Straszna jest ta powtarzająca się gadanina o systemach wartości. Polityk z mównicy mówi o systemie wartości demokratycznych, dziennikarz w studio lamentuje nad upadkiem wartości ogólnoludzkich, pani w szkole przypomina rodzicom, by przekazywali dzieciom sprawdzony system wartości, do tego jeszcze ksiądz na kazaniu wskazuje na ewangeliczny system wartości. Manifestanci na paradzie równości mówią o wartościach humanistycznych, a ci z marszu patriotycznego – o wartościach narodowych. Nie mówcie mi więcej o „systemach wartości”! Bardzo pięknie te przemowy brzmią, tyle że to pustosłowie, w każdym wypadku. Flatus vocis. Słowa nic nie znaczące, choć przecież sprawiające wrażenie jakże głębokich. I – co może jeszcze ważniejsze – mówią coś, przynajmniej w mniemaniu wypowiadających je, o ich wrażliwości moralnej, oczywiście wysokiej.
„Mam swój system wartości” – mówi ktoś z powagą taką co najmniej, z jaką dawniej wypowiadano credo. Takie stwierdzenie ma budować szacunek wobec wypowiadającego, bo oznacza, że nie jest huncwotem i nihilistą, tylko kimś, kto „kieruje się w życiu wartościami moralnymi”. Raz jeszcze powtórzę – to zdanie chętnie wypowie zarówno aktywista LGBT, jak i całym sobą zaangażowany w liturgiczną służbę ołtarza młodzieniec. Zupełnie jakby moralność była akwarium urządzonym według gustu właściciela. Jeden lubi kamyczki, drugi woli plastikowego nurka, trzeci wreszcie neonowe glony – nie ma zasadniczej różnicy. Podobnie z „systemami wartości”.
Moralność wypełniona „systemami wartości” to Ziemia Obiecana tolerancjonistów: Na niej nie pyta się o rzeczywiste dobro – takie pytanie jest bez sensu tam, gdzie każdy wyznaje swój system wartości. Jedyny wysiłek moralny może zmierzać w tym kierunku, byśmy nauczyli się tolerować systemy wartości inne niż nasz własny. Bo niby dlaczego nasz jest lepszy od cudzego?
Zaczęło się, jak to zwykle bywa, od gilotyny. Intelektualnej, to prawda, (gilotyny ścinające głowy zawsze są poprzedzane przez gilotyny ścinające jakąś prawdę), ale równie śmiercionośnej, a użył jej David Hume. Hume zauważył, że filozofowie często przechodzą od zdań opisujących rzeczywistość („jest”) do zdań moralnych („powinno się”) bez wyjaśnienia zasady takiego przejścia. W swoim skrajnym empiryzmie, które było fundamentem jego filozofii, nie był w stanie odczytać relacji między naturą bytu, którą zredukował do tego, co zmysłowe, a działaniem, jakie jest tej natury konsekwencją. Ogłosił zatem światu – a świat to przyjął – że nie ma przejścia od „jest” do „powinien”. Fakt, że człowiek posiada określoną naturę, nie rodzi żadnego obowiązku moralnego. To właśnie od tego momentu zaczyna się nowoczesny dramat moralności.
Bo jeśli nie można wyprowadzić powinności z natury rzeczy, to dobro przestaje być zakorzenione w bycie. Moralność zostaje wyrwana z rzeczywistości i zawieszona w próżni uczuć, arbitralnych decyzji albo społecznych uzgodnień.
Rzeczywistość, którą Hume zgilotynował, wyrażała się w sądzie: „operari sequitur esse”. Człowiek działa jak człowiek, pies jak pies, a roślina jak roślina – ponieważ każdy byt posiada określoną naturę. Nie można zrozumieć działania bez wcześniejszego zrozumienia bytu, który wyzwala z siebie działanie. Dlatego klasyczna filozofia najpierw pytała o naturę człowieka, a dopiero potem o moralność, politykę czy wychowanie. Człowiek powinien żyć rozumnie, ponieważ jest istotą rozumną. Natura wyznacza też cel bytu, na który nakierunkowuje jego działanie. Z żołędzia wyrasta dąb, z ziarna pszenicy obfity, pełen ziaren kłos, a z natury człowieka wynika określony sposób życia – jako że jest on rozumny, jego życie z natury jest (powinno być) nakierowane na prawdę i dobro. Nie dlatego, że ktoś arbitralnie to narzucił, lecz dlatego, że działanie wypływa z natury bytu – operari sequitur esse. A my, współcześni, patrzący na świat po użyciu humowskiej gilotyny, mówimy, że z faktu, że człowiek jest taki czy inny, nic jeszcze nie wynika. Skoro zaś nic nie wynika, możemy dowolnie mnożyć systemy wartości. Współczesny człowiek mówi dziś o wartościach niemal wyłącznie językiem preferencji. Jedni „cenią” rodzinę, inni samorealizację, jeszcze inni transgresję albo hedonizm. Moralność zostaje zredukowana do estetyki wyboru. Nie odkrywamy dobra w tym, co odpowiada ludzkiej naturze, tylko konstruujemy systemy wartości, zupełnie tak jakbyśmy urządzali mieszkanie albo układali ulubioną playlistę.
Gilotyna Hume’a ścięła celowość. Żyjemy w przekonaniu, że natura rzeczy nie zawiera żadnej celowości. Zanim gilotyna poszła w ruch, wiedziano dokładnie, że jeśli byt ma określoną naturę, to posiada również właściwy sobie sposób doskonałości.
