Głośno ostatnio o pomyśle zburzenia, wysadzenia w powietrze Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. W kilku słowach przedstawię swój stosunek do tego, przewijającego się cyklicznie od wielu lat, postulatu.

Tytułem wstępu: wszyscy dyskutujący na ten temat powinni mieć świadomość, że fantazmaty o wyburzeniu PKiN to taka cykliczna wrzutka, rozpalana bajaniami polityków, którzy cierpią na niepowstrzymaną konieczność wypowiedzenia się na każdy temat, gdy chodzi o kontakty z mediami. Dlatego każdemu zaleca się ochłonąć.

Po pierwsze i najważniejsze, każdorazowo zaskakuje mnie niepomiernie poparcie dla tego pomysłu przez ludzi, którzy deklarują się jako konserwatyści, i chcą widzieć PKiN wybuchający w powietrzu w imię "walki z komuną".

Konserwatyzm to antyteza rewolucji. Każdej, jakiejkolwiek. Esencją konserwatyzmu jest ewolucyjność zmian przeciwstawiona rewolucyjności. Szturm barykad, przewrót ustrojowy, wysadzanie w powietrze budynków – to transparentne symbole rewolucyjności; tej rewolucyjności, której prawdziwy konserwatysta nienawidzi jak niczego innego na świecie.

Walka z komuną metodami bolszewickimi, bolszewicką retoryką i estetyką – przedziwna hybryda.

Po drugie, nie raz już w historii niszczono budynki i artefakty: Biblioteka aleksandryjska, posągi i pomniki. Dziś się na to oburzamy, ale cóż – niszczący mieli równie dobre powody jak ci, którzy chcą dziś zrównać z ziemią PKiN. Rzecz jednak nie w tym, żeby coś anihilować – ale w jakim stylu to zrobić.
Można wybrać metodę barbarzyńska, bolszewicką – a można spróbować "ochrzcić" bądź też "podbić", wypełniając swoja symboliką i swoimi skojarzeniami kulturowymi dany obszar. Tak zrobili Rzymianie, podbijając Grecję; tak uczynił Kościół Katolicki ze spuścizną myśli pogan. Dziś jesteśmy za to owym najeźdźcom i triumfatorom wdzięczni. Trzeba być bardzo "małym", nierzeczywistym zwycięzcą, żeby poczuć naglącą potrzebę siłowej anihilacji. Świadczy ona w gruncie rzeczy o słabości.
Nie da się bowiem cofnąć czasu i uczynić komunizmu niebyłym. Da się za to bohatersko walczyć z nim 30 lat po jego definitywnym zakończeniu – co za refleks, naprawdę. Można też dołożyć tym samym kamyczek do ogródka nieustającej rewolucyjności – a skutki przyjdą natychmiast.

Bo oto dla ludzi urodzonych po roku, powiedzmy, 80., PKiN nie jest symbolem Stalina – jest symbolem Warszawy. Jego wyburzenie będzie dla nich nieczytelne, za to niezwykle rozgrzeje atmosferę i zaprzepaści szansę na sensowne zakończenie wojny polsko – polskiej.

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że sanacja doby post – marszałkowskiej nie może wytrzymać, żeby czegoś nie rozebrać, nie zburzyć, nie wysadzić. Ledwo zmarł Piłsudski, już najgorliwsi Drystale (jak napisałby niezastąpiony Melchior Wańkowicz) planowali wyburzanie cerkwi prawosławnych na Lubelszczyźnie i Chełmszczyźnie. No, bo jak to może być, żeby obywatele II RP mogli chodzić do kościoła swojego wyznania!

Gdyby, jakby nie było, pragmatyczny Jarosław Kaczyński nie trzymał towarzystwa w karbach, mogłoby się okazać, że oni zupełnie na serio biorą projekt dekomunizacji każdej ulicy, każdego budynku łącznie z szaletami publicznymi – i być może PKiN faktycznie przestałby istnieć, ku uciesze "smoleńskiego poety" Wojciecha Wencla.
Niemniej, wystawia to jedynie świadectwo tym wanna – be sanacjom cechującym się przerostem formy nad treścią. Tak się bowiem składa, że Polska ma szansę zostać fajnym azylem dla tych Europejczyków, którzy chcieliby pożyć w spokoju z dala od terroryzmu i wściekłej politpoprawności. Wylatujący w powietrze symbol Warszawy – świetna wizytówka, nie ma co!

Last but not least, ta nieszczęśliwa wypowiedź Glińskiego pokazuje, jak bardzo politycy nie potrafią trzymać języka za zębami. Takie jowialne "hoho, jakby nasi żołnierze się postarali, to ale by drzazgi zostały z pałacu, łooooooo!" przypomina licytowanie się dwunastoletnich chłopców na trzepaku, kto spuściłby na miasto większą bombę atomową. W tej samej wypowiedzi Gliński zaznaczył oczywiście, że nie ma poważnych planów niszczenia Pałacu, ale przez dodanie tej durnej wstawki podał na tacy tak mediom, jak i rozpolitykowanym obywatelom pożywkę do bezsensownej, emocjonalnej dyskusji. Nauczcie się, do jasnej, że rzeczy, które można powiedzieć z kolegami przy piwie, niekoniecznie trzeba mówić mediom, kiedy jest się osobą publiczną.

Znalazłam w odmętach internetu w dyskusji na ten temat mądry głos Karola Piaseckiego, który za jego zgodą zacytuje, bo zbiera parę innych jeszcze argumentów: "Ale ta dyskusja jest miałka. Jedynym racjonalnym argumentem za zburzeniem jest sfera symboliczna – tylko czy naprawdę PKiN jest tak strasznym piętnem? Przez dekady został tak bardzo spolszczony i całkowicie zatracił pierwotne znaczenie, był świadkiem wielu historycznych wydarzeń – poza tym, czy jego obecność nie jest lepszym świadectwem, że komunizm nie ma nad nami władzy, że udomowiliśmy niegdysiejszy "owoc tyranii", a nie, jak barbarzyńcy, będziemy go niszczyć? Co do estetyki – przecież nie ma alternatywy, możemy sobie gdybać, że "mogliby wspaniałą katedrę postawić", "odbudować przedwojenne kwartały", ale to jest bajdurzenie, nic takiego nigdy się nie stanie. Wybór to albo jedyny dość estetyczny wysokościowiec w centrum, albo kolejne szklane kloce urągające przyzwoitości. Jak chcecie hurrdurzyć o polskiej dumie, to się zaangażujcie w odbudowę Pałacu Saskiego, bo to jest realny cel."

Pozwolę sobie zamknąć wizerunkiem innego budynku, którego również będę bronić niczym Rejtan, BO PO PROSTU MUSI ZOSTAĆ.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Agnieszka Sztajer