wspominając o złudzeniu natychmiastowego i niejako automatycznego ,,duchowego przełomu’’, przyciągnęły uwagę wielu ludzi Zachodu. O ile słynny baron chciał widzieć w zen doktrynę ezoteryczną i inicjacyjną, dostępną dla elitarnego grona, to na Zachodzie wielu bogatych, sławnych – i najczęściej próżnych – ludzi ,,zmęczonych życiem’’ wybrało tę drogę, niejako firmując wzorzec życia duchowego, alternatywny wobec chrześcijaństwa. Ludzie ,,wolnego świata’’ w warunkach gonitwy za pieniędzmi i sukcesem, wypalenia zawodowego, znudzenia, chorób psychicznych oraz wyjałowienia duchowego zwracają się ku różnym formom duchowości wschodniej. Podobnie od lat dzieje się w Polsce, kiedy to dowiadujemy się o kolejnych ,,medytujących’’ celebrytach. Dla mas przeznaczony jednak będzie buddyzm w formie uproszczonej. Zachodnie sieci handlowe działające nad Wisłą (Tedi, KiK, Dealz, Action, JYSK etc.) mają w sprzedaży figurki Buddy i mnichów buddyjskich do postawienia w domu lub w ogrodzie, oferują buddyzm dostosowany do współczesnych potrzeb konsumenckich. Ogół nie będzie zagłębiał się w istotę zen, tantry (nie mówiąc o obecnej również w buddyzmie ,,ścieżce lewej ręki’’) czy w jakieś kwestie religioznawcze i heterogeniczność buddyzmu. Wystarczy mu gadanie o reinkarnacji, album, figurka, względnie inny bibelot kojarzony z buddyzmem tybetańskim (lamaizmem).
O ile teraz mamy nową dynamikę w ,,buddyzacji’’ Polski, o tyle przygotowanie podglebia do niej miało miejsce wcześniej. Wiadomo jaką popularnością na Zachodzie (w tym i w Polsce) cieszy się Dalajlama, który w czasach świetności mógł konkurować z papieżami w ,,duchowym przywództwie’’ nad światem. Spotkanie z Dalajlamą dla wielu zachodnich liderów było możliwością pokazania swej troski o przestrzeganie ,,praw człowieka’’. Do rozprzestrzeniania i promocji buddyzmu użyto kinematografii, kreskówek dla dzieci, rozmaitych opowiastek o owianym legendą i nimbem tajemniczości tybetańskim klasztorze Szaolin, a także międzynarodowymi objazdówkami mnichów prezentujących spektakularne techniki gimnastyczne i kung-fu (transmitowane godzinami choćby przez Eurosport). Pamiętamy spotkania Dalajlamy z papieżami i biskupami. Nie sposób pominąć modłów buddyjskich w Asyżu w 1986 r., co przypomniała swego czasu grupa włoskich katolików: Z przestrachem wracamy więc myślą do wydarzeń sprzed 25 lat, przypominając sobie widok zabitych kur leżących na ołtarzu św. Klary – zgodnie z plemiennym rytuałem – i figurę Buddy umieszczoną nad ołtarzem w kościele św. Piotra, nad relikwiami biskupa Wiktoryna, męczennika, który w IV w. oddał życie za wiarę. Ze swego głębokiego zainteresowania buddyzmem i przyjaźni z Dalajlamą słynął popularny trapista ze Stanów Zjednoczonych o. Thomas Merton. W Polsce najbardziej znanymi duchownymi uzupełniającymi modlitwę chrześcijańską technikami buddyjskimi byli benedyktyn o. Jan Bereza oraz jezuita o. Jacek Bolewski. W benedyktyńskim klasztorze w Lubiniu do dzisiaj istnieje Ośrodek Medytacji Chrześcijańskiej założony przez o. Berezę. Ponadto, koniecznie należy wspomnieć o długoletniej ,,przygodzie’’ z buddyzmem słynnego dominikanina o. Joachima Badeniego. Ten znany duszpasterz Odnowy w Duchu Świętym (o dziwo widziany przez niektórych współbraci z Zakonu Kaznodziejskiego jako kandydat na ołtarze), chociaż – wedle własnego świadectwa – nigdy nie poddawał się głębszej medytacji buddyjskiej, zainteresował się nią mocno w wymiarze intelektualnym, jako duchowny poszukujący ,,światła’’. Ojciec Badeni głosił nawet konferencje poświęcone buddyzmowi, a w 1977 r. w kapitularzu jednego z macierzystych klasztorów prowadził zaduszkowe spotkanie na temat ,,Tybetańskiej Księgi Umarłych’’. Fascynująca była dlań w buddyzmie możliwość przekroczenia progu myślenia racjonalnego. Ale – jak stwierdził – wszystkie zgromadzone książki na temat buddyzmu spalił, gdyż religia ta okazała się dla niego infekcją umysłową, czuł się owładnięty przez buddyjską ,,tajemnicą anonimową’’: My, chrześcijanie, różnimy się od wyznawców owej wschodniej religii tym, że wiemy, oni zaś mówią, że nic nie wiedzą. Powiadają: kto mówi, że wie, ten nie wie, a kto mówi, że nie wie, ten wie. Jak podkreślał, buddyzm polega na zatopieniu się w zainteresowaniu samym sobą, wielkiej fascynacji ,,ja’’.
Troszczmy się zatem o to, aby w Polsce było jak najmniej ,,oświeconych’’ (sanskr. Buddha), a jak najwięcej weszło na drogę zbawienia wiecznego.
Paweł Żabicki

Wręcz przeciwnie. Jeśli chrześcijaństwo miałoby zniknąć z Europy, to lepiej żeby zastąpił je buddyzm niż kolejna semicka religja typu islam. Ale nie jestem optymistą i nie wierzę, że powstanie u nas więcej klasztorów buddyjskich niż meczetów. Co do opinii pewnej części katolików w odniesieniu do buddyzmu – zarówno jeśli chodzi o Jana Pawła II, ojca Badeniego czy szanownego autora tego artykułu – jestem dość sceptyczny. Biorąc pod uwagę tradycję buddyzmu – równie długą co tradycja hellenistyczno-chrześcijańska i judeochrześcijańska, a o wiele starszą jeśli sięgnąć do jej korzeni wśród induskich gimnosofistów – i ilość szkół, nieraz bardzo różniących się od siebie, trzeba naprawdę niepospolitego wysiłku umysłowego, a nade wszystko nakładu czasu, aby ją przynajmniej dostatecznie poznać. Być może ojciec Badeni z benedyktyńską sumiennością spędził nad jej badaniem pół wieku zanim doszedł do wniosku, że infekuje umysł i może miał na to mocne argumenty. Myślę jednak, że bezpieczniej jest zakładać, – zgodnie z klasyczną europejską, i jak widać rownież buddyjską – tradycją, że „nic się nie wie” i zachować trzeźwy sceptycyzm wobec tych co „wiedzą”. Merton nie był jedynym chrześcijaninem zafascynowanym buddyzmem, chyba nie bez powodu. Warto dodać, że Budda miał być awatarem Kriszny, a Ewangelie często powtarzają myśli Bhagavadgity, dużo przecież starszej. Dlatego ja wolę patrzeć na to w duchu perennialistycznym – chrześcijaństwo, buddyzm i nawet pewne nurty myśli induskiej mają ze sobą dużo wspólnego. Jeśli platonizm stanowi praeparatio evangelica to dlaczego buddyzm nie miałby pełnić analogicznej misji na Wschodzie? Kto wie, czy buddyzm nie przechował wielu prawd, których znaczenie chrześcijaństwo po drodze zaciemniło?