Proszę wytłumaczyć, dlaczego nie da się połączyć liberalnej, wolnorynkowej gospodarki ze światopoglądem odwołującym się do tradycji kultury łacińskiej.

Musimy pamiętać, że zarówno liberalizm, jak i kolektywizm bazują na nowożytnym pojmowaniu ekonomii, tym, które wywodzi się od Davida Ricardo, Adama Smitha, od twórców myśli ekonomicznej XVIII i XIX wieku. Zanim jednak pojawiła się ekonomia, była ekonomika, i o tym trzeba pamiętać, żeby odnieść się do postawionego problemu.

Ekonomika była pierwotnie dziedziną etyki, czyli formacji człowieka, która zmierzała do należytego jego ukształtowania, ażeby mógł we wspólnocie domowej żyć pięknie i dobrze. Tak pojęta ekonomika była obecna u Ksnenofonta, Arystotelesa, w całej tradycji myśli stoickiej, gdzie akcentowano to, że oikos (dom rodzinny, rodzina) ma swoje prawa, ale te prawa są po to, żeby człowiek był piękny i dobry. Ekonomika uczyła więc zdobywania środków do życia, ale i ich godziwego użytkowania. Uczyła konserwacji tych wszystkich dóbr, dzielenia się i zarządzania nimi po to, żeby ostatecznie człowiek w rodzinie osiągnął cel tj. piękne ludzkie życie, życie szczęśliwe. Natomiast kiedy przychodzi A. Smith i wątki myślenia wywodzące się z teologii protestanckiej, pojawia się pomysł, że ludzka twórczość gospodarcza nie ma prowadzić do pięknego życia rodzinnego, do powstania pięknego człowieka, ale do bogactwa. Celem ekonomii dzisiaj jest bogactwo, a jej program sprowadza się do tego, aby jak najszybciej przy jak najmniejszym wysiłku i nakładzie środków doprowadzić do jak największego bogactwa. Oczywiście działania powstałe w ramach tego procesu przyczyniły się do przyrostu dóbr użytecznych i nie ma w tym nic złego, że jest więcej dóbr i że są często lepsze. Chodzi jednak o to by być też bogatym duchowo, by bogactwo materialne nie przygniotło serca i intelektu, sumienia, by nie było zaczynem pychy i egoizmu, tendencji do pogardy w stosunku do tych, którzy nie mają lub mają mniej. Bogactwo bez rozumu i skromności, bogactwo egoistyczne zatruwa dążenia człowieka do osiągnięcia przez niego celu ludzkiego życia, tj. Pana Boga, a zatem szkodzi człowiekowi bardzo istotnie. 

To prawda, że jeśli pracę ludzką zorganizujemy należycie w socjalizmie liberalnym (kapitalizmie), to wytworzymy więcej dóbr materialnych, dokonamy może lepszej redystrybucji mienia, ale to wszystko odbędzie się zazwyczaj kosztem człowieka. Gdy nie będzie pracy nad bogactwem ducha ludzkiego, nad bogactwem życia w rodzinie, bogactwem życia dzieci, bogactwem i jakością życia narodowego, a tylko skuteczna praca nad pomnażaniem majątku – szybko przyjdą kryzysy, poważne problemy, a może nawet upadek. Bez proporcjonalności i właściwej harmonii grozi zawsze ludziom jakaś niewola i patologia, także wtedy, gdy dobra duchowe bywają bezzasadnie absolutyzowane z pominięciem dóbr materialnych, dóbr środków do życia. Niestety dziś liberalistyczny socjalizm wmawia człowiekowi sofizmaty i fałsz, że gdyby wszyscy się jednakowo bogacili i jednakowo mieli szansę na swą gospodarczą działalność – byłby raj na ziemi. Człowiek nie jest ani „aniołkiem”, ani też „wilkiem” – jest osobą, a w każdej osobie jest inklinacja ku działaniu dobremu, ku życiu wspólnotowemu, ale i jest też ten zaczyn zła, zwany lex fomitis, który skłania do wad, do niewłaściwej miłości – albo siebie ponad wszystko, albo dóbr zewnętrznych, albo też nieporządku w dziedzinie naszej płciowości i seksualności. Widzimy to u siebie i u innych ludzi, którzy z nami żyją, i doświadczamy tego, że współżycie z  osobami dotkniętymi wadami nie jest rajem na ziemi. 

Czy należałoby więc stwierdzić, że wolny rynek napędzany liberalizmem jest szkodliwą utopią i przepisem na katastrofę, a to, czego człowiekowi potrzeba, to nie dwa auta, dom, basen, grill, ale stanie się dobrym i pięknym? 

W odpowiedzi na to pytanie też posłużę się autorytetem. Śp. prof. Feliks Koneczny mówił, że człowiek normalny, dojrzały ma kilka rzeczy uporządkowanych. Po pierwsze, ma uporządkowany rozum. Po drugie, ma uporządkowane serce, czyli sferę ludzkiej miłości i pożądania, która kieruje naszym postępowaniem. Chodzi o nasz etos. Po trzecie, ma uporządkowany portfel, który dostarcza mu środków do tego, żeby to, co głowa pomyśli, a serce zapragnie, zrealizować. To jest ideał cywilizacji łacińskiej. Cywilizacji, która powstała na bazie poszanowania godności osoby ludzkiej i tego naturalnego porządku, który pokazuje, że człowiek rodzi się w rodzinie, w społeczności lokalnej, że ta społeczność potrzebuje wsparcia od społeczności państwowej, narodowej.  W związku z tym przepis na piękne życie od zawsze zależał od wielu czynników, ale sprowadzał się do pracy, modlitwy i nauki. To jest droga człowieka normalnego. Bywa nazywana drogą cnoty, drogą ludzi dojrzałych, ludzi sumienia. Święty Jan Paweł II zwracał uwagę na to, że to jest droga ludzi prawego sumienia.

Jeśli socjalizm jest utopią, a partiokracja jego emanacją, to jaką mamy alternatywę? Czy należy poprosić demokrację o zejście z areny dziejów? Czym ją zastąpić?

Powróćmy do używania rozumu. Człowiek jest istotą społeczną i żyje w różnych kręgach ludzkiego życia. Pierwszym jest – jak uczył Arystoteles – rodzina. Ale też potrzebujemy, oprócz rodziny, społeczności lokalnej, gminnej, bo nie wszystkiego mogą nauczyć tata i mama. Potrzebny jest dentysta lub konieczna operacja na wyrostek. Nawet najlepiej rozwinięty filolog klasyczny, dający siłę do pięknego życia w dziedzinie kultury, nie zrobi tych rzeczy, a człowiek tego potrzebuje. Ale potrzebuje on także wspólnoty dającej bezpieczeństwo, dostateczne bogactwo. Tą wspólnotą jest państwo. 

W związku z tym rodzi się pytanie: czym jest państwo w ogóle?

Dla Arystotelesa było ono wspólnotą prawych ludzi, których łączyła przyjaźń, będąca największym z dóbr państwowych. Przyjaźń, która sprawiała, że ludzie wzajemnie sobie służyli, pomagali, współpracowali ze sobą, gdyż zdawali sobie sprawę z tego, że dzięki temu można osiągnąć szczęście. Szczęście jest celem państwa, polityki, pracy politycznej. Ono zakłada cnotliwych obywateli.

Mówi się, że Arystoteles, który był znawcą życia zbiorowego, politycznego, przeanalizował ponad 250 form ustrojowych. Zwrócił uwagę, że wszystkie ustroje dzielą się na dobre i złe. Dobre to te, które spełniają swój cel właściwy, mianowicie ludzkie szczęście, a złe to te, które go nie spełniają.

