Od pewnego czasu, ilekroć ktoś w katolickim środowisku ośmieli się powtórzyć to, czego przez stulecia uczyli Ojcowie, Doktorowie, święci, teolodzy moralni oraz „przedsoborowe” Magisterium o wstydliwości i skromności stroju, natychmiast pojawia się ten sam, dobrze już wytarty zarzut: „to purytanizm”. Pani Anna Mierzwa powtórzyła ów zarzut w formie bardziej wytwornej, obudowując go katedrami, Sisi, Marią Antoniną i eksperymentem myślowym z kaplicą katolickich tradycjonalistów. Szkoda tylko, że wytworność retoryki nie zastępuje precyzji pojęć.

Zacznijmy od tego, co w tekście jest prawdziwe, aby potem jasno powiedzieć, co jest już tylko pomieszaniem porządków.Prawdą jest, że Christianitas nie utożsamiała świętości z brzydotą. Prawdą jest, że katolicyzm nie jest manicheizmem i nie uważa materii, koloru, koronek ani kobiecej urody za coś złego samego w sobie. Prawdą jest również, że dwory Habsburgów i Burbonów nie wyglądały jak zbór w Massachusetts. To wszystko można przyjąć bez sporu. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy z faktu, iż arystokratka z XVIII wieku  nosiła perły, odsłaniała ramiona oraz dekolt, wyprowadza się wniosek, iż katolicka norma skromności jest w istocie „purytańskim nalotem”, a współczesna tradycjonalistka w długiej sukni, z zakrytymi ramionami i bez głębokiego dekoltu, zdradza „ducha Christianitas”.Otóż nie zdradza. Zdradza co najwyżej wyidealizowany obraz dworu, który pani Mierzwa wydaje sę wręcz utożsamiać z katolicką ortodoksją.

PO PIERWSZE: nie każda historyczna praktyka katolickiej Europy jest katolicką normą moralną.
Christianitas to nie tylko katedry i polifonia. To także dwory, na których cnotę mieszano z rozpustą, małżeństwa zawierano z racji dynastycznych, a kaznodzieje od pokoleń narzekali na bezwstyd wielkich tego świata. Maria Antonina jest w tym wywodzie wręcz przykładem kompromitującym. Jeśli ktoś chce wiedzieć, jak „wyglądała Christianitas”, niech nie zaczyna od Wersalu w przededniu katastrofy, lecz od tego, co o stroju niewiast mówili Klemens Aleksandryjski, św. Cyprian, św. Jan Chryzostom, św. Brygida Szwedzka, św. Jan Vianney, a w wieku XX — instrukcje wydane za Piusa XI i św. Pio z Pietrelciny.
Dwór może być katolicki politycznie i jednocześnie zepsuty obyczajowo. To nie jest żadne odkrycie. To banalna prawda o historii katolicyzmu i katolików. Robienie z sukni balowej damy dworu Ludwika XIV wzorca chrześcijańskiej wstydliwości jest mniej więcej tak roztropne, jak robienie z uczt Borgia wzorca chrześcijańskiego postu.

PO DRUGIE: etykieta „purytanizmu” jest w tym sporze nie argumentem, lecz wytrychem.Od lat powtarzam, i powtórzę znowu: kalwinizm, jansenizm i purytanizm są błędne, a w kluczowych punktach heretyckie, z całkiem innych powodów niż niechęć do dekoltu czy mieszanych płciowo tańców. Tradycyjna doktryna katolicka nie potępia purytanizmu za to, że kobieta ma zakrywać ramiona i dekolt. Potępiła ich za błędy o predestynacji, usprawiedliwieniu, sakramentach i kulcie.
Wskazywanie, że jakiś pogląd podzielali również heretycy, a następnie wnoszenie, iż każdy, kto ów pogląd powtarza, jest heretykiem albo też jest w jakiś sposób przez nich zainspirowany, jest rozumowaniem tyleż wygodnym, co głupim. Tym sposobem można by „zprotestantyzować” także wiarę w Trójcę Świętą, zakaz cudzołóstwa i unikanie pijaństwa.Co więcej, stereotyp purytanina jako wroga wszelkiej urody, wina i małżeńskich przyjemności sam w sobie jest karykaturą. Ale nawet gdyby był prawdziwy, nic by to nie zmieniało. Katolik nie powinien pytać najpierw: „Czy tak ubierała się dama z Wiednia?”, lecz: „Co na ten temat nauczali papieże, święci i teologowie? Czy taki strój jest zgodny z wstydliwością, czy stanowi bliską okazję do grzechu i czy nie gorszy bliźnich?”.

