Tym, co intelekt ujmuje jako pierwsze i najbardziej oczywiste, jest byt (Tomasz z Akwinu, De veritate)
Bardzo dziękuję Kolegom Arturowi Góreckiemu i Michałowi Jędryce za odniesienie się do mojego tekstu, Flatus vocis. Oba teksty własciwie nie maja charakteru polemicznego, przynajmniej nie w dominującej wypowiedzi są raczej rozwinięciem i wskazaniem na ograniczenia, że tak powiem retoryczne, jakie niesie mój tekst, ograniczenia wynikające z zastosowanego aparatu pojęciowego. Podejrzewam też, że oba teksty są wyrazem głębokiej bolączki, jaka jest moich Kolegów, moim a także środowiska, którego przecież częścią jesteśmy, bolączki. Dwa języki. Język odchodzącej epoki i i język epoki nadchodzącej, rodzącej się. Czy są tak różne, że nie są w stanie siebie przeniknąć, nazwać dla posługujących się nimi rzeczy ważne, takie jak prawda, dobro, piękno, przyczyna, cel, natura? Nie różnię się z Kolegami odnoszocymi się do mego tekstu w tym, że te pojęcia są dziś trudno zrozumiałe, nieobecne w debacie, naznaczone wieloznacznością płynącą z ujęć tych terminów w naukach szczególowych. Zgadzam się też w całęj rozciągłości w tym, że filozofia maksymalistyczna, odpowiadająca na wielkie pytania, może się posługiwać różnymi metodami. Sokrates, ze swoją maieutyczną (położniczą) metodą był przecież przede wszystkim pedagogiem rozumu. Prawdą jest, że nierozpoczynając od wykładu metafizyki, tylko stawiając pytania, był akuszerem odpowiedzi na fundamentalne, filozoficzne pytania. Tak, prawdą jest, że nie ma u Sokratesa wykładu metafizyki, ale przecież odpowiedzi, pod które podprowadzał, ukazują realność prawdy, dobra, piękna. Podobnie Platon – swoim doświadczeniem Piękna prowadzi do pytania o jego źródło, i Augustyn, ze swoim niepokojem, niespokojnym sercem – wskazuje na ostateczną Prawdę, nienaruszalną zasadę rzeczywistości. Ba, Augustyn idzie nawet dalej i tu rzeczywiście może stac się bliski współczesnemu człowiekowi, lubującemu się w głebokim doświadczeniu siebie, w zaczynaniu refleksji od doświadczenia siebie, które tak dobrze znamy od Kartezjusza. Pyta bowiem w Solliloquiach: „Scis te esse?”(„Czy wiesz, że istniejesz?”), na co rozmówca odpowiada: „Scio” (Wiem). Ale Augustyn dalej pyta: „Skąd to wiesz?” I prowadzi analizę pokazującą, że sam akt wątpienia, myślenia czy poznawania zakłada istnienie podmiotu. Jeszcze bliżej Kartezjusza jest jednak słynne zdanie z dzieła De Civitate Dei: „Si enim fallor, sum.” (Jeżeli się mylę, to istnieję).Wszystkie te drogi – i Sokratejska, i i Platońska i Augustyńska zachowują swą aktualność – ostaecznie mieszczą się w wysiłku ludzkiego rozumu, by odkryć ostateczną rację rzeczywistości, rację prawdy, dobra, piekna i warunek ludzkiego szczęścia, którego pragnienie zawsze tkwi w niespokojnym sercu człowieka.
Będę jednak bronił św. Tomasza, nie jego formułek, bo na nich zbyt często w odniesieniach do Tomasza poprzestawano, ale tego, co w pozornie suchcych formułach się zawiera, a co u niego fundamentalne – czyli zetknięcie z esse, istnieniem, które jest u początku filozofowania. llud quod primo intellectus concipit quasi notissimum est ens. „Tym, co intelekt ujmuje jako pierwsze i najbardziej oczywiste, jest byt.” Jacques Maritain określi to potem, wiele wieków później, gdy Tomasz będzie miał szanse na ponowne (a może pierwsze w historii?) swe odkrycie „intuicją bytu” (intuition de l’être). Jeszcze dalej pójdzie inny „odkrywca” tego, co u Tomasza najważniejsze i rozstrzygające, Etienne Gilson. Powie: „Tomasz jest filozofem istnienia.”. Zaraz zawtóruje mu Maritain: „Metafizyk rodzi się w chwili, gdy ten, który poznaje, odkrywa cud istnienia!” Nie jest to ani przeżycie mistyczne, ani emocja – to czysty akt intelektu. Jednak współczesnego człowieka coraz rzadziej na niego stać. Może już w ogóle nie jest do niego zdolny. Twierdzę, że Grek, człowiek schyłku Cesarstwa, człowiek średniowiecza dlaczego czy nawet zwykły chłop żyjący przed dwustu laty spontaniczniej dostrzegał byt niż człowiek współczesny. Nieraz wspominam moją krewną, prostą kobietę, żyjącą na wsi. Chodziłem z nią po polach, a ona opowiadał o tym, jak to się dzieje, że ziarno przeradza się w kłos, dlaczgo słońce wschodzi, a potem zachodzi, dlaczego zmieniają się pory roku, dlaczego przychodzą deszcze i mrozy, dlaczego ptaki krążą nad ścierniskiem a dzień robi się coraz krótszy. To była prosta kobieta, miała skończoną czteroklasową szkołę podstawową, do której uczęszczała jesszcze przed wojną. (Często widziałem, jak klęczałą w izbie swojej chaty i odmawiał Różaniec, jak chodziła z mszalikiem do dość odległego kościoła, tak, tak chodziła z tym mszalikiem już po reformie liturgii). Zapadły we mnie jej opowieści. I gdy wiele lat później siedziałem w sali uniwersyteckiej i słuchałem wykłądów o. Krąpca, który opowiadał o przyczynowości, celowości, niekonieczności i prymacie istnienia, opowiadał technicznym językiem, przeplatając greką i łaciną, objaśniając kategorie, substancjie i natury, ja uderzałem się otwartą dłonią w czoło i mówiłem ze zdumieniem: „Przecież wiem już to wszystko! To moja kochana, stara ciotka Oleszkowa mi opowiadała! Dokładnie to samo!”
Tak, miał rację Maritain, gdy twierdził, że metafizyka rodzi się z intuicji bytu. Problem w tym, że cała współczesna kultura pracuje nad tym, by uniemożliwić pojawienie się tej intuicji.
Przede wszystkim żyjemy w świecie nieustannego rozproszenia. Nigdy wcześniej człowiek nie był bombardowany taką ilością informacji, obrazów, komunikatów, bodźców. A intuicja bytu wymaga zatrzymania, ciszy, spokoju. Nie ma szans zrodzić się podczas przewijania kolejnych wiadomości ani podczas śledzenia politycznych sporów.
Drugą przeszkodą jest dominacja użyteczności. Współczesny człowiek niemal wszystko postrzega przez pryzmat funkcji. Nie patrz na drzewo jak na misterium istnienia, coś, co jest cydem, tylko jak na materiał, którego można użyć. Człowiek nie jest tajemnicą, złożoną i parostą zarazem, osobą, zdolną do transcendencji – jest zasobem. Uniwersytet nie jest miejscem kontemplacji i stawiania „nieuzytecznych” pytań, jest producentem wyspecjalizowanych narzędzi do obsługi sektorów biznesu, handlu, przemysłu i geopolityki. Kultura nie prowadzi nad do piękna i katharsis, jest rozrywką, która każdemu się należy, w dodatku głośną, szokującą i degradującą odbiorcę. Nie, w takich warunkach nie pojawi się intuicja bytu.
Metafizyka narodziła się w cywilizacji ludzi wolnych, którzy mieli czas na kontemplację. Arystoteles powtarzał, że filozofia rodzi się ze zdziwienia. My, w ciągłym pośpiechu, utraciliśmy zdolność zdziwienia
Trzecia przeszkoda ma charakter jeszcze głębszy. Od kilku stuleci Zachód stopniowo przyzwyczajał się do myślenia, w którym pierwszeństwo ma świadomość, nie byt. Od Kartezjusza przez Kanta aż po znaczną część współczesnej filozofii nie pytamy już o to, co istnieje, ale o to, jak poznajemy, jakie są warunki prawdziwego poznania, koncentrujemy się nie na rzeczywistości, ale jej poznawczej reprezentacji, to ona jest przedmiotem naszego zainteresowania i dociekań.
Cóz wobec tego czynić? Myślę, że zarówno Michał jak i Artur zgodzą się, że tego, czego dziś najbardziej brakuje – jest szkoła. Szkoła w pierwotnym znaczeniu, nie jako instytucja (to potem, z czasem), ale szkoła jako sposób życia. Greckie słowo σχολή (scholē), z którego wzięłą się łacińska, zrazu przyklasztorna, schola, z której z kolei wykształciła się instytucja Uniwersytetu miało, jak w to grece bywa, bogate znaczenie. Nie oznaczało ono pierwotnie miejsca nauczania, a czas wolny od codziennych trosk, czas wolny od konieczności, przestrzeń uwolnioną od praktycznych zajęć, rzeczywistość, w której człowiek odgrodzony od tego, co codzienne – oddawał się dociekaniu ostatecznych racji rzeczywistości, jej kontemplacji. W takich warunkach mogła uruchomić się, zaktualizować, wspomniana wcześniej intuicja metafizyczna, intuicja bytu.
Zatem największym kryzysem współczesnej kultury jest utrata scholē. Nigdy wcześniej człowiek nie dysponował taką ilością czasu wolnego, a jednocześnie nigdy wcześniej nie był tak całkowicie pozbawiony przestrzeni kontemplacji, wyciszenia. Każda chwila, która potencjalnie mogłaby stać się czasem odgrodzonym od codzienności – zostaje natychmiast wypełniona informacją, opinią, komentarzem, obrazem lub rozrywką. Żyjemy w świecie nieustannej aktualizacji, który nieustannie kieruje naszą uwagę ku temu, co chwilowe, zmienne i powierzchowne. Owszem, bez przerwy reagujemy na rzeczywistość jak na bodźce. patrzymy na nią, nie kontemplujemy ani jej nie zgłębiamy. Żyjemy w świecie aktualności, która co chwilę staje się nieaktualna.
Oznacza to, że dokonujemy gwałtu na naszej naturze. Ostatecznym bowiem horyzontem ludzkiego poznania nie jest rzecz użyteczna, polityczna, medialna ani nawet naukowa. Ostatecznym horyzontem intelektu jest sam Bóg. Bo intelekt nie jest stworzony dla tego, co częściowe i przemijające, choć tak go traktujemy – wbrew jego naturze.
Myślę, że tu jest clou problemu, a nie w greckich czy łacińskich pojęciach. Joseph kard. Ratzinger, później Benedykt XVI zauważał i podkreślał, że spotkanie chrześcijaństwa z filozofią grecką nie było dziejowym przypadkiem ani rezultatem późniejszej intelektualnej kolonizacji Ewangelii przez kulturę hellenistyczną. W jego przekonaniu między biblijną wiarą w Boga Stwórcę a greckim poszukiwaniem (L)logosu zachodziła głęboka wewnętrzna zgodność. Chrześcijaństwo od samego początku rozumiało siebie jako religię Słowa, a więc także religię rozumu, który jest zdolny odkrywać prawdę o rzeczywistości. Dlatego każda próba oddzielenia wiary od metafizycznego dziedzictwa Grecji prowadzi ostatecznie nie do oczyszczenia chrześcijaństwa, lecz do osłabienia jego własnej samoświadomości. Ratzinger dostrzegał w dziejach Zachodu kolejne fale takiej dehellenizacji: najpierw tą doknaną w różnych nurtach Reformacji, następnie liberalno-nowoczesną, a wreszcie współczesną, inspirowaną pluralizmem kultur i nieufnością wobec uniwersalnych roszczeń rozumu. Wszystkie one wychodziły z podobnego założenia, że należy uwolnić chrześcijaństwo, a włąściwie całą kulturę (to współcześnie) od greckiej metafizyki i sprowadzić je do czystego doświadczenia religijnego albo uczyć się zupełnie nowego języka. Jednak za każdym razem ceną takiego zabiegu okazywało się stopniowe zubożenie samej wiary, która odłączona od logosu traciła zdolność rozumienia własnej treści. To z kolei przynosiło zatruty owoc chaosu w całej kulturze, chaosu cywilizacyjnego. Wraz z odrzuceniem metafizyki słabł bowiem nie tylko rozum, lecz także zdolność mówienia o prawdzie, naturze, dobru, i celu, o całej rzeczywistości istniejącej niezależnie od ludzkiego przeżycia. Można wręcz powiedzieć, że tam, gdzie kultura przestaje pytać o byt, wcześniej czy później zaczyna mówić już tylko o doświadczeniu i doznaniach człowieka. Wcale nie odzyskuje prostoty, ani zaspokojenia naturalnych inklinacji człowieka, za to źródło swej intelektualnej i kulturotwórczej intelektualnej siły.
Jestem przeknany, że problem nie leży w dominacji takiej czy innej szkoły filozoficznej i marginalizacji innej. Nie jest też problemem pierwszoplanowym niezrozumiały język. Przyczyna tego, że mówienie współczesnemu człowiekowi, w jakikolwiek sposób do prawdzie, dobru, naturze i celu jest niemozliwe jest antymetafizyczna i antykontemplacyjna cywilizacja, która dokonuje gwałtu na samym rdzeniu ludzkiej istoty – na jego inklinacji do poznawania, do działania ku dobru, w końcu – na braku zdolności do dostrzegania piękna.
Odnowa kultury musi rozpocząć się jeszcze wcześniej niż odnowa metafizyki. Musi rozpocząć się od odnowy warunków umożliwiających narodziny metafizyki. Tak, potrzebujemy więcej Sokratesa, więcej Platona i więcej Augustyna, z tym wszystkim co wnieśli do naszego dziedzictw, co do tego zgoda, że za nimi należy podążać. Być może potrafią doprowadzić człowieka do miejsca, w którym Tomasz rozpoczyna swoją refleksję. Ich zadaniem jest obudzić zdziwienie, zachwyt i niepokój ducha, zadaniem zaś Tomaszaza jest ukazać metafizyczne znaczenie tego, co zostało odkryte.
Jeżeli nie odzyskamy zdolności do scholē, jeżeli nie odzyskamy sztuki kontemplacji i nie nauczymy się ponownie doświadczać samego faktu istnienia rzeczy, wówczas wszystkie nasze dyskusje o naturze, substancji, celu, przyczynie i dobru będą przypominały rozmowę o owocach drzewa, którego korzenie dawno już uschły. Metafizyka nie jest w głównym swym rdzeniem systemem pojęć, definicji i rozumowań, choć tym wszystkim się posługuje. Ale zaczyna się od zdumienia, od intuicji bytu, które prowadzą do Mądrości. Można z Sokratesem, Platonem, Arystotelesem i Augustynem, w gruncie rzeczy także z innymi, od których można się czegokolwiek w tej merze nauczyć, przywracać to najgłębsze, naturalne pragnienie intelektu, które nie jest skierowane ku temu, co aktualne, lecz ku temu, co absolutne. Bardzo pięknie, we włąściwy sobie sposób lapidarnie nazwał to pragnienie św. Tomasz: „Naturale desiderium intellectus est videre divinam substantiam.” (S. th. I, q. 12, a.1). W tym zawiera się też to, co św. Jan Paweł II w swej encyklilce Fides et ratio określił „nieprzemijającą nowością św. Tomasza. Nie polega owa „nieprzemijająca nowość” na tym, że Tomasz mówi językiem każdej epoki, ale że dociera do tego poziomu, który jest wspólny wszystkim epokom, nawet tym, które zupełnie go nie dotrzegają albo go utraciły. Tym poziomem i zarazem szczytem refleksji filzoficznej, na który musimy na nowo się wspinać jest filozofia bytu (por. FeR, 97).
Nie można nie dopowiedzieć, by podsumować to co powiedzieliśmy o kontemplatywnej, nakierowanej na byt, prawdę dobro i piękno ludzkiej naturze – przyszłość filozofii, jak zauważył Josef Pieper „jest zapewne ściśle związana, jeżeli w ogóle nie identyczna z przyszłością człowieka.”
Arkadiusz Robaczewski