Do tych złych zaliczył demokrację, czyli taką formę ustrojową, w której bardzo wielu albo prawie wszyscy partycypują we władzy, ale nie pragną dobra wspólnego. Oni pragną dobra własnego, partykularnego. Stąd „partia” – słowo z języka łacińskiego, akcentujące część – łac. pars. Interes rolników bardzo często nie pokrywa się z interesem intelektualistów. Interes intelektualistów nie pokrywa się z interesem handlowców. W związku z tym partiokracja i demokracja są formami ustrojowymi, które bardzo mocno antagonizują ludzi i siłą rzeczy ostatecznie prowadzą do socjalizmu, czyli do przekonania, że przez środki materialne, przez konsumpcję się zbawimy.

Największym krytykiem demokracji pozostanie chyba Platon. Słusznie zwracał on uwagę, że demokracja to forma życia wspólnotowego godna potępienia przede wszystkim z uwagi na deprawację człowieka. Powstają bowiem w demokracji – na co zwraca uwagę również prof. Ryszard Legutko – „trzy święte krowy”: równość, wolność i przyjemność. W demokracji każdy walczy o równość, czyli głupi jest równy mądremu, bogaty – biednemu. Wolność do wszystkiego i przyjemność są ideami regulatywnymi, normującymi, uzasadniającymi wszystkie działania. Ludzie mogą się narkotyzować, bo to jest przyjemne. Mogą się prostytuować, bo to jest przyjemne. Mogą zabijać swoje dzieci, bo to prowadzi do większej możliwości korzystania z różnych przyjemności i się czasowo opłaca, bo dzieci przecież kosztują, zabierają czas. Kto to rozumie, widzi, że niemal w każdej demokracji następuje potężna korupcja duchowa człowieka, korupcja obyczajowa, korupcja intelektualna i wreszcie walka z naturalnym porządkiem, a także z obiektywną hierarchią dobra. Socjalizmy przez demokrację prowadzą więc człowieka do jakiejś alienacji, do zepsucia i sztuczności, do zamiany środków na cele, celów na środki. To wszystko wiedzie do upadku ludzkiej podmiotowości, na początku podmiotowości ojca w rodzinie, potem w ogólności człowieka w życiu. 

W demokracji zazwyczaj partia i jej liderzy (partyjna ideologia) składają w „ofierze” realnych ludzi, głównie przez decyzje odsuwające od władzy tych, którzy nie podzielają „filozofii partyjnej” lub też jawią się wodzowi partii jako zagrożenie dla jego pozycji lidera. Demokracja partyjna kształci cwanych ludzi i hipokrytów, ostatecznie ludzi bez charakteru i sumienia, gotowych na wszystko. Tylko że tych spraw wprost nie widać, są one ukryte pod hasłami służby i interesu narodowego, służby ideałom, wartościom. Media, często partyjne, nie interesują się prawdą i dobrem, ale oglądalnością i siłą wpływu. Tworzą w ludziach rzeczywistość alternatywną, którą oni żyją i którą chcą często ucieleśnić przez zwycięstwo wyborcze swojej partii, swoich liderów. Liderzy, którzy mają realizować politykę, zazwyczaj zmęczeni kampaniami wyborczymi, nie mają już siły na pracę polityczną, na realizację dobra wspólnego. Czas ich obecności w polityce (u władzy) jest limitowany i krótki (kadencje!), zależy od prezesów partii i od kompromisów partyjnych z innymi partiami. Na co go muszą zatem spożytkować? – na rozrywkę, odpoczynek i umocnienie swojego dobrostanu, także materialnego, bo na to zazwyczaj tylko mają siły i ochotę. 

Pewnie ta pesymistyczna narracja nie dotyczy wszystkich, ale z pewnością bardzo wielu, zarówno tzw. prawicy, jak i lewicy, konserwatystów i narodowców. Sokrates, który był także socjalistą (błądził bardzo mocno!!!), widząc te partyjne i partykularne układy i gry, mając do nich wręcz obrzydzenie, wzdrygał się przed polityką, czyli przed partyjniactwem w demokracji. Warto czasami przywoływać tu jego słowa i myśli z Obrony Sokratesa, bo niewiele się w tej materii zmieniło od jego czasów. Także Platon, choć utopista i wielki apriorysta, zdawał sobie sprawę z tego, że demokracja prędzej niż później, psując ludzi pseudo-wolnościami, pseudo-równościami i toksycznymi przyjemnościami, zawsze ostatecznie przyniesie im jakąś tyranię i niewolę. Także św. Jan Paweł II zwracał uwagę na to, że „demokracja bez wartości” przeradza się w totalitaryzm. Ale czy to się dziś powszechnie rozumie? Nie! Dziś mamy wręcz bałwochwalczy kult demokracji, tej liberalnej bez zasad i tej z różnymi przymiotnikami. Wszystko to jest jakąś grą ideologiczną, która ma pozyskać dla danej demokracji „wyznawców, fanatyków, żołnierzy, donatorów”. Psuje to człowieka i deformuje samą politykę, życie narodowe, także nasze życie rodzinne. Co godne podkreślenia, osłabia także Rzeczpospolitą (państwowość), która w socjalistycznych demokracjach partyjnych przypomina „postaw czerwonego płótna”, za który ciągną wszyscy, chcąc go jak najwięcej dla siebie. Ten „postaw czerwonego płótna” partyjni liderzy mogą także sprzedawać obcym nie zawsze nawet za materialne profity, ale za symboliczny „udział przy stole możnych tego świata”.  

Alternatywą dla demokracji jest powrót do naturalnego porządku, a ten pokazuje nam w naszej kulturze nie tylko Arystoteles, ale i św. Tomasz z Akwinu, św. Jan Paweł II oraz o. Jacek Woroniecki OP. Ten ostatni w swej niewielkiej pracy Umiejętność rządzenia i rozkazywania, wskazuje na to, że trzeba uczyć się sprawowania władzy i że każdy z ludzi, na mocy swojego człowieczeństwa, jest predestynowany do jej sprawowania. Władza ma różne oblicza i zakresy, racje i zadania: ojca w domu, szefa w firmie, naczelnika w państwie itp. Ale jest ona zawsze odniesiona do dobra wspólnego, czyli czegoś, co służy wszystkim, a zarazem nie niszczy nikogo i doskonali realnego człowieka. Więc życie społeczne wymaga ludzi cnotliwych, rozumnych, samodzielnych, dojrzałych. Oni muszą sprawować władzę, tworzyć działania indywidualne, rodzinne i publiczne. Polityka jako dziedzina działań publicznych, bardziej niż jakiś planów i koncepcji, partyjnych programów, zawsze potrzebuje dojrzałych ludzi usprawnionych do sprawowania władzy. Oni nie mogą bez zaciągania winy, dezerterować z przestrzeni publicznej, muszą domagać się tego, co im się słusznie należy, a zatem także władztwa w polityce, państwie, oczywiście stosownego do sytuacji, ich uprawnień, wielu innych elementów. Bycie pod władzą dobrych i rozumnych ludzi nikogo nie poniża, wręcz przeciwnie, może być doskonałą szkołą kształcenia w sobie cnoty władzy, przyczynkiem do pomnożenia autentycznego i pełnego dobrostanu własnego. Może także być formą partycypacji w realizacji dobra wspólnego, która przynosi zaszczyt i cześć. Trzeba to dobrze wszystko rozumieć i tym samym chronić siebie i innych przed pokusą tyranii i absurdem ideologii anarchistycznej. Myślę, że brak u nas, Polaków, tej naszej kultury władzy – spowodowany przede wszystkim przez wojny, bandytyzm obcych, eksterminację fizyczną i duchową elit narodowych – ułatwia wielce naszą podatność na różne socjalizmy. Ale tzw. zachodnia demokracja osadzona na współczesnym relatywizmie i agnostycyzmie wydaje się być jeszcze większym zaczynem zła i rozsadnikiem różnych socjalizmów. Ta demokracja przecież w dużej części odpowiada za tzw. cywilizację śmierci i wszelkie jej elementy. 

Formy ustrojowe będą się zmieniać i zmieniają się ciągle na naszych oczach. Jaka forma ustrojowa jest zatem najlepsza? W praktyce nigdzie nie występuje ani czyste królestwo, ani czysta tyrania, ani też czysta pełna forma ustrojowa oparta na cnotliwych obywatelach, czyli forma ustrojowa arystokratyczna.

To prawda. Zazwyczaj występują formy ustrojowe mieszane. Rzeczpospolita przez wieki swojej potęgi była wzorem dobrego państwa. Mieliśmy wybieranego króla, który był wsparty przez senat i sejm. Król był wybierany z woli narodu szlacheckiego, więc zapewniona była partycypacja wielu osób w polityce. Odpowiadając na pytanie, musimy wskazać na kryterium ustroju. Jest nim zasadniczo szczęście człowieka, jego doskonałość. Ale jak ten problem należy rozumieć? Im więcej człowiek ma rozumu, cnoty, a także majątku, tym większą powinien posiadać wolność i tym więcej powinno należeć do niego władzy. Jednakże sprawowanie władzy jest rzeczą trudną. Każdy, kto próbuje sprawować ją w rodzinie, wie, że trzeba zarządzać, wydawać polecenia, korygować coś, a nawet kogoś karcić. Człowiek normalny musi i chce się dzielić jej sprawowaniem i zazwyczaj nie chce i nie może mieć we wszystkim, w każdym zakresie pełnego władztwa. To po ludzku ani nie jest dobre, ani wykonalne, nawet we wspólnocie domowej, by mieć władzę nad wszystkim i wszystkimi, a co dopiero w państwie liczącym miliony obywateli. Dlatego istnieje zalecenie podstawowe, aby nie szukać idealnego ustroju, ale by starać się, aby było jak najwięcej ludzi cnotliwych, którzy mają jak najwięcej wpływu na życie społeczne, i by to życie było przestrzenią różnych, silnych form przyjaźni. Tam bowiem, gdzie są ludzie rozumni i przyjaźń, tam sprawiedliwość spełnia się naturalnie, bez trudu i szybko, bez udziału nakazu prawnego, a przecież w całym życiu społecznym chodzi przede wszystkim o sprawiedliwość, czyli o oddanie tego, co się komuś słusznie należy. Sam Arystoteles bodajże w czwartej księdze Polityki zwrócił uwagę, że powinniśmy zmierzać do tego, aby kiepskich ludzi było jak najmniej i żeby mieli jak najmniejszy wpływ na życie społeczne, natomiast starać się, aby jak najlepszych było jak najwięcej. I żeby ci właśnie ludzie, cnotliwi i rozumni, mieli jak największy wpływ na władzę. To są ogólne wytyczne, które dawał Arystoteles i które są, jak sądzę, wciąż aktualne i ważne dla Rzeczpospolitej, całej polityki w cywilizacji łacińskiej. 

Czy podziela Pan opinię prof. H. Kieresia, że podział tzw. sceny politycznej na partie jest obcy tradycji łacińskiej? Czy według Pana Profesora wykluczone jest, aby partie w sposób adekwatny reprezentowały interesy różnych grup społecznych?

To, co jest dominujące we współczesnej demokracji, która de facto jest formą partyjnego systemu, jest nieracjonalne, nierozumne i niewłaściwe. W historii państwa polskiego, w sejmie czy w życiu publicznym, partie powstawały jako pewne zrzeszenia osób mających na celu realizację konkretnego dobra. I ta realizacja konkretnego dobra była tym, co partie spajało. Pars po polsku znaczy ‘część’. Są pewne interesy partykularne, ważne dla całej społeczności, które warto realizować. W związku z tym warto powoływać do realizacji tych interesów – jakieś partie. Natomiast to, co dzisiaj obserwujemy w tzw. partiach, to tworzenie swoistych grup mających raczej charakter szajki czy bandy, którą kieruje herszt, główny rozbójnik, pod nazwą lidera partii. Ten lider dba o to, żeby mu nikt nie odebrał władzy w partii, i stara się, żeby jego ugrupowanie było pierwsze i miało jak najwięcej władzy. Ma w pogardzie tych, którzy reprezentują inną ideologię partyjną. 

Niestety dziś partie wyrastają najczęściej z podłoża ideologicznego, czyli z pewnego światopoglądu, najczęściej apriorycznego, sztucznego, dogmatycznego, oderwanego od znajomości dobra wspólnego, światopoglądu, który zabsolutyzował jakiś aspekt. Widzimy, że życie społeczne, państwo, naród składają się z różnych osób, grup i stanów, że są interesy rolników, ale są też interesy profesorów, mieszczan czy handlowców. Często interesy te ulegają starciu lub są względem siebie konkurencyjne. Zasada jest taka, by rozum pokierowany troską o dobro wspólne, czyli dobro wszystkich i każdego z osobna, nie doprowadzał do tego, aby jeden mógł się dorabiać na krzywdzie drugiego. Władza państwowa, społeczna jest roztropną realizacją dobra wspólnego, i to dobra prawdziwego, realnego, a nie tylko jakiegoś idealnego, które ma się spełnić w przyszłości. Polityka nie polega na realizacji wytycznych ideologicznych, ale na dbaniu o dobro wspólne. I tutaj jest konieczność pojmowania polityki jako czegoś, co wyrasta z realiów życia społecznego, z realiów kulturowych. Jest sprawą jasną, że te realia inaczej wyglądały w starożytności, inaczej w średniowieczu, inaczej wyglądają dzisiaj. 

Niestety każda partia, która zrywa kontakt z rzeczywistością, popada wcześniej czy później w dogmatyzm. Tutaj właśnie jest ten dramat polityki. Rzeczywistość zaczyna tracić na znaczeniu. Politycy, potocznie mówiąc, odklejają się od rzeczywistości. Zaczynają kochać siebie z wzajemnością, czcić samych siebie z wzajemnością, wierzą bardziej swej ideologii niż prawdzie o rzeczywistości. Prawda zazwyczaj nie ma dla nich znaczenia albo jest instrumentem zdobywania władzy. Przywódca partii staje się wodzem, nauczycielem, kimś w rodzaju guru. Akolici stojący przy naczelniku partii – wodzu – nie tylko go naśladują, ale i czczą, zabezpieczają go też często przed tym, by nie poznał on prawdy. Normalne i realne życie społeczne nie znosi partyjniactwa, zideologizowanej polityki. Tego zideologizowania i partyjniactwa większość obywateli nie może ścierpieć, bo widzi w tym – słusznie – patologię. Dlatego też jest i w naszej ojczyźnie duża liczba osób, które nie wchodzą w „partyjne spory”, nie biorą udziału w głosowaniach, w tzw. wyborach parlamentarnych czy prezydenckich. Część z nich nie uczestniczy w nich także z lenistwa lub z przekonania, że nie ma to znaczenia, kto i jak rządzi, że sama polityka jest „brudna i zawsze zła, tragiczna”. 