Nowoczesność odrzuciła tę wizję, a potem ze zdumieniem odkryła, że nie potrafi już racjonalnie uzasadnić moralności. I właśnie dlatego nasze czasy są jednocześnie tak obsesyjnie moralizujące i tak głęboko niezdolne do odpowiedzi na pytanie: co i dlaczego tak naprawdę jest dobre.
Bo czym właściwie jest „wartość”? Współczesny człowiek mówi o wartościach z religijnym uniesieniem, ale nigdy nie potrafi wyjaśnić, czym one są. Czy istnieją obiektywnie? Czy są tylko projekcją emocji? Czy mają fundament w naturze rzeczy? Czy są jedynie społecznym uzgodnieniem? Gdy stawiam te pytania wyznawcy „wartości”, zapada zwykle wymowne milczenie, a po nim zazwyczaj mini wykład o konieczności tolerancji różnych systemów wartości.
Klasyczna etyka jest pod tym względem brutalnie uczciwa. Mówi jasno: dobro nie zależy od naszych uczuć, mód ani deklaracji. Dobro wynika z natury bytu. Dobry jest człowiek, który osiąga doskonałość właściwą człowiekowi – a nie ten, który konsekwentnie realizuje „swój system wartości”. Gangster również może być bardzo konsekwentny.
Właściwie jest to komiczny aspekt współczesnego kultu wartości, owo całkowite oderwanie moralności od prawdy. Wartości można mieć dowolne. Można cenić honor albo hedonizm, ascezę albo rozwiązłość, rodzinę albo nihilizm. Wszystko jest równouprawnione.
Tacy oto jesteśmy. Cywilizacja ludzi przekonanych, że prawda jest opresyjna, natura płynna, dobro względne, ale za to każdy ma swoje „wartości”. Nigdy wcześniej nie używano tak wzniosłego języka do opisywania tak kompletnego zamętu.
Chesterton pisał, że gdy ludzie przestają wierzyć w Boga, bynajmniej nie zaczynają wierzyć w nic, tylko zaczynają wierzyć we wszystko. Współczesny kult wartości jest dokładnie takim stanem ducha. Człowiek odrzuca realistyczne pojęcie dobra, bo uznaje je za zbyt wymagające, a potem tonie w grzęzawisku prywatnych przekonań, emocji i ideologicznych mód.
Realistyczna etyka nie zna „systemów wartości”. Zna dobro – cel i cnoty, które umożliwiają dotarcie do niego. Cnota zaś nie jest deklaracją, a trwałą sprawnością czynienia dobra. Tym, co – jak powie Akwinata – pozwala człowiekowi działać w zgodzie z własną naturą i ją doskonalić.
Cała etyka, zanim rozprawiła się z nią gilotyna Hume’a, zmierzała do wskazywania odpowiedzi, jak sprawić, by życie było dobre. Dziś nie ma na takie pytanie miejsca. Zostało bowiem zajęte przez systemy wartości, zawieszone w próżni osobistych preferencji, konkurujących światopoglądów, ideologicznych miękkich dyktatur.
Człowiek nie może żyć bez dobra, tak jak nie może żyć bez powietrza. Może natomiast bardzo długo żyć bez rozumienia, czym dobro jest. Takie właśnie życie dziś wiedziemy, takie oglądamy. Cywilizację ludzi moralnie rozgorączkowanych, a zarazem metafizycznie bezdomnych. Nigdy tyle nie mówiono o wartościach i nigdy z taką trudnością nie przychodziło odpowiedzieć na pytanie, dlaczego cokolwiek naprawdę jest dobre. To skutek tego, że dobro przestało być odczytywane jako zakorzenione w naturze rzeczy. Po tym wykorzenieniu pozostaje już tylko język preferencji, emocji i nadmiernie rozbudowanych moralnych dekoracji. Realistyczna filozofia była pod tym względem dużo skromniejsza, a przez też to dużo mądrzejsza. Nie zaczynała od wartości, lecz od rzeczywistości. Nie pytała, co kto „ceni”, lecz czym rzecz jest. Wiedziała bowiem, że tylko byt może ostatecznie wyjaśnić działanie, a jego natura wskazać tego działania cel. Jeśli człowiek powinien szukać prawdy i dobra, to nie dlatego, że taki „system wartości” wybrał, lecz dlatego, że bez prawdy i dobra rozpada się jego własne człowieczeństwo. Być może największą bolączką czasu dzisiejszego wcale nie jest relatywizm i jego dyktatura, tylko brak pragnienia, by na nowo czytać rzeczywistość, by znowu stać się realistą.
Arkadiusz Robaczewski

Czytając podobne analizy odnoszę wrażenie, że jak dla płytkiej intelektualnie lewicy historia zaczyna się od Hume’a czy Hobbes’a tak dla publicysty o zacięciu prawicowo-katolickim od Aquinaty. Autor pominął zupełnie Protagorasa i jego słynne Πάντων χρημάτων μέτρον ἐστὶν ἄνθρωπος. Zakładam, że to dla zwięzłości przekazu, a nie z instrumentalnego potraktowania filozofii. Ale właśnie, systemy wartości są dla plebsu; ludzie inteligentni skupiają się wokół szkół filozoficznych. Stoicy odżegnujący się od epikurejczyków, Nietzsche chcący umniejszyć wpływ platonizmu i chrześcijaństwa etc. Nihil novi.