Tekst Arkadiusza Robaczewskiego Flatus vocis. O współczesnym kulcie wartości[1] oraz polemika Michała Jędryki Nie wystarczy referowanie św. Tomasza[2] tworzą razem rozmowę, w którą warto się włączyć. Obaj autorzy mają rację w tym, co najważniejsze: dzisiejsza paplanina o „systemach wartości” jest istotnie pustosłowiem, eleganckim parawanem dla relatywizmu[3], a klasyczna filozofia realistyczna pozostaje jedynym poważnym lekarstwem na ten zamęt. Spór dotyczy drogi, nie celu. I właśnie w tym aspekcie pozwolę sobie na pewne dopowiedzenie.
Zgadzam się z Michałem Jędryką, że sama Tomaszowa terminologia – natura, istota, akt, możność, operari sequitur esse – uderza dziś w mur niezrozumienia. Chciałbym jednak pójść trochę dalej niż jego sokratejska propozycja pedagogiczna. Sokrates i Platon nie są bowiem tylko łagodniejszym przedsionkiem dla Tomasza. Są pełnoprawną drogą filozofii klasycznej, drogą, której w chrześcijaństwie strzegł i którą rozwinął przede wszystkim św. Augustyn.
Realizm ma dwa płuca
Mówiąc „realistyczna filozofia klasyczna”, najczęściej mamy na myśli wyłącznie tradycję arystotelesowsko-tomistyczną. To zubożenie. Realizm – rozumiany jako przekonanie, że rozum ludzki naprawdę poznaje rzeczywistość, że istnieje obiektywne dobro zakorzenione w bycie, że prawda nie jest projekcją podmiotu – ma w tradycji europejskiej dwa „płuca”. Jedno bije rytmem Stagiryty i Akwinaty: porządkuje, definiuje, rozróżnia, buduje katedrę pojęć. Drugie bije rytmem Sokratesa, Platona, Augustyna, w pewnej mierze także Bonawentury i całej tradycji mistyki intelektualnej: pyta, wstrząsa, oczyszcza, prowadzi duszę ku Dobru, które jest zarazem Prawdą i Pięknem.
To są dwa sposoby tej samej filozofii, nie dwie filozofie. Robaczewski mówi językiem pierwszego płuca. Jędryka słusznie przypomina, że istnieje drugie. Ja chciałbym dodać, że to drugie płuco nie jest tylko pedagogicznym wstępem, ale ma własną metafizyczną gęstość – i to taką, która być może lepiej odpowiada intelektualno-duchowej kondycji człowieka współczesnego.
Czemu właśnie Sokrates
Sokrates nie jest tylko mistrzem określonej metody. Jego pytanie – „czy wiesz, o czym mówisz?” – jest aktem metafizycznym. Zakłada bowiem, że istnieje coś takiego jak rzeczywista treść pojęć, że sprawiedliwość, odwaga, pobożność nie są nazwami uczuć ani konwencji, lecz odsyłają do czegoś, co jest. Ta sokratejska „technika” jest dziś niezastąpiona właśnie dlatego, że nie wymaga od rozmówcy uprzedniego przyjęcia żadnego aparatu pojęciowego. Wymaga uczciwości wobec własnego rozumu.
A przecież to właśnie tej uczciwości brakuje człowiekowi, który mówi „mam swoje wartości”. Sokrates pokazałby, że człowiek wypowiadający je nie wie, co mówi, i – co ważniejsze – nie wie, że nie wie. To jest stan głębszy niż błąd. To stan, w którym nie ma jeszcze miejsca na dyskusję, bo nie ma jeszcze pytania. Zdziwienie i postawienie pytania jest pierwszym aktem filozoficznym.
Czemu Platon
Platon pokazuje, że dusza podąża w określonym kierunku, że istnieje erōs prawdy – pragnienie, które wyrywa człowieka ze świata cieni ku temu, co jest naprawdę. To nie jest sentymentalizm ani estetyzm. To jest metafizyka, tyle że wyłożona inaczej niż u Arystotelesa. Idee Platona nie są bowiem – wbrew karykaturze – „obiektami w jakichś zaświatach”. Są tym, co czyni rzeczy tym, czym są, i co czyni je poznawalnymi. Dobro samo, ku któremu wznosi się dusza w Państwie, jest źródłem zarówno bytu, jak i poznania. Rzeczywistość ma strukturę, którą rozum odnajduje, nie wymyśla.
Ważne jest też to, co Michał Jędryka tylko wzmiankuje: Platon mówi językiem piękna. Triada prawda – dobro – piękno nie czeka u niego na scholastyczne dopracowanie transcendentaliów; jest obecna od początku jako żywe doświadczenie duszy. A piękno – co powtarzam za redaktorem Jędryką, ale chcę mocniej podkreślić – jest dziś tym, czego nowoczesność nie zdołała całkowicie unicestwić. Człowiek, który nie wierzy w prawdę i odrzuca dobro, jeszcze – przynajmniej czasami – potrafi zamilknąć wobec katedry w Chartres, mszy w rycie rzymskim, Pasji według św. Mateusza albo zwyczajnie wobec twarzy własnego dziecka. Tą furtką wchodzi się w realizm.
Augustyn – brakujące ogniwo
Św. Augustyn jest tym, który przeniósł sokratejsko-platońską drogę w samo serce chrześcijaństwa i pokazał, że nie jest ona tylko pogańskim wstępem, lecz pełnoprawnym językiem filozofii chrześcijańskiej. To Augustyn powiedział: „niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”. Zdanie to zawiera ogromny potencjał psychologiczny, antropologiczny, etyczny i metafizyczny. Mówi mianowicie, że człowiek ma naturę zorientowaną – że jego pragnienie nie jest dowolne, lecz wpisane w sposób, w jaki został stworzony. Operari sequitur esse zostaje tu wyrażone językiem serca, nie traktatu, ale jego istota jest ta sama.
Augustyn pokazał także, że prawda jest wewnętrzna i zewnętrzna zarazem. Veritas habitat in interiore homine – prawda mieszka we wnętrzu człowieka – nie oznacza subiektywizmu, lecz przeciwnie: oznacza, że obiektywne Dobro spotyka się z człowiekiem w jego najgłębszym wnętrzu, bo to wnętrze zostało stworzone na jego miarę. Dzisiejszy człowiek, podejrzliwy wobec zewnętrznego autorytetu, podejrzliwy wobec „natury” jako kategorii, która stała się dla niego niejasna – ten człowiek może być jeszcze gotów posłuchać św. Augustyna, który prowadzi go ku prawdzie przez jego wnętrze, nie wbrew niemu.
Sytuacja Tomasza i sytuacja nasza
I tu dochodzimy do różnicy, która wydaje mi się kluczowa, a której Michał Jędryka dotyka, ale której nie nazywa wprost. Św. Tomasz w XIII wieku podejmował dialog z myślą obcą chrześcijaństwu – z Arystotelesem przyswajanym przez filozofię arabską, z Awicenną, z Awerroesem. Ale była to myśl filozoficzna w pełnym sensie tego słowa: realistyczna, metafizyczna, przekonana, że rozum poznaje byt, że istnieje natura rzeczy, że można dociekać prawdy. Tomasz toczył spór wewnątrz wspólnego założenia o racjonalności świata. Spór dotyczył tego, jak rozum poznaje rzeczywistość, nie tego, czy w ogóle istnieje rzeczywistość poznawalna.
Nasza sytuacja jest zupełnie inna. Większość współczesnych nurtów filozoficznych – od późnego Wittgensteina przez Rorty’ego po francuski poststrukturalizm i jego ideologiczne przedłużenia – nie dzieli z nami nawet tego wspólnego założenia. Nie spieramy się dziś o to, jak rozum poznaje byt. Spieramy się o to, czy rozum w ogóle poznaje cokolwiek, co istniałoby niezależnie od języka, władzy, tożsamości albo woli. To nie jest spór wewnątrz realizmu. To jest spór z odmową realizmu jako takiego.
Dlatego pomysł, że dziś trzeba „podjąć dialog ze współczesną filozofią tak, jak Tomasz podjął dialog z Arystotelesem”, jest oparty na nieporozumieniu. Arystoteles przed Tomaszem był już filozofem realistycznym, potrzebującym „chrztu”, ale nie potrzebującym przekonywania, że istnieje natura rzeczy. Współczesna postchrześcijańska filozofia w swoim głównym nurcie nie potrzebuje chrztu – potrzebuje najpierw uświadomienia sobie, że odrzuciła sam grunt, na którym filozofia w ogóle stoi. To jest praca przedmetafizyczna. I dlatego właśnie sokratejsko-platońsko-augustyńska droga wydaje się tutaj dobrym rozwiązaniem.
Tomasz mógł wejść w spór jako równy z równym. My najczęściej musimy zacząć od pytania: czy w ogóle jest jeszcze o czym rozmawiać?
Co to znaczy w praktyce
Nie chodzi więc, jak słusznie zauważa redaktor Michał Jędryka, o porzucenie Tomasza. Wręcz przeciwnie – trzeba nam do Tomasza wrócić. Ale… No właśnie… Chodzi o coś, co być może warto nazwać pełniejszym realizmem. O przypomnienie, że klasyczna tradycja chrześcijańska miała od początku dwa skrzydła – platońsko-augustyńskie i arystotelesowsko-tomistyczne – i że osłabienie jednego z nich osłabia ją całą.
W praktyce oznacza to kilka rzeczy. Po pierwsze, że krytyka „systemów wartości” – dobrze przeprowadzona przez Arkadiusza Robaczewskiego – powinna iść w parze nie tylko z odwołaniem do natury bytu, ale i z odwołaniem do doświadczenia duszy: jej niepokoju, pragnienia, zdolności do zachwytu i wstydu. To są realne fenomeny, nie metafory. Augustyn potrafił z nich uczynić filozofię. My także powinniśmy to zrobić.
Po drugie, że dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebne jest wskazywanie piękna jako drogi do prawdy. Człowiek, który zobaczy, że piękno nie jest kwestią jego gustu, lecz odsłonięciem rzeczywistości, łatwiej zrozumie, że dobro też nie jest tylko subiektywną preferencją.
Po trzecie, że trzeba mieć odwagę przyznać, iż dialog z dominującymi dzisiejszymi nurtami filozoficznymi nie jest dialogiem między dwoma realizmami, lecz konfrontacją realizmu z czymś, co realizmu się wyrzekło. To nie znaczy, że dialog jest niemożliwy. Znaczy, że jest inny niż ten, który podjął Tomasz. Bliższy raczej temu, jaki podejmował Augustyn z manichejczykami i sceptykami – walce o samą możliwość prawdy, zanim w ogóle będzie można mówić o jej treści.
Zakończenie
Arkadiusz Robaczewski ma rację, gdy pisze, że dobro jest zakorzenione w bycie, a moralność wyrwana z rzeczywistości staje się grzęzawiskiem preferencji. Michał Jędryka ma rację, twierdząc, że Tomaszowy język nie zawsze ma dziś gdzie „wsiąknąć” i potrzebujemy pedagogiki powrotu. Dodam, że ta pedagogika nie jest taktycznym zabiegiem wobec słabości słuchacza, lecz odzyskaniem pełni klasycznej tradycji. Sokrates, Platon, Augustyn – to nie są pomoce dydaktyczne przed wykładem ze św. Tomasza. To są filozofowie, którzy potrafili powiedzieć o człowieku i o rzeczywistości rzeczy, do których Tomasz mógł się potem odwołać i na których mógł się oprzeć.
Dziś nie ma już wspólnego gruntu. Trzeba ten grunt zbudować na nowo – a właściwie pozwolić mu się odsłonić tam, gdzie został przysypany. I do tego potrzebni są zarówno Sokrates i Platon, jak i św. Augustyn oraz św. Tomasz. Bo realizm filozoficzny zaczyna się tam, gdzie ktoś poważnie pyta, czym jest prawda i dobro.
A wszystko to – odbudowa wspólnego gruntu realizmu, powrót do Tomasza przez „bramę” Platona i Augustyna, przywrócenie pytaniu o prawdę jego dawnej powagi – będzie możliwe tylko wtedy, gdy sięgniemy ponownie po sprawdzone narzędzie klasycznej edukacji, jakim są artes liberales. To one bowiem – trivium i quadrivium – kształtowały przez stulecia umysł zdolny do realizmu: ucząc najpierw poprawnie myśleć i mówić, a dopiero potem mierzyć się z rzeczywistością w jej metafizycznej głębi[4].
Dlatego też, w przeciwieństwie do Arkadiusza Robaczewskiego, nie jestem aż takim optymistą, jeśli chodzi o możliwość prowadzenia rzeczywistego dialogu ze współczesną filozofią w jej dominującym nurcie. Tomasz mógł rozmawiać z Awerroesem i Awicenną, bo dzielił z nimi przekonanie, że istnieje rzeczywistość niezależna od poznającego umysłu i że rozum jest zdolny ją uchwycić – spór toczył się zasadniczo wewnątrz realizmu, o jego kształt, a nie o samą jego możliwość. Tymczasem dziś, gdy filozofia akademicka w znacznej mierze odrzuciła samo pojęcie prawdy obiektywnej, gdy „rzeczywistość” bierze się w cudzysłów, a metafizykę traktuje jako przesąd minionej epoki – brakuje wspólnego gruntu, na którym taki dialog mógłby się w ogóle rozpocząć. Dlatego sądzę, że zanim będzie możliwa rozmowa, konieczna jest praca przedwstępna: cierpliwe odbudowywanie warunków, w których pytanie o prawdę znów stanie się pytaniem poważnym – i właśnie tutaj platońsko-augustyńskie skrzydło tradycji, wraz z artes liberales, okazuje się nie luksusem, lecz koniecznością.
Artur Górecki
[1] Zob. https://myslkonserwatywna.pl/robaczewski-flatus-vocis-o-wspolczesnym-kulcie-wartosci/, dostęp: 22.05.2026.
[2] Zob. https://christianitas.org/news/nie-wystarczy-referowanie-sw-tomasza/, dostęp: 22.05.2026.
[3] Por. A. Górecki, Dlaczego demoliberalizm nie może rozstrzygnąć sporu o wychowanie – kryzys fundamentów,
https://ordoiuris.pl/cywilizacja/dlaczego-demoliberalizm-nie-moze-rozstrzygnac-sporu-o-wychowanie-kryzys-fundamentow/, dostęp: 22.05.2026
[4] Por. A. Górecki, Formowanie człowieka. Szkice o edukacji, Dębogóra 2025.