Przy okazji krytyki partiokracji prof. H. Kiereś stawia za wzór podział społeczeństwa na stany. Czy możliwy jest powrót do tego modelu?

Ksiądz J. Piwowarczyk, który był wielkim znawcą życia społecznego i ekonomicznego, zwracał uwagę na to, że społeczność stanowa funkcjonująca w Europie do czasów rewolucji francuskiej spełniała bardzo pożyteczną rolę, ale nie była bez wad. Z czasem, jak każda forma życia społecznego bez należytej troski o nią, popadła w stagnację, niewydolność i nieudolność, stając się przeszkodą w tym dobrym rozwoju, w autentycznym progresie ekonomicznym. Wiemy, że stany, które miały swoje oparcie w czynniku ekonomicznym, w czynniku pracy, wiązały ze sobą kapitał z zarządzaniem, wiązały pracownika z wykonawcą i byciem zarządcą, kimś kto także dokonuje redystrybucji wytworzonych dóbr. Dzięki społeczności stanowej była także powinność moralna kształcenia czeladników i dbania o jakość pracy i jej wytworów, była powinność brania odpowiedzialności za rodziny tychże osób, które z różnych racji nie mogły już wytwarzać, gdy zdarzały się nieszczęścia, choroby, śmierć i kalectwo osób tworzących dany stan. Była tam zatem także bardzo ważna solidarność stanowa, która usuwała kiepskich ludzi ze stanu. Społeczeństwo stanowe stawiało różnego rodzaju wymagania – często sprawiedliwe, rozumne, wynikające z miłości bliźniego – ale bardzo często hamowało to naturalny rozwój życia społecznego, wprowadzało zastój w wytwórczości i redystrybucji dóbr, w szybkim zaspakajaniu potrzeb ekonomicznych. A przecież ludzkie poznanie nieustannie się poszerza i może być podstawą do nowych form działania wytwórczego, nowych sprawniejszych form dystrybucji, nowych lepszych produktów. Adam Smith w swej słynnej pracy Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów dostrzegł, że gdy praca jest właściwie zorganizowana, tak że pracownik w niej wykonuje szybko, proste czynności, czynności wyspecjalizowane dla niego, pozwala to tworzyć szybciej, lepiej, taniej i więcej dóbr, które można z większym zyskiem i ogólną korzyścią redystrybuować. 

Pamiętajmy jednak, że likwidacja społeczeństwa stanowego nie dokonała się li tylko na zasadzie dostrzeżenia jego deficytów i błędów, jakiejś niewydolności ekonomicznej. W czasach nowożytnych i współczesnych ekonomia i polityka, edukacja i wychowanie dostały się pod wpływ projektów budowy raju na ziemi, czyli socjalizmu (utopii), co doprowadziło ostatecznie ludzi do nowej, nieznanej wcześniej niewoli. Niewolą tą była masowa produkcja i konsumpcja rzeczy, próba spełnienia się, uszczęśliwienia poprzez konsumpcję tego, co się wytwarza, przy jednoczesnym zanegowaniu życia człowieka po śmierci, zanegowaniu Boga i samej religii. 

Wiemy jednak, że cały XIX wiek odszedł od społeczeństwa stanowego i stał się też czasem wielkich nieszczęść ludzkich, wielkiego wyzysku człowieka. Był czasem wielkich fortun, które powstawały kosztem szczęścia drugiego człowieka. Bardzo często działo się to na podstawie wyzysku, na podstawie koncepcji płacy minimalnej. Pamiętam z egzaminu doktorskiego z ekonomii, że jedną z teorii i praktyk, które bardzo mocno ugodziły w dobrostan całego społeczeństwa, była praktyka specyficznie i niesprawiedliwie pojętej płacy minimalnej, głosząca to, że trzeba koniecznie robotnikowi płacić jak najmniej, dlatego że jeśli będzie miał mało środków do życia, to nie będzie się rozmnażał i nie będzie w ten sposób przeludnienia, ograniczenia terytorialnego, zaburzeń życia społeczności. Robotnik zarabiający tylko minimum konieczne do przeżycia miał się lepiej oddawać pracy i kierowany strachem przed jej utratą, miał pracować sumiennie i wydajnie, by „zadowolić” pracodawcę i nie dawać mu podstaw do zwolnienia. 

Historia XIX i XX wieku ukazuje, że w bardzo wielu rejonach świata tak pojęta praktyka płacy minimalnej funkcjonowała. Ale jakie to przynosiło efekty? Jednym z nich było powstanie całej klasy społecznej proletariatu, ludzi, którzy tylko pracowali i nie mieli szansy ani na godziwe życie, ani też na posiadanie jakiegoś majątku, tak potrzebnego do wolności osobistej, do dobrego życia indywidualnego i rodzinnego, dającego także pewne bezpieczeństwo socjalne. To wszystko okazało się być źródłem wielu nieszczęść indywidualnych, rodzinnych i społecznych. To zrodziło między innymi tzw. kwestię robotniczą, o której tak jasno pisał w swych encyklikach papież Leon XIII. 

Wracając do pytania, trzeba powiedzieć, że odtworzenie społeczności stanowej typu średniowiecznego czy sprzed rewolucji francuskiej jest niemożliwe. Natomiast jest potrzebna pewna forma konsolidacji grup społecznych zajmujących się pracą, a co za tym idzie – formacji ludzi w danych grupach społecznych. Formacja ta dzisiaj często dokonuje się na bazie tzw. etyk zawodowych (np. prawników, lekarzy, nauczycieli, policjantów, żołnierzy itd.). Ludzie zdają sobie sprawę z tego, że podejmując się jakiejś formy nie tylko pracy, ale służby publicznej, mają pewną misję do wykonania. W realizacji tej misji ważne są honor, czyli szacunek do siebie, świadomość tego, kim się jest i co się człowiekowi należy, ale również i tego, czego człowiek sam nie może uczynić z racji moralnych, bo to też jest elementem składowym honoru. Honor zawodowy usprawnia także do należytego sprawowania swej misji zawodowej. Elementem etyki zawodowej ważnym dla każdej społeczności jest także solidaryzm ze swymi współpracownikami, współpraca oraz wsparcie w potrzebie drugiego człowieka, który ze mną realizuje misje zawodową. Etyka zawodowa daje także usprawnienie do świadczenia różnych aktów miłosierdzia wobec współtowarzyszy pracy. Innymi słowy – pomaga być współodpowiedzialnym za drugich, którzy ze mną pracują, i nie pozostawiać ich nigdy osamotnionymi w potrzebie. No i tutaj potrzebna jest w każdej formie zawodu misyjnego dyscyplina, która tworzy należny porządek działania, a wraz z nim daje człowiekowi siłę, planowość działania, uczy tak potrzebnej rutyny, tworzenia ładu, transparentnego dla innych. 

Tak zwana prawica polityczna, czyli w powszechnym rozumieniu stronnictwo odwołujące się do kapitalizmu w gospodarce i luźno rozumianego konserwatyzmu światopoglądowego, jest efektem socjalistycznego podziału na partie. Gorący medialnie spór lewicy z prawicą jest więc tylko kłótnią w socjalistycznej rodzinie. Czy mimo to można przyjąć deklaratywny konserwatyzm prawicy za dobrą monetę i próbować jakoś żyć z socjalizmem w jej wydaniu, czy raczej należy dążyć do uświadomienia ludziom problemu podziału „lewica–prawica” jako przyjęcia zasad gry przeciwnika i próbować zupełnie zmienić system polityczny, tak aby wyrugować z niego socjalistyczny paradygmat?

To bardzo ważne pytanie. Bez wątpienia konieczność wyrugowania z życia społecznego utopii socjalizmów (czy to lewicowych, czy prawicowych) jest czymś koniecznym, wskazanym, właściwym. Zwrócił Pan uwagę, że ta pozorna walka między lewicą a prawicą, która wywodzi się z czasów rewolucji francuskiej, w istocie rzeczy jest pewną grą interesów. Bardzo często dla społeczności, która bierze w niej udział, i dla obywateli, którzy do końca nie są w niej rozeznani, jawi się jako coś bardzo ważnego, zbawczego, rozstrzygającego. W praktyce jednak socjalizmy realizują fałszywy cel. A gdzie jest fałszywy cel, tam nie można się spodziewać dobrych skutków. W związku z tym, czy posługujemy się takimi środkami, czy innymi, jeśli idziemy w złym kierunku, to musimy spodziewać się katastrofy. Przywołam jeszcze raz to podstawowe rozumienie konserwatyzmu. Pamiętamy o tym, że zwłaszcza Roger Scruton wskazywał, że istotą konserwatyzmu jest przywiązanie do tradycji i kult stałości. Marksizm też może być tradycjonalistyczny, konsekwentny, stały. Może jawić się jako doktryna konserwatywna. Tak pojęty konserwatyzm jest rzeczą absurdalną. Na pewno nie znajdzie wsparcia ze strony ludzi używających rozumu, znających prawdę, czyli np. filozofów realistów.

Jeśli nie socjalizm, to co? Jak przezwyciężyć tak głęboko zakorzenione zafałszowanie rozumienia rzeczywistości?

Jeśli nie socjalizm, to personalizm. Czyli taka forma życia społecznego, w której po pierwsze, akcentuje się godność, podmiotowość i zupełność osoby ludzkiej, a z drugiej strony widzi się w człowieku istotę, która na wiele sposobów jest uwarunkowana, uwikłana w relacje międzyludzkie będące dla osoby czymś naturalnym. Osoba jest istotą wolną, wolną do właściwego dla siebie sposobu doskonalenia siebie, istotą wolną do posiadania i używania różnych dóbr, wolną do ich wytwarzania. U osoby jej wolność jest nierozerwalnie związana z jej rozumnością, tj. ze stanem pokierowania działania ludzkiego prawym rozumem, rozumem uzgodnionym ze stanami faktycznymi, nie zaś tylko z samą wolą ludzką. W personalistycznym ładzie społecznym wolność ta idzie za prawdą i jest nakierowana na realizację dobra realnego i niestojącego w sprzeczności z dobrem godziwym, z ostatecznym celem istnienia człowieka. Ma także swój wymiar moralny, tj. liczy się z zasadami moralnymi, w tym także z właściwym dla człowieka sposobem działania, rozwoju, z tym, co dla człowieka jako człowieka jest po ludzku wykonalne. 

Proszę zwrócić uwagę, że najłatwiej te zagadnienia przedstawić i wyjaśnić, odwołując się do doświadczenia życia rodzinnego. Widzimy, że mężczyzna i kobieta, decydując się na trwałą formę związku, powodowani miłością, przywiązaniem, tym wszystkim, co skłania człowieka do współżycia na wielu płaszczyznach, wzajemnie siebie udoskonalają, ale także wzajemnie się warunkują. Mężczyzna nie może zostać ojcem bez kobiety-matki, a kobieta nie może zostać matką bez mężczyzny. Dziecko nie zostanie człowiekiem bez rodziców, bo ci sprawiają jego istnienie, a rodzice nie są rodzicami bez dziecka. 

Widzimy zatem, że wszyscy – posiadając ludzką godność i takie same przyrodzone prawa, wynikające z naszej przyrodzonej, niezbywalnej godności – wzajemnie się potrzebujemy i wzajemnie siebie warunkujemy w swym działaniu. Oznacza to również, że wnosimy w życie społeczne różne sprawy i w różnym stopniu przyczyniamy się do dobra wspólnego i dobra innych osób. Rodzice mają znacznie większy wkład w istnienie domu niż dzieci. Chociażby poprzez pracę, troskę, przyjęcie życia, udział w sprawstwie życia. To oni wychowują. Ta cała działalność rodziców ma swój właściwy sens i cel. Nie robią tego dla siebie, ale ostatecznie spełniają to dobro z miłości do potomstwa, ale także wypełniając zalecenie Boże, żeby przekazywać życie i czynić sobie ziemię poddaną. Jest tu widoczny aspekt religijny. Wiemy, że człowiek nie powstaje tylko poprzez połączenie materiału genetycznego, ale także za sprawą stwórczego działania Absolutu, który z niczego, na swoje podobieństwo, stwarza duszę będącą zasadą istnienia i bytowania człowieka. Dusza ta ma w sobie zasadę działania, jaką jest rozum i wolna wola. One są tym, przez co osoba ma swą specyfikę, są tym, co stanowi o istocie osoby. Innymi słowy – ustrój społeczny mający charakter personalistyczny to ten, który liczy się z osobowym istnieniem i działaniem człowieka, to ten, w którym struktura społeczna i polityka są oparte na prawym rozumie i ludzkiej wolności, na poszanowaniu podmiotowości człowieka, jego jedności i suwerenności. Można także dostrzec, że personalistyczny ład społeczny, to ten, który istnieje ze względu na dobro osoby. Jeśli zatem nie socjalizm, to właśnie personalizm. On dobrze porządkuje życie społeczne. 

Wytworzenie społeczności personalistycznej jest rzeczą ogromnie trudną, bo personalizm jest czymś wymagającym. Uwzględniając prawdy teologiczne o człowieku, musimy dostrzec, że ludzie wskutek grzechu pierworodnego wolą się oddać w niewolę, niż w trudzie i odpowiedzialności żyć na miarę swego osobowego statusu bytowania. Dlatego też powstają różnego rodzaju kolektywizmy. 

W społeczności kolektywistycznej, gdzie człowieka traktuje się jako niewolną część większej całości, ma się przypisane obowiązki, funkcje społeczne, coś się dostaje, „do czegoś ma się uprawnienie”, jest się cały czas w pewnym systemie. Nie trzeba tu myśleć samodzielnie, brać odpowiedzialności, nie trzeba się trudzić i tworzyć własnych decyzji. Zresztą trudzenie się, tworzenie własnych decyzji nie ma sensu, bo nikt nie może być tym lub zrobić tego, czego kolektyw mu nie wyznaczy. 

W liberalizmie, można próbować za pomocą majątku posiąść władztwo nad innymi ludźmi i ich zniewalać, zmuszać, przekupywać, manipulować nimi. Za pomocą strachu i przemocy można sprawować realną władzę nad drugim człowiekiem, nad całymi społecznościami czy nawet nad wielkimi korporacjami. Ale często jest to wszystko robione w sposób niegodziwy. Liberalistyczny ustrój społeczny nie chce również słyszeć o nauce Zbawiciela, który głosił, że trudno jest wejść bogatemu do nieba, ale nie dlatego, że majątek jest zły, ale dlatego, że on jest zazwyczaj ciężarem i ciąży człowiekowi, ciągnie człowieka w dół, ciągnie ludzkie serce w stronę dobra materialnego i odciąga tym samym człowieka od dóbr ważniejszych, wreszcie od Boga. W materialistycznym i utylitarnym socjalizmie nie może być akceptacji dla nauki Pana Jezusa, którą Ten daje młodzieńcowi. Jak pamiętamy młodzieniec spotyka Pana Jezusa i pyta: Co mam czynić, aby osiągnąć królestwo niebieskie? Pan Jezus odpowiada: Spełniaj przykazania. Młody człowiek na to: Spełniam je. Pan Jezus wejrzał w niego i zobaczył, że ma on duży majątek. Mówi więc do niego: Sprzedaj wszystko, co masz, rozdaj ubogim i chodź za Mną. Ale on się zasmucił, odszedł, bo kochał pieniądze bardziej niż bliźniego i Boga.

Wiele osób przyjęło kłamliwą narrację socjalizmu. Czy jednak można ją jakoś przezwyciężyć, czy istnieją jakieś drogi odkrywania prawdy o autentycznie ludzkim sposobie życia społecznego? Nie tylko Pan, ale również inni filozofowie: o. prof. Mieczysław A. Krąpiec, prof. Włodzimierz Dłubacz, prof. Zbigniew Pańpuch i wielu innych, w bardzo wielu wypowiedziach podkreślacie, że nie ma w Polsce edukacji filozoficznej. Kościół na własne życzenie wycofał się z wpływania na życie społeczne oraz z edukacji. Szkoły państwowe pozostawiają wiele do życzenia. Jak więc można przezwyciężyć zakłamanie mówiące, że nie ma alternatywy dla pozostawania w obrębie któregoś z socjalizmów?

Chcemy wykształcenia filozoficznego nie dla samego wykształcenia filozoficznego. Chcemy go po to, aby uczynić człowieka mądrym, dobrym, pięknym oraz świętym, ale również skutecznym. Brak wykształcenia filozoficznego, który jest wyraźnie obserwowany w kulturze, objawia się chociażby tym, że wydziały filozoficzne nie są oblegane przez studentów, a z programów edukacyjnych prawników, pedagogów czy humanistów filozofia jest usuwana.

Filozofia jako forma poznania, kształcenia, jest szczególnie trudna. Skąd ta podstawowa trudność? Nie tylko z bogactwa przedmiotu, a przedmiotem filozofii jest cała istniejąca rzeczywistość, a więc nie tylko świat materialny, ale także świat kultury, duchowego życia człowieka i nie tylko człowieka. Taką główną przeszkodą w kształceniu filozoficznym jest to, że wszelkie prawdy uzyskiwane na polu poznania filozoficznego ostatecznie wymagają od człowieka indywidualnej, osobistej decyzji. Jeśli się studiuje geografię i dowiaduje się, że w Urugwaju wydobywają tyle a tyle rudy, a w Pakistanie jest tyle owiec czy tyle ludności, nie wymaga to od człowieka jakiejś egzystencjalnej decyzji. Podobnie w naukach fizykalnych czy w matematyce, chemii. I tak w czasie swej edukacji człowiek dowiaduje się, że suma kątów w trójkącie to 180 stopni. A niech wynosi nawet 300! – to nie wiąże człowieka egzystencjalnie. 

Filozofia to forma poznania uniesprzeczniającego, poznania obejmującego całą dostępną człowiekowi rzeczywistość. To forma, której zwieńczeniem jest stwierdzenie istnienia Absolutu nieustannie powołującego do rzeczywistości świat i o ten świat nieustannie się troszczącego, sprawującego nad nim pieczę, sprawującego opatrzność. Ta forma poznania wymaga od człowieka egzystencjalnej odpowiedzi. Wydaje się, że wielu ludzi unika wykształcenia filozoficznego z racji strachu i obaw, uprzedzeń przed tym egzystencjalnym, osobistym zaangażowaniem, które niekiedy wewnętrznie zmusza człowieka do radykalnych zmian swojego życia, a zmiany te niekiedy bardzo dużo wymagają od człowieka i dużo go po ludzku kosztują. 

Sprawa druga, bardzo ważna: poznanie filozoficzne bardzo rzadko dochodzi do wartościowych osiągnięć, kiedy jest bez mistrza, bez szkoły. Historia filozofii i kultury świata zachodniego ukazują, jak wielka jest rola środowiska, które nie tylko inspiruje osoby do badań filozoficznych, ale także do pewnego stopnia oczyszcza wyniki poznawcze za pomocą rzetelnej krytyki, dyskusji naukowych. To wszystko wymaga czasu.

Ja miałem to wielkie szczęście, że przyszedłem na KUL studiować filozofię w 1989 roku. Tam spotkałem i byłem uszczęśliwiony możnością słuchania wielkich ludzi i oglądania i uczenia się od wielkich mistrzów. Takim mistrzem z całą pewnością był śp. o. prof. Mieczysław A. Krąpiec, śp. ks. prof. Andrzej Maryniarczyk, prof. Włodzimierz Dłubacz, prof. Henryk Kiereś, prof. Piotr Jaroszyński, całe grono wielkich postaci, także historyków (ks. prof. Iwo Zieliński), wielkich znawców życia duchowego, religii (s. prof. Zofia J. Zdybicka). Ci ludzie reprezentowali wysoki poziom intelektualny i kulturowy, duchowy, na który zapraszali innych. Trzeba było ich naśladować, gonić za nimi w ich bogactwie życia, poznania. I to wszystko sprawiało, że w tej całej pracy przy zdobywaniu edukacji filozoficznej, człowiek mógł nie tylko poznać swoje słabości, ale także mógł pokosztować radości poznania prawdy. Bo jeśli jest jakiś typ poznania, który jest szczęściorodny, to jest to właśnie poznanie filozoficzne, wynikające z zadziwienia i oczarowania światem.

Jest to poznanie mądrościowe, kontemplacyjne, przekuwające się na praktykę ludzkiego życia, służące kulturze, ale także działalności praktycznej, związanej z wytwarzaniem czegoś, co jest potrzebne człowiekowi na co dzień. Jeśli człowiek jest pozbawiony tego wykształcenia filozoficznego, zaczyna gardzić tym, co robi, bo bycie taksówkarzem, informatykiem czy sprzedawcą nie wyczerpuje człowieka. A jeśli człowiek, dzięki wykształceniu filozoficznemu, widzi w swej pracy całe bogactwo owoców, sens trudów swojej pracy, która czasem jest niezauważana przez innych, to wykształcenie filozoficzne pozwala mu dowartościować siebie samego i życie społeczne. To jest ogromnie ważne. Chodzi o to, żeby nie być głupim i żeby roztropnie czynić rzeczy dobre, nimi się radować, doskonalić.

Wydaje się, że każdy socjalizm ostatecznie kwestionuje i niszczy w człowieku jego życie osobowe, a także cały zespół cnót społecznych. Te ostatnie, jak wiemy, wyrastają z pietyzmu. Tu pojawia się pytanie: czy socjalizm pozostawia miejsce dla pietyzmu – nieco chyba zapomnianej cnoty, której znaczenie podkreśla Pan w swoich licznych wystąpieniach?

Dziś, gdy wskazujemy na pietyzm jako źródło wszelkich cnót społecznych, cnót, w które wyposażony powinien być obywatel – podmiot życia społecznego, narodowego, państwowego – często nie dostrzegamy wielkiej głębi, która jest z nim związana.

Samo słowo pietas występuje w języku łacińskim w różnych kontekstach. Tak jak wskazują na to badacze, pietyzm pierwotnie jawił się jako sprawność, umiejętność należytego odnoszenia się do najbliższych, krewnych, polegająca na wywiązywaniu się z obowiązków wobec nich. To rozumienie pietyzmu jest bardzo cenne, ale ono jeszcze nie oddaje głębi tej cnoty. Tę głębię najpełniej wyraził św. Tomasz z Akwinu na kartach swojej Summy teologii, wskazując na to, że istotą pietyzmu jest serdeczna więź i wdzięczność za dar życia, za dar istnienia, za sprawstwo bytu, jaki się posiada. Więź ta pierwotnie, spontanicznie pojawia się w dziecku w stosunku do rodziców. Widzimy, że u dzieci przychodzi pewien moment w życiu, gdy dzięki należytej formie wychowania i edukacji, odkrywają one skarb swojego istnienia i poznają, że ten skarb jest darem, który przyszedł do nich za sprawą rodziców, sprawców ich życia. Istotą pietyzmu jest afirmacja daru życia, istnienia. I ta afirmacja wiąże się z odkryciem swego dziecięctwa wobec rodziców. Ale pamiętajmy także o tym, że to dziecięctwo z czasem jest odkrywane w stosunku do ojczyzny. Pietyzm staje się dzięki temu siłą napędową patriotyzmu, bo przecież jesteśmy nie tylko dziećmi swoich rodziców, ale także dziećmi ojczyzny. Pietyzm także jest zasadniczą treścią każdego aktu religijnego, każdej ludzkiej pobożności, bo ostatecznie nasze istnienie, istnienie naszych rodziców, naszej ojczyzny, świata, jest darem Boga, który nas obdarował istnieniem i dał istnienie wszystkiemu. Z tego powodu winni jesteśmy Panu Bogu cześć, uwielbienie i miłość, bezgraniczne posłuszeństwo, wdzięczność. Cześć winniśmy również rodzicom, ojczyźnie, podobnie jak posłuszeństwo i wdzięczność. 

Pietyzm jest zatem cnotą bardzo złożoną i złożonym przeżyciem, pojawia się u osób, istot uposażonych w rozum i wolę, możność poznania prawdy i reagowania na dobro miłością. Pietyzm pozwala nam dostrzec naszą autentyczną sytuację egzystencjalną. W tej sytuacji okazujemy się być dziećmi Boga, ojczyzny, swoich rodziców. Jesteśmy kimś, kto otrzymał dar życia. Pamiętajmy, że rozumieniu pietyzmu towarzyszy także głębokie postrzeganie ojcostwa i macierzyństwa, także samego dziecięctwa. Ojciec w tradycji filozoficznej świata zachodniego to ktoś, kto sprawia życie, ale także ktoś, kto to życie karmi na wiele różnych sposobów, ktoś, kto życie doprowadza do pełni, czyli wychowuje, uczy, i ktoś, kto tego życia broni. 

Uświadamiając sobie to, że moje istnienie, życie zostało sprawione przez kogoś innego niż ja, i rozumiejąc, że to jest największy mój skarb – bo przecież gdybym nie żył, to nie mógłbym kochać, być profesorem, tatą – jestem wdzięczny temu, kto sprawił me istnienie, dał mi bytowość. Mam zatem świadomość bycia obdarowanym wielkim dobrem i dlatego rodzi się we mnie naturalna powinność wdzięczności i czci, posłuszeństwa i życzliwości wobec kogoś, kto to sprawił. Widzę, że to moje życie zostało nakarmione. Karmienie nie sprowadza się do dostarczenia żywności ciału, ale jest tym, co rozwija intelekt, wolę, twórczość ludzką. Nie wystarczy dziecko nakarmić, ale trzeba uformować należycie, aby z czasem ono samo chciało być dobre, samodzielne, dojrzałe. Człowieka trzeba uformować – to jest zadanie edukacji i wychowania, ale człowiek zacznie sam siebie wychowywać i uczyć, jeśli zaistniał już w nim pietyzm, który dał mu sposobność dostrzeżenia własnej godności i potrzeby pracy nad sobą – pracy, która staje się także wyrazem uszanowania dla rodziców, narodu, wreszcie Pana Boga.

Pamiętajmy, że od ojców rodzin, ojców narodu oczekuje się obrony życia, chociażby przez izolowanie dziecka od tego, co szkodzi. Dlaczego ojcowie chronią i bronią życie swych dzieci? Przede wszystkim z tej racji, że je kochają i rozumieją, że nie wszystko, co dostaje się do ust, oczu dziecka, je rozwija. Może się dostać coś chorego, plugawego, toksycznego, co dziecku będzie szkodzić, a nawet je zabijać. Rolą ojców jest spełnianie tych funkcji ochronnych i obronnych. Pietyzm w dziecku jest najczęściej efektem zreflektowania przez dziecko tego wielkiego dobra, jakie dzięki ojcom powstaje. Oczywiście we właściwy sobie sposób także matka partycypuje w tym powstawaniu dobra dziecka i w jego rozwoju, formacji i ochrony.

Dziś widzimy, że niestety pietyzm został zapomniany i bywa mocno lekceważony, a nawet utrudniany tam, gdzie panują socjalistyczne zasady. Źródła tego zapomnienia wypływają dziś także z ideologii liberalizmu, który akcentuje wolność i pojmuje to jako stan samorzutności, wylewności, połączony z brakiem zewnętrznej determinacji, ograniczenia. Jeśli nie ma spojrzenia realistycznego, ukazującego relację sprawstwa bytu, istnienia, wzorowania się na czymś, to w takim środowisku trudno jest mówić o pietyzmie. W miejsce pietyzmu pojawiają się ideologie partnerstwa, równości, załatwiania swoich interesów. To wszystko niszczy przyjaźń między ludźmi. To sprawia, że życie ludzkie traci swój powab, bezpośredniość, urok. Jeden z komentatorów nauki św. Tomasza podkreślał, że pietyzm jest serdeczną więzią synowską między dzieckiem a rodzicem, i ta więź jest bezceremonialna, spontaniczna, naturalna. Do taty lub mamy można zawsze przyjść, przytulić się, coś powiedzieć bez zbędnej oprawy, zapowiedzi, przygotowania. Dzisiaj zapominamy o pietyzmie i go lekceważymy, dlatego ojcostwo znika z polityki, życia narodowego i rodzinnego, z całej przestrzeni życia publicznego. Skutkuje to tym, że nie mamy szansy zdobycia autentycznej dojrzałości osobowej, która przecież w nas pojawia się przez edukacyjną i wychowawczą posługę matek i ojców, rodziny. Warto w tym kontekście przywołać także analizy poczynione przez o. M.A. Krąpca. Ojciec Krąpiec, tłumacząc nam dziecięctwo ludzkie, wskazywał, że w naszym życiu jest ono kształtowane od najmłodszych lat przez formowanie w nas trzech cnót.  Pierwszą z tych cnót jest wiara, drugą nadzieja, trzecią miłość.

Wiara jest trwałą dyspozycją do przyjmowania prawdy danej nam mocą autorytetu. Dziecko spontanicznie, naturalnie przyjmuje każde zdanie rodzica, dziadka, wujka, starszego brata jako niekwestionowane. Jeśli mama mówi dziecku: Nie wkładaj niczego do kontaktu, bo tam jest prąd i może być nieszczęście – dziecko wierzy. Nie kwestionuje poznanej prawdy, dlatego że wykształciło w sobie dyspozycję do przyjmowania prawdy na mocy autorytetu, dyspozycję, która potem umożliwia edukację w szkole podstawowej, średniej, na studiach. Dziecko ma zdolność do zawierzenia drugiemu człowiekowi i to w wielu sprawach, sprawach nieoczywistych, niepewnych. Akt wiary to także zdolność do asercji, do poznawania i przyjmowania wraz z treścią wiary jej prawdziwości. Dom rodzinny może na skutek różnych czynników, ale głównie na skutek nieodpowiedzialności rodziców, zniszczyć tę trwałą dyspozycję do wiary i zburzyć jeden z fundamentów duchowego życia człowieka. Wtedy też nie ufa się księdzu, nauczycielowi, drugiemu człowiekowi. To jest droga do sceptycyzmu, agnostycyzmu i ostatecznie do nihilizmu.

Druga ważna cnota to nadzieja. Jest ona trwałą dyspozycją do oczekiwania dobra, zwłaszcza trudnego. Dobra, które jest w przyszłości, przede mną. To jest cnota, która wychyla człowieka ku przyszłości, która wzbudza w człowieku inicjatywę, oczekiwanie, szukanie, rozglądanie się za dobrem. Mama przychodzi z pracy, dziecko woła: Co masz dla mnie? Tata wraca: A zabierzesz mnie na huśtawkę? To jest właśnie działanie nadziei w dziecku jako formy duchowego nakierowania i szukania dobra, oczekiwania go. Czasem dobrem tym są jakieś konkretne rzeczy lub działania, czasem dobra bardzo ważne i duchowe. Istotą nadziei jest duchowe wychylenie się ku dobru, szukanie dobra, ów głód dobra. To ważne, aby ta trwała dyspozycja oczekiwania dobra była obecna w człowieku w całym jego życiu. Przecież bez tego oczekiwania dobra nie sposób zawrzeć relacji małżeńskiej, ciężko pracować na rzecz pokonania różnych trudności. Trudności są w życiu człowieka zawsze; ale tam, gdzie nie ma nadziei, tam jest rozpacz. A gdzie jest rozpacz, jest abnegacja, nihilizm, depresja i samo uśmiercenie. Rodzina z racji bezpośredniego obcowania jej członków ma bardzo wielką szansę na wykształcenie, uformowanie, ugruntowanie cnoty nadziei. Trudno nauczycielowi czy wykładowcy zaszczepić ją osobie, którą widzi tylko przez krótki czas. Podobnie jest z wiarą. Potrzeba trwałego współżycia, więzi, która buduje potem pietyzm i głębokie poznanie jawiące się jako efekt dłuższego przebywania, współżycia, współdziałania, ale także uznania wagi autorytetu. Z tych też racji, jeśli jakiś ustrój socjalistyczny będzie ex definitione deprecjonował rodzinę i jej funkcje, musi realnie szkodzić tym trzem filarom życia duchowego: wierze, nadziei i miłości, musi szkodzić pietyzmowi. 

I wreszcie miłość. Jest ona cnotą, która wiąże się z ruchem ku dobru i rozkoszowaniem się dobrem. Jest to akt łączący człowieka z dobrem i za sprawą dobra wynosi człowieka na wyższy, doskonalszy poziom bytowania. Cieszyć się dobrem i czerpać z niego swoją doskonałość to spełniać miłość. Tym dobrem mogą być lody, może być spotkanie, rozmowa lub też wspólne przebywanie. Są różne dobra, które cieszą i radują, umacniają. Różna jest także z tego powodu ludzka miłość.  Dzisiaj, z racji tego, że dzieci generalnie nie obcują zbyt długo z rodziną albo to obcowanie jest powierzchowne i krótkie – musi słabnąć w dzieciach miłość, a wraz nią także radość, moc, doskonałość życia osobowego.

Jaka jest droga powrotu do normalności w cywilizacji łacińskiej? 

Dla człowieka, który jest wychowany w kulturze polskiej, to sprawa oczywista. Powrót do normalności musi wieść przez odrodzenie życia rodzinnego. Poprzez pietyzm formujemy ludzką duchowość do pobożności, patriotyzmu, współpracy z innymi, służby, szanowania siebie. Człowiek musi zrozumieć, że nie jest byle kim, musi sam sobie powiedzieć: Przecież ja nie jestem byle kim! Jestem dzieckiem ojczyzny, swojego taty, jestem także dzieckiem Bożym, jestem Polakiem! 

Powrót do normalności już się dokonuje w społecznościach, w których naturalny porządek jest najbardziej obecny, czyli w społecznościach związanych z pracą na roli i społecznościach wolnych od zideologizowania, bliskich naturalnemu porządkowi stworzonemu w świecie przez Pana Boga. Ta praca w przyrodzie, w naturze, także podział pracy w rodzinie, te wszystkie rzeczy umacniają w człowieku jego rozumność, w tym sprawność do dostrzegania i szanowania dobra, jakim jest istnienie i własne życie. Nasza polska wieś – wieś prawdziwa, związana z naturą – to wielki skarb narodowy. Także nasze polskie życie rodzinne – jego obyczajowość, tradycja – to przeogromny skarb pomocny w kształtowaniu życia osobowego. I temu życiu dzisiaj zagraża przerobienie rolnika na producenta, i to jeszcze dotowanego unijnie. W ten sposób wiele się zatraca, bo głównym przedmiotem zainteresowania rolnika przestaje być ziemia, natura i przyroda, jej prawa i porządek, a staje się nim jakiś zespół unijnych przepisów i dyrektyw, ewentualny zysk lub strata finansowa. Pozwalając na zniszczenie polskiej wsi, pozbawiamy się naturalnego środowiska wzrostu człowieka – i to jest dramat całego narodu.

Dziś rozpoznać i uporządkować, nazwać te wszystkie sprawy może tylko filozofia realistyczna. Dlatego ona jest dzisiaj tak ważna. Te wszystkie sprawy związane z pietyzmem, z wiarą, nadzieją, miłością, z zagrożeniami ze strony socjalizmu konserwatywnego, czy to lewicowego, czy prawicowego, dla wielu Polaków – na skutek braku wykształcenia – są kompletnie nieczytelne. Dlatego troska o edukację filozoficzną jest ważnym zadaniem.

Kiedyś edukacja filozoficzna była szczególnym przedmiotem zainteresowania kleru, Kościoła hierarchicznego, który widział w klasycznej filozofii, w klasycznej metafizyce, w nauce św. Tomasza nie tylko miecz i tarczę do obrony autentycznej pobożności nabudowanej na Piśmie i Tradycji, ale także uzbrojenie człowieka do normalnego, ludzkiego życia. Jeśli człowiek nie jest mądry, to jest głupi. Jeśli nie jest dobry – jest zły.

Współcześni ludzie (też to późno sam zrozumiałem) dziś często tracą elementarną racjonalność, która wynika ze stosowania pierwszych zasad: tożsamości, niesprzeczności, wyłączonego środka, racji dostatecznej i celowości. Dzisiaj w kulturze dopuszcza się mówić, że kobieta to mężczyzna, co jest pogwałceniem trzech zasad naraz: tożsamości, niesprzeczności i wyłączonego środka. Mówi się o możliwościach zmiany płci. Tego wszystkiego by nie było – przyzwolenia na aborcję czy eutanazję – gdyby ludzie używali rozumu, kierowali się autentycznym, prawym rozumem, działającym według pierwszych zasad. Tych zasad nie możemy udowodnić; one są w bycie, umożliwiają nasze poznanie, wnioskowanie, orzekanie. Ogólnie dzięki nim istnieje nasza rozumność i racjonalność.