PO TRZECIE: Pismo święte i tradycyjna moralistyka katolicka mówią o stroju coś zgoła innego niż apologia pereł i obnażonych ramion.

Św. Paweł Apostoł pisze:„Podobnie kobiety — w przyzwoitym odzieniu, niech się ozdabiają ze wstydliwością i umiarem, nie przesadnie splatanymi włosami albo złotem czy perłami, albo kosztownym strojem, lecz przez dobre uczynki, jak przystoi kobietom, które się przyznają do pobożności” (1 Tm 2, 9–10). Św. Piotr dodaje, że ozdobą niewiasty nie ma być „zewnętrzne splecenie włosów, złote klejnoty albo strojne szaty” (1 P 3, 3).

Można te słowa relatywizować, można mówić, że „czasy się zmieniły”, można tłumaczyć, że Apostołom chodziło tylko o próżność, nie o odsłonięcie ciała. Tyle że Ojcowie Kościoła i tradycyjni moraliści  katoliccy przez wieki rozumieli je surowiej, niż życzyłaby sobie tego estetyka Wersalu.

Klemens Aleksandryjski pisał, że nie wypada, by u kobiety została niezakryta jakaś część ciała.

W objawieniach danych św. Brygidzie Śzwedzkiej znajdujemy pouczenia skierowane do królowej Cypru o następującej treści : “Poradź królowej (…)  żeby zaniechała bezwstydnego kobiecego zwyczaju noszenia koronkowych szat, odsłaniania piersi, namaszczania się olejkami i wielu innych próżności, które budzą odrazę u Boga” [1].

Z kolei, św. Jan Vianney będąc pewnego dnia w odwiedzinach na zamku w Ars gdy zauważył portret damy w stroju wieczorowym (a więc odsłaniającym ramiona i dekolt) ironicznie rzekł: „Powiedziałby kto, że dama ta gotuje się pod gilotynę”. Krytyczna ironia tej jego uwagi została zrozumiana przez dziedziczkę mieszkającą na owym zamku, która następnie usunęła ów nieskromny portret[2]. W żywocie owego świętego czytamy zresztą, iż w wyniku jego duszpasterskiej aktywności „Pielgrzymi przybywający do Ars przez lat trzydzieści, podziwiać mogli w kościele, na ulicach i drogach polnych poważny i skromny wygląd starszych kobiet i wiejskich dziewcząt, które podobne były raczej do zakonnic„[3].  Nieco ironicznie zapytam w tym miejscu: co jest bardziej normatywnym reprezentatnem tego czym powinno być Christianitas: chwalony przez panią Mierzwę Wersal czy może Ars za proboszczowania św. Jana Vianneya?

W 1928 roku, wikariusz generalny Piusa XI kard. Basilio Pompili przypominał, że strój nie może być nazwany przyzwoitym: „jeśli dekolt jest większy niż na szerokość dwóch palców od szyi, jeśli nie zakrywa ramion przynajmniej do łokci i nie sięga choć trochę poniżej kolan„[[4].

Przytoczmy wreszcie historię z życia św. Pio z Pietrelciny, który: “Pewnej kobiecie, żonie konsula, przedstawionej mu przez O. Carmelo da Sessano, widząc ja z gołymi ramionami powiedział: “Obciąłbym ci ręce, bo sprawiłoby ci to mniej bólu niż ten, którego doświadczysz w czyśćcu”[5].

Powyższych rzeczy nie pisał Cromwell. To katolicki Rzym (oraz kanonizowani przezeń święci), który pani Mierzwa sama chętnie wciąga do „serca katolickiej Europy”. Jeśli więc współczesna tradycyjna katoliczka nosi suknię zakrywającą kolana, ramiona i dekolt, to nie dlatego, że przeczytała broszurę z Nowej Anglii, lecz dlatego, że — świadomie czy nie — powtarza standard, który Kościół jeszcze sto lat temu uważał za oczywisty.

Uprzedzając nieco możliwy kontrargument jaki może pojawić się wobec przytoczonych przeze mnie wywodów: owszem, część katolickich moralistów była łagodniejsza jeśli chodzi o ocenę noszenia przez kobiety ozdób. Ale, niezależnie czy ocenia się noszenie przez niewiasty biżuterii bardziej surowo czy łagodnie, to i tak wciąż ów zwyczaj nie jest tym samym co odsłanianie ramion albo i nawet dekoltu. Ktoś jednak może w obronie odsłaniania przez kobiety części swych piersi oraz ramion powołać się na niektórych z tradycyjnych moralistów (np. św. Alfonsa Liguoriego, biskupa Jeana B. Bouviera), którzy pisali, że „lekkie i zgodne modą” obnażanie takowych „nie jest grzechem śmiertelnym”. Tyle, że pomiędzy stwierdzeniem, iż taka forma nieskromności nie jest grzechem ciężkim a apologią i zachwalaniem owego zwyczaju jest cały ocean możliwych opcji. Teza wszak, że coś takiego nie jest grzechem śmiertelnym nie wyklucza jeszcze tego, iż jest to grzechem powszednim (przeciwko wszak cnocie skromności – w odróżnieniu od cnoty czystości – można prócz grzechów co do swej materii ciężkich – popełniać grzechy powszednie). Poza tym, moraliści twierdzący, iż lekkie odsłanianie piersi oraz ramion nie jest grzechem śmiertelnym jednocześnie uznawali za winnych grzechu śmiertelnego tych, którzy takie mody wprowadzali. Gdy zatem weźmiemy to wszystko pod uwagę to tym bardziej nie wychodzi z tego żadna apologia obnażonych ramion i głębokich dekoltów. Pomijam już to, czy chwalone przez panią Mierzwę stroje arystokratek z Paryża, Wiednia, etc. tylko w „lekki” sposób obnażały ramiona oraz piersi?

PO CZWARTE: piękno kobiety nie jest tym samym, co wystawianie kobiecego ciała na pokaz.Tu leży główne pomieszanie pojęć w tekście pani Mierzwy. Autorka pyta: „Dlaczego więc miałoby być podejrzane piękno kobiety?”. Odpowiedź jest prosta: nie jest. Podejrzane jest coś innego — mianowicie taki sposób prezentowania tego piękna, który dla znacznej części mężczyzn stanowi pokusę nieczystości.Katolicka teologia moralna od wieków rozróżnia:

– rzecz dobrą samą w sobie (urodę, barwę, ozdobę)

– oraz okoliczność, w której ta rzecz staje się okazją do grzechu.


Katedra jest piękna i nie rozpala pożądliwości. Obnażone ramiona, głęboki dekolt i obcisły krój — u młodej kobiety, w miejscu publicznym, przy świetle sali balowej — bardzo często rozpalają. Zaprzeczanie temu w imię „afirmacji natury” jest nie afirmacją natury, lecz jej naiwnym czytaniem. Natura upadła nie przestała być naturą; po prostu nosi w sobie rany, których Christianitas nie miała prawa ignorować.

Można być kobiecą, wdzięczną, nawet strojną — i skromną. Suknia może mieć dobry krój, szlachetny materiał, kolor, kapelusz, rękawiczki, mantylkę.  Cnota skromności nie wymaga worka na ziemniaki. Twierdzi się jedynie, że „kobiecość” nie jest synonimem odsłaniania tego, co wstydliwość każe okrywać.

Pani Mierzwa zbijają argument, którego prawie nikt z ze współczesnych obrońców skromności nie stawia: jakoby kobieta była „bardziej święta dlatego, że wygląda mniej kobieco”. To chochoł. Problem nie brzmi: „za mało kobieco”. Problem brzmi: „zbyt wiele ciała w funkcji ozdoby i przynęty”.

PO PIĄTE: bale, „przestrzeń poznawania się” i teologia małżeństwa nie usprawiedliwiają bliskiej okazji do grzechu.Autorka pisze, że Christianitas nie zwalczała pociągu kobiety i mężczyzny, lecz go porządkowała, a bale służyły temu, by młodzi się poznali i pobrali. W porządku: małżeństwo jest powołaniem większości ludzi. Pociąg cielesny nie jest sam w sobie zły. Z tego jednak nie wynika, że dobra jest każda społeczna instytucja, która ów pociąg podsyca.

Tradycyjni moraliści katoliccy — nie purytanie — przestrzegali przed balami właśnie dlatego, że łączą one: noc, odświętny strój znacznie odbiegający od codziennej wstydliwości, bliskość fizyczną ciał w tańcu i atmosferę zalotów. Nawet dawniejsze tańce, dziś wydające się „niewinne”, już wówczas przekraczały zwyczajowe granice poufałości między płciami. To nie jest nienawiść do natury. Przykładowo, XIX-wieczny jezuita Jean Pierre Gury pisał na ów temat:

'”W powszechnej praktyce, powinno się w miarę możliwości zapobiegać wszelkim tańcom pomiędzy osobami różnej płci; ponieważ prze sposób, w jaki są teraz zwykle prowadzone, są one, w przeważającej mierze, bardzo niebezpieczne. Stąd księża w parafiach i spowiednicy powinni, ze wszystkich swoich sił, odciągać od nich swoich parafian i penitentów. Tak powszechnie nauczają doktorzy naszych czasów i kierownicy duchowi. (…) Jest oczywistym, że nieprzyzwoite bale, z powodu nieskromności ubioru i sposobu tańczenia, słów, gestów, piosenek, są zawsze surowo niedozwolone. Pośród takich tańców, zdaniem wielu teologów, należy wyodrębnić współczesne tańce nazywane w języku francuskim la Walse, la Polka, le Galop i inne tego samego rodzaju.” [6]

Powyższe to realizm co do skutków natury zranionej przez grzech. Jeśli Christianitas „porządkowała” pożądanie, to właśnie przez: wczesne małżeństwo, czuwanie rodziców, osobne sfery obyczajowe kobiet i mężczyzn, wstydliwość stroju oraz ostrzeżenia przed okazjami do grzechu. Nie przez tezę, że skoro Bóg stworzył urodę, to dekolt  i bliskość fizyczna na sali balowej jest pożądanym środkiem wiodącym do zawierania małżeństw.

PO SZÓSTE: eksperyment myślowy z kaplicą jest retorycznie zręczny ale  poznawczo pusty.
Wyobraźmy sobie, pisze autorka, wiedeńską arystokratkę z 1910 roku, damę hiszpańską, Francuzkę z czasów Burbonów — i obok purytankę z Anglii Cromwella. Te pierwsze mają szokować się skromnym ubiorem współczesnych tradycjonalistek; ta ostatnia ma się w nim poczuć „u siebie”, choć przeraża ją liturgia. Ładna scena ale niczego nie dowodzi.

Arystokratka z 1910 roku wcale nie musiałaby się dziwić długiej sukni i nakryciu głowy w kościele. Dziwiłaby się raczej — jeśli już — braku kapeluszy i mantylek, co zresztą sama autorka częściowo zauważa. To argument za większą odświętnością, nie za odsłoniętymi ramionami.
Ponadto damy dworu nie są miarą chrześcijańskiego ludu. Chłopka, mieszczka i pobożna panna z prowincji ubierały się inaczej niż infantka. Christianitas to nie tylko Wiedeń i Neapol – ale także, a w pewnym sensie, także najpierw, wspomniane już przez Ars w czasach, gdy jego proboszczem był św. Jan Vianney.

Po trzecie: nawet gdyby purytanka uznała czyjś strój za „bliski swoim wyobrażeniom”, nic by to nie mówiło o moralnej wartości tego stroju. Heretyk może mieć zdrowe zęby i regularny rytm snu. Nie czyni to stomatologii ani higieny kalwinizmem.
Po czwarte: gdyby do tej samej kaplicy wprowadzić  kard. Pompilego albo św. Pio z Pietrelciny, to nie oni dziwiliby się długim rękawom. Dziwiliby się raczej temu, że ktoś w roku 2026 musi jeszcze tłumaczyć, iż suknia odsłaniająca ramiona na balu nie jest automatycznie „katolickim pięknem”.

PO SIÓDME: „odkrywanie kultury piękna” nie może oznaczać kasowania obiektywnych kanonów wstydliwości. Nie przeczę temu, że istnieje pewna względność mody. Nikt rozsądny nie twierdzi, że każdy cal odsłoniętego przedramienia w roku 1250 znaczy to samo, co w roku 1950. Sam pisałem, że mechanicznym przykładaniem miary „dwóch palców i łokcia” do każdej epoki można dojść do przesady. To jednak nie znaczy, że nie ma żadnych uniwersalnych granic.

Granice te biorą się nie z kaprysu Cromwellowskiego parlamentu, lecz z natury ludzkiej seksualności: z tego, że ciało kobiety w określonych miejscach i w określonym stopniu odsłonięcia działa na mężczyznę inaczej niż wieża katedry. Pius XII mówił wprost, że niezależnie od zmienności mody istnieją absolutne normy, których moda nie może przekraczać, bo nie wolno jej stawać się bezpośrednią okazją do grzechu. Nie wykluczom całkowicie możliwości, iż niektóre z przejawów współczesnego katolicki tradycjonalizmu bywają zbyt surowe w stroju, nie zawsze roztropne w tonie i nie zawsze unikające karykatury. Być może zdarza się estetyka „workowata” oraz mylenie skromności z zaniedbaniem. Z pewnością zaś pośród „tradsów” zdarza się też niekonsekwencja (krótka spódnica „uchodzi”, a skromne spodnie u niewiast już „nie”). To wszystko można i trzeba krytykować. Ale krytyka owa powinna iść po linii: więcej prawdziwej kobiecej gustowności przy zachowaniu wstydliwości i skromności— a nie po linii: Christianitas pozwalała na ramiona przy świecach, więc przestańcie robić problem z dekoltu i obnażonych.

WNIOSEK

Pani Anna Mierzwa broni tezy pięknej i w swej ogólnej warstwie prawdziwej: katolicyzm nie jest religią brzydoty, a kobiecość nie jest grzechem. Następnie jednak podpina pod tę tezę historyczno-obyczajowy wniosek fałszywy: jakoby surowszy kanon zakrywania ciała był obcym ciałem w Christianitas, wniesionym przez protestantyncki purytanizm. Jest odwrotnie. To raczej nowożytna i nowoczesna pobłażliwość wobec odsłaniania ciała, usprawiedliwiana „harmonią”, „naturą” i „kulturą piękna”, stanowi oderwanie od tego, czego Kościół uczył, gdy jeszcze miał odwagę mówić o zgorszeniu, okazji do grzechu i wstydliwości bez oglądania się na salony.
Christianitas potrafiła łączyć piękno z cnotą. Właśnie dlatego nie robiła z obnażonego ramienia dowodu na katolickość, a z perły — argumentu przeciwko św. Pawłowi. Piękno miało być podporządkowane dobru i prawdzie. Gdy przestaje być podporządkowane, zostaje samo: lśniące, kosztowne i — nader często — niebezpieczne. Nie trzeba ubierać katolickiej kobiety jak purytanki. Nie trzeba też ubierać jej jak Marii Antoniny, by udowodnić, że nie jest się kalwinistą. Wystarczy ubrać ją jak katoliczkę: kobieco, odświętnie, z godnością — i tak, by ciało nie stawało się spektaklem dla cudzych oczu. Bo świętość naprawdę nie równa się brzydocie.
Ale elegancja nie równa się też prawie-nagości w koronkach.


Mirosław Salwowski


Przypisy:

[1]. Cytat za: Św. Brygida Wielka, “Objawienia i inne dzieła”, Kraków 2004, s. 315-316.
[2]. Patrz: Francis Trochu, „Proboszcz z Ars. Święty Jan Maria Vianney 1786 – 1859„, Poznań 2004, s. 120.
[3]. Cytat za: Francis Trochu, jw., s. 120.
[4]. Cytat za:  “Maryjny wzorzec skromności”, cz. I, „Zawsze Wierni”, nr 41/ 2001, dodatek “Rodzina Katolicka”, nr 10, s. VIII – IX, XII.
[5]. Cytat za: O. Marcellino IasenzaNiro, “Ojciec” Święty Pio z Pietrelciny. Misja ocalenia dusz. Świadectwa, San Giovanni Rotondo 2006, s. 144.
[6]. Por. Henri Hulot, „Balls and Dancing Parties condemned by the Scriptures, Holy Fathers, Holy Councils and most the renowned Theologians of the Church”, Boston 1857, s. VII